Zakładki:
Literatura polska
Literatura zagraniczna
Tagi
środa, 04 lipca 2018

 ROZCZAROWANIE

Gorycz niespełnionego

Wwierca się w świadomość

Miesza ze słodyczą słów

Lukrem oblepionych

Ale pustych od środka

Bez pokrycia w czynach

A miało być tak pięknie

Miałam wznosić się na wyżyny

A zamiast tego runęłam na ziemię

Zbitą i twardą

Poznałam co to grawitacja

W ustach mam słony smak rozczarowania

Język zesztywniały

Nie mogę mówić

Może milczeniem wykrzyczę swój ból

Niestety nie jestem pewna

Czy go usłyszysz

 

ˆ Agnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 4.07.2018 r.

sobota, 30 czerwca 2018

"Urzekająca i zabawna historia o sile kobiecej przyjaźni, która pokona wszystkie przeciwności losu." Taki krótki opis najnowszej powieści "Trzykrotka" autorstwa Anny Szczęsnej możemy przeczytać na okładce książki. 

 

To już trzecie moje spotkanie z prozą Anny Szczęsnej, która stała się jedną z moich ulubionych polskich autorek. Za każdym razem, gdy sięgam po jej powieści wiem, że się nie zawiodę i że na koniec po moim ciele przebiegnie gęsia skórka. Pisarka znakomicie operuje piórem i żongluje emocjami tak, by trafić do każdego Czytelnika.

 

Rozalia, Alicja i Łucja to trzy przyjaciółki i zarazem główne bohaterki "Trzykrotki". Ich losy splatają się ponownie, gdy każda z nich jest już po trzydziestce i dźwiga na barkach swój życiowy bagaż. Wszystkie spotykają się w toruńskiej kamienicy.

 

Anna Szczęsna w swojej książce porusza wiele trudnych, ale jednocześnie bliskich każdemu z nas, tematów.  Mamy tutaj dwunastoletnią Natalię, trudną wychowawczo dziewczynkę, która całkowicie nie potrafi dogadać się ze swoją matką. Często ucieka z domu.  Czasem piecze nad nią sprawuje jej wujek - Sylwester. Artysta-malarz, trochę pokręcony, ale wrażliwy i o wielkim sercu mężczyzna. Dodatkowo poznaje bliżej jedną z kobiet - Rozalię. Początkowo ich relacja jest dość dziwna, ale intrygująca...Co z tego wyniknie? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, koniecznie sięgnijcie po "Trzykrotkę". Według mnie wątek tej trójki, o której piszę w tym akapicie, jest najciekawszy z całej powieści. To właśnie dzięki niemu, gdy czytałam już ostatnie strony, poczułam dreszcz na plecach i rękach. 

Pisarka opisuje także dość obszernie problem promocji książek i samych autorów. Nie szczędzi nam szczegółów, jak to wygląda od kuchni. Chociaż Szczęsna pisze szczerze i nie lukruje rzeczywistości, to zawsze stara się pokazywać, że medal ma dwie strony i nigdy nie należy podchodzić do żadnego zaganienia powierzchownie. 

 

Jak już wspomniałam na początku "Trzykrotka" nie jest pierwszą książką Anny Szczęsnej, z którą miałam przyjemność się zapoznać. Wcześniej czytałam "Jutro pachnie cynamonem" i "Myśl do przytulania". Zauważyłam, że te trzy powieści bardzo się od siebie różnią, choć mają też wiele elementów wspólnych, Najnowsza książka jest, moim zdaniem, inna od pozostałych wyżej wymienionych. Tutaj akcja dość późno się rozkręca, jest sporo dokładnych opisów, co przyznam że troszkę mnie denerwowało, gdyż wolę, gdy całość już od pierwszych stron jest żywa i nabiera tempa. "Trzykrotka" jest leniwą, niespieszną lekturą, taką przy której można wziąć głębszy oddech, wrócić do wcześniejszych kwestii. Sama nie wiem czy to dobry zabieg czy nie. Nie chciałabym zajmować stanowczego stanowiska, bo trudno mi powiedzieć co o tym sądzić. Ale cieszę się, że zapoznałam się z tą pozycją i z pewnością będę ją polecała moim znajomym i Wam - Czytelnikom. 

 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie Autorce i, jak zawsze, czekam na kolejne powieści oraz zapewniam o swoim wsparciu. 

 

 

wtorek, 19 czerwca 2018

 NIE MAM NIC

Brakuje mi

naszego we dwoje

Brakuje mi

splotu wątłych palców

o ósmej rano

Brakuje mi

kołdry dłoni Twoich

którą mogłabym okryć

zmarznięte ramiona

Brakuje mi

godzin spędzonych razem

bez pośpiechu

i drwin za plecami

Brakuje mi

kropli nadziei na to że

sen się spełni

choć podobno

to wiara czyni cuda

jej też nie mam za wiele

Nie mam nic

ˆ Agnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 19.06.2018r.

wtorek, 12 czerwca 2018

PIJANA

 Emilowi

czekam aż wejdziesz

bez pardonu

tak jak lubię

zerwiesz ze mnie wstyd

który dotąd trzymałam

na smyczy przyzwoitości

bo któż by się przejmował

co wypada a co nie

kto nie ryzykuje

nie pije szampana

odkąd mam Cię w głowie

i pod lewym żebrem

nie potrzebuję wysokoprocentowych trunków

zmąciłeś krew w żyłach moich

i światopogląd

a myślałam że wiem

gdzie leży granica

ˆ Agnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 12.06.2018 r.

 

sobota, 09 czerwca 2018

 Miała swoją córeczkę w ramionach tylko kilka tygodni. Ponownie spotkała ją dopiero po 77 latach. Poznajcie historię Minki Disbrow.

Minka DeYoung urodziła się jako drugie z trójki dzieci w rodzinie holenderskich emigrantów. Poznajemy ją jako szesnastoletnią pannę, skromną i biedną. Dziewczyna bardzo pragnęła robić wszystko to, co jej rówieśnice. Wychowana w surowej rodzinie, nie do końca jest przygotowana do dorosłego życia, w które lada chwila wkroczy. Wierzy naiwnie w to, że bocian przynosi dzieci oraz w to, że wszyscy są dobrzy i nikt nie zrobi jej krzywdy. Nawet przez głowę jej nie przejdzie, że się myli, bo świat, który wykreowała sobie w wyobraźni, ma niewiele wspólnego z tym rzeczywistym. Podczas niedzielnego pikniku, na który tak bardzo czekała, Minnie zostaje zgwałcona przez sporo starszego od siebie mężczyznę i w konsekwencji zachodzi w ciążę. W tajemnicy rodzi dziecko. Dziewczynce daje imię Betty Jane. Minka od razu zakochuje się w córeczce. Wie jednak, że nie może malej wychowywać, bo nie ma do tego warunków i decyduje się na krok, który niemalże rozdziera jej matczyne serce. Mianowicie oddaje maleńką Betty do adopcji. Od tamtego momentu Minka każdego dnia tęskni za swoją córką, pisze do niej listy i cały czas czeka…Może dobry Bóg, w którego mocno wierzy, splecie ich drogi i kiedyś dojdzie do  tego niezwykłego spotkania.

Minka w dzieciństwie wycofana, trochę zakompleksiona, w miarę upływu lat staje się silną kobietą, która dzielnie stawia czoła przeciwnościom losu. Miała w sobie niespożytą energię, wiele pokory i cierpliwości, a z drugiej strony była zdeterminowana i walczyła o swoje marzenia i starała się realizować swoje plany i zamierzenia. Przez cały czas była osobą pogodną, pełną wiary, nadziei i miłości, której sama dostawała wiele ale i ona potrafiła nią obdarowywać swoich bliskich. Była wspaniałą matką dla swoich dzieci, choć wciąż nie potrafiła przestać tęsknić za Betty Jane.

„Czekałam na Ciebie” autorstwa Cathy LaGrow to historia wzruszająca, pełna emocji, wobec której trudno przejść obojętnie. To opowieść o cierpieniu, poświęceniu i zarazem wielkiej miłości.

Jedyny zarzut jaki mam do tej książki jest taki, że mało tutaj dialogów i czasami treść wydawała się monotonna. Myślę, że spokojnie tę pozycję można zaliczyć do wspomnień czy też biografii, gdyż takim stylem właśnie jest napisana.

Nie żałuję czasu poświęconego tej książce. Polecam ją wszystkim, bowiem niesie ona w sobie przesłanie, że nigdy nie można się poddawać i rezygnować ze swoich pragnień bowiem, jeśli czegoś chcemy z całej siły, to prędzej czy później to, czego oczekujemy przyjdzie do nas i ujrzy światło dzienne.

czwartek, 07 czerwca 2018

KONIEC

Nie teraz
Za chwilę
Odpuszczę
Nie wiem czy bardziej
Sobie
Wszystkie winy nie zawinione
Czy Tobie 
Że nie cały świat
Tylko zaledwie ćwierć
Dajesz mi co dnia
Że nie mieszczę się
W napiętym grafiku
I że po nocach szepczesz imię
Które przebija serce moje
Na wskroś
Już za moment
Zegary staną
Ziemia rozstąpi się
A ja
Stanę się
Wrakiem człowieka

 

ˆ Agnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 5.06.2018r.

sobota, 02 czerwca 2018

W życiu nie można być niczego pewnym – pokazuje przypadek bohatera “Drogi do Tarvisio”. To ironiczna, a zarazem gorzka opowieść o Polaku, który w kwietniu 2011 roku odbywa podróż do Pragi, Wiednia i Włoch.

Książka Grzegorza Kozery może mocno zirytować czytelnika. Autor ośmiesza polskość, a raczej polaczkowatość, drwi z Niemców i Austriaków, nie znosi Żydów i do tego sądzi, że wszystko wie najlepiej.

“Droga do Tarvisio” to przewrotna powieść i, aby ją zrozumieć, trzeba wgryźć się w jej treść bardzo głęboko.

Autor serwuje nam zlepioną z polskich lęków, fobii, kompleksów, dziwactw i smutków prawdziwą i szczerą aż do bólu ksiażkę o tym, że nie żyjemy sami na tym świecie, że nie można kochać wyłącznie siebie. Między wierszami czytelnik wyczyta, że nie można być szczęśliwym w pełni, gdy nie zrozumiemy istoty szczęścia.

Bohater przeżył kilka burzliwych związków z kobietami, i kiedy po pięciu latach kolejnego zorientował się, że to najprawdopodobniej ta jedyna i wymarzona, ta do której autentycznie wzdycha, oznajmia mu, że to już koniec. Chociaż śledząc losy tej dziwnej postaci, zadajemy sobie pytanie, czy rzeczywiście był jakiś początek u boku Matyldy. Mimo to bohater “Drogi do Tarvisio” uważa, że kończy się jego świat i nic już nie będzie takie samo. Teraz jedynym i najbardziej rozsądnym, według Grzegorza, posunięciem jest samotna wyprawa po Europie. Jest to swoista podróż, ponieważ odbywa się ona z duchem Mat, z którym główny bohater nie potrafi się rozstać.

Skłamałabym, gdybym napisała, że “Droga do Tarvisio” spełniła moje czytelnicze oczekiwania. Nie stało się tak. Owszem, były momenty, kiedy uśmiech pojawił się na mojej twarzy, ale był on raczej ironiczny, krzywy. A szkoda!

Historię opowiedzianą przez Grzegorza Kozerę polecam tym czytelnikom, którzy lubią być wodzeni za nos, lubią, gdy autor zmyli ich trop. Te osoby z pewnością przeżyją fascynującą przygodę czytając “Drogę do Tarvisio”.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Dobra Literatura

Źródło: http://krytycznymokiem.blogspot.com

poniedziałek, 28 maja 2018

Za dużo seksu, za mało sensu

Długo zbierałam się do tego, by zrecenzować książkę Piotra Adamczyka pt.: „Pożądanie mieszka w szafie. Właściwie gdyby nie to, że otrzymałam egzemplarz do recenzji od wydawnictwa Dobra Literatura i zobowiązałam się do napisania chociaż krótkiej notki na swoim blogu po przeczytaniu tej książki, wcale bym nie zostawiała tutaj refleksji polekturowych. No niestety, jestem obowiązkowa, jak już coś obiecam, to słowa zwykle dotrzymuję. Tak też będzie tym razem.

Nie mogę jednoznacznie napisać, że książka mnie zniesmaczyła czy zawiodła, bo tak nie było. Jednak coś mi przeszkadza, by wpaść w czytelniczy zachwyt, być rozentuzjazmowaną recenzentką. Czegoś w tej całej opowieści brakuje, czegoś jest za dużo, a czegoś za mało. Zresztą, już w tytule notki macie odpowiedź, jak rozkładają się te proporcje.

W książce zostało ukazane życie i problemy ponad czterdziestoletniego mężczyzny o nazwisku Piotr Adamczyk. Teraz słyszę w wyobraźni te okrzyki: „O, rety! Ktoś napisał książkę o tym aktorze co grał papieża! Czyż to nie fascynujące?!” No nie, a to dlatego że to nie TEN Piotr Adamczyk, a jedynie redaktor naczelny wrocławskiej gazety.

Bohater poznaje kasjerkę Magdalenę, z którą po pewnym czasie wchodzi w dość bliską relację damsko-męską.

Jeżeli ktoś z Was myśli, że owa Magdalena jest jedyną kobietą w życiu Adamczyka, to grubo się myli, bardzo grubo! Na horyzoncie jest jeszcze niejaka Miriam. Choć na horyzoncie to trochę niezbyt trafne określenie, bo ona tylko pojawia się w przestrzeni wirtualnej. Pisze do naszego Piotrusia czułe e-maile, pełne wyznań miłosny, często zabarwionych erotyzmem. Ten już się podnieca, prawie że gotowy umówić się z dziewczyną na randkę, bo wydaje mu się, że bardzo dobrze ją zna. Czy rzeczywiście? Przekonacie się sami, jeżeli sięgniecie po książkę „Pożądanie mieszka w szafie”.

Dużo w tej historii było zabawnych tekstów, a nawet wydarzeń, ale…Ja ciągle czułam niedosyt, zadawałam sobie pytanie: „No świetnie! Udało się chłopu, to czy tamto, autor błyskotliwie opisał jakąś scenkę…No i….? Co z tego wynika? Co ja, konkretna dziewczyna, z takimi a nie innymi oczekiwaniami z tego mogę wynieść, czego się nauczyć?” I wiecie, jaką sama sobie dałam odpowiedź? Absolutnie nic! Zwyczajnie z tej książki NIC nie wynika. Czytasz ją, ale równie dobrze, jakbyś, drogi Czytelniku, nie wziął jej do ręki albo zabrał się za inną, nic by Ci się nie stało. Sądzę, że autor nie by się nie popłakał z tego powodu.

Przeczytałam tę książkę, bo zasugerowałam się tym, że już kiedyś tam o niej słyszałam. Wiem jednak, że popełniłam błąd. Nie powinnam była sugerować się tym, że dawno temu gdzieś coś usłyszałam o tym tytule i że inni piszą same „ochy” i „achy” na temat treści. Cóż…widocznie ja jestem nad wyraz wybredna, bo we mnie akurat ta opowieść nie wzbudziła euforii, nie poczułam żadnego podniecenia.

Mam nauczkę. Na drugi raz dziesięć razy muszę się zastanowić, zanim wezmę jakąś pozycję do zrecenzowania.

Za przesłanie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawnictwu Dobra Literatura

 

czwartek, 17 maja 2018

 FARSA

za cienką zasłoną

dymu papierosowego

zakrywasz twarz

w uszach skrzypią godziny

spędzone razem

a jednak osobno

od lat

jak w teatrze

odgrywacie swoje role

na casting zgłosiłeś się

razem z nią

nie zdążyłeś doczytać

że to będzie czysta farsa

w labiryncie zdarzeń

drepczesz szukając wyjścia

zapominając że

w tej sztuce

zastępstwa są niedozwolone

 

ˆAgnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 17.05.2018 r.

środa, 16 maja 2018

Długo zastanawiałam się, czy napisać coś o niedawno przeczytanej książce czy też zostawić tę lekturę bez echa. Niestety, moja obowiązkowość i lojalność wobec Was, Czytelników, zwyciężyła. Przecież prowadzę bloga literackiego, więc od czasu do czasu (chcę czy nie) muszę podzielić się swoimi refleksjami po przeróżnych powieściach, które czytam.

Zanim przejdę do meritum, chcę jeszcze uprzedzić, że na moim blogu nie zawsze będą pojawiały się recenzje. Będzie też tak, że będę zamieszczała coś, co raczej powinno się nazywać refleksjami, spostrzeżeniami czytelniczymi. Tak zrobię i tym razem. Mam nadzieję, że nikt z odwiedzających i czytających się nie pogniewa. A teraz do rzeczy…

„Azyl” Izabeli Sowy to książka niepozorna. Właściwie można przeczytać ją w jeden wieczór…Na upartego…

Wiktoria, główna bohaterka, przez przypadek znajduje w komputerze zdjęcie, które całkowicie wywraca jej życie do góry nogami. Nikomu nie tłumacząc się, pakuje walizkę i wyjeżdża do Chorwacji. To miejsce przywołuje w niej miłe wspomnienia jeszcze z dzieciństwa. Tu kobieta chce odpocząć, ale przede wszystkim wejść wgłąb siebie i rozliczyć się z przeszłością.

W Dubrowniku Wiktoria szybko odnajduje swój kąt. Nawiązuje nowe znajomości, próbuje żyć „normalnie”. Czy jej się to udaje?

Praca w schronisku dla psów, poznanie właścicielki, znajomość z Andrzejem – to tylko niektóre wątki, które porusza w swej powieści Izabela Sowa. W „Azylu” wątków jest naprawdę dużo. Jedne mniej rozbudowane, inne bardziej. Czytelnik musi mocno być skoncentrowany, żeby posplatać je w zgrabną całość. Chwilami, czytając, czułam się jakbym błądziła w labiryncie.

Na początku tego tekstu napisałam, że na upartego można przeczytać „Azyl” w jeden wieczór. Jeśli umiesz, drogi Czytelniku skupić swoją uwagę maksymalnie, lubisz książki, gdzie jeden wątek niemalże pogania drugi, dasz sobie radę z lekturą, a czas z nią spędzony nie uznasz za stracony. W moim przypadku było dokładnie odwrotnie. Czułam się strasznie zmęczona tą pozycją. Byłam nią rozczarowana do granic możliwości.

Być może po raz kolejny zupełnie niepotrzebnie po spojrzeniu na okładkę i po zerknięciu na opis stwierdziłam: - O, to będzie ciekawa książka! Takie lubię”. Teraz mogę powiedzieć głośno i wyraźnie: - Nie, nie takie!!!!

niedziela, 13 maja 2018

 Jakąkolwiek decyzje podejmiesz, będzie ona dobra tylko wtedy, kiedy będzie naprawdę Twoja.

Wkroczenie w dorosłe życie nie jest proste. Gdy wyfruwamy z rodzinnego gniazda, spod opiekuńczych skrzydeł matki i ojca, musimy już żyć na własny rachunek, myśleć o przyszłości, a co chyba najtrudniejsze – zmierzyć się samodzielnie z wątpliwościami i najróżniejszymi decyzjami, które przeważnie nie należą do najłatwiejszych. Właśnie w momencie startu w dorosłość poznajemy główną bohaterkę książki Magdaleny Zarębskiej „Życie teoretycznie”.

Sabina Przybysz dopiero ukończyła studia na kierunku rehabilitacja i postanowiła starać się o pracę w najbardziej luksusowym ośrodku – w domu „Pod Dębami”. To nie taki zwykły dom. Jest to dom spokojnej starości, a jego mieszkańcami są najbogatsze i najbardziej znane osobistości kraju. Kiedy dziewczyna dowiaduje się, że przeszła pozytywnie rekrutację i udaje jej się zdobyć wymarzoną pracę, jest przeszczęśliwa. Pełna zaangażowania, z głową pełną pomysłów przystępuje do pracy, zupełnie nie biorąc pod uwagę, że na swojej zawodowej drodze może spotkać jakiekolwiek przeszkody. Szybko się jednak okazuje, że obraz tego miejsca, jaki Sabina wytworzyła sobie w wyobraźni, nijak się ma do tego, co zastaje w rzeczywistości. Zamiast uśmiechniętych staruszków, plotkujących przy herbatce i ciastku, spotyka wrednych, zmanierowanych bufonów, którzy żyją w przekonaniu, że jeśli mają pieniądze, to wszystko mogą mieć i  należy się im każda jedna rzecz, a innych mogą traktować z wyższością i pogardą. Oni nie wiedzą co to jest wdzięczność, o nie! Uważają, że te duże ilości papierków w portfelu zapewnią im młodość, powodzenie w każdej dziedzinie.

Powieść Magdaleny Zarębskiej jest naprawdę świetna. Pisarka po mistrzowsku wykreowała postaci, nadała im wyraziste cechy charakteru. Widać, że autorka bardzo dobrze zna się na psychice ludzkiej, bo na kartach tej książki nie zabrakło interesujących i intrygujących osobowości. Niestety, mojej sympatii na pewno nie wzbudziła Sabina, czyli bohaterka, której perypetie są opisywane w tej książce. Nie pojmuję jak można być taką osobą bez wyrazu, bez ikry. Nie rozumiem kompletnie, jak kobieta, która jest dorosła i za taką się uważa, może być tak mało asertywna, zorganizowana, a do tego wręcz chorobliwie uzależniona od swoich rodziców?! Sabina za wszelką cenę chce zadowolić wszystkich, przy tym całkowicie zapomina o sobie. Mam wrażenie, że nie ma nawet bladego pojęcia co to jest zdrowy egoizm. Wymyśliła sobie swój świat, który jest idealny, bez żadnych wad, a gdy napotyka trudności codzienne, całkiem się gubi, rozkłada ręce i zaraz płacze z bezsilności, nie próbując zaradzić zaistniałej sytuacji. Z każdym problemem dzwoni do mamusi jak malutka dziewczynka. Dodatkowo, przyjmuje postawę „przepraszam, że się urodziłam”. Wszelkie niepowodzenia w pracy tłumaczy, że to jej wina, boi się przeciwstawić, tupnąć nogą, jak to robią normalni ludzie, którzy są pełnoletni.

Mimo tego, że nie polubiłam Sabiny i najchętniej wysłałabym ją na księżyc albo, żeby było bardziej wiarygodnie, uśmierciła, książka mnie zachwyciła, wciągnęła i chętnie zapoznawałam z treścią i z tym, co czeka młodą rehabilitantkę. Chciałam dowiedzieć się, jak tym razem poradzi sobie z kłopotami i piętrzącymi się wyzwaniami. 

Książkę polecam zwłaszcza rodzicom, których pociechy za chwilę przekroczą próg dorosłości i usamodzielnią się lub już dawno to zrobiły.

Z tej książki wypływa niejedna nauka na przyszłość – zarówno dla młodych ludzi, jak i ich rodziców. Uważny czytelnik z pewnością je dostrzeże, ale czy weźmie je do serca i zastosuje, gdy przyjdzie mu zmierzyć się z podobnymi problemami, tego już nie wiem. To już musi zdecydować każdy indywidualnie, kto zdecyduje się sięgnąć po pozycję „Życie teoretycznie”, która niewątpliwie jest warta uwagi i tego, by spędzić z nią czas. 

 

piątek, 11 maja 2018

BEZ PRZYWILEJÓW

skreśl mnie z listy oczekujących

nie lubię tłoku

w powiewie letnich sukienek

nie chcę stać

boję się że zmarznę

od przeciągu

a nie ogrzeję się

w ognisku Twoich ramion

za daleko stoję

w tej kolejce

nie jestem uprzywilejowana

 

ˆAgnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 11.05.2018 r.

 

 

 

sobota, 05 maja 2018

Dość dawno tę książkę miałam w swoim sekretnym zeszycie z napisem „Chcę przeczytać”. Długo widniał tam ten tytuł, ale jakoś nie mogłam się zabrać za lekturę. Być może musiał przyjść na nią odpowiedni moment. I przyszedł. Na całe szczęście, bo wbrew opiniom przeczytanym na przeróżnych stronach, mnie tak książka spodobała się niesamowicie.

„Nielegalne związki” rozpoczyna akt seksualny dwojga bohaterów. Czytelnik więc już może wyrobić sobie zdanie początkowe, że powieść będzie mocno przesycona seksem. I się nie pomylił! Choć nie jest to jedyny wątek i aspekt, który porusza autorka.

Plebanek bacznie przygląda się mężczyznom, a zwłaszcza jednemu – Jonathanowi, który ma bardzo ciekawą i jednocześnie złożoną osobowość. Dlaczego? Drzemią w nim dwie osoby. Pierwsza to mężczyzna nieustannie poszukujący podniet, śliniący się na widok kobiet ruszających ponętnie pupami. Z drugiej zaś strony, to przykładny ojciec, całkowicie podporządkowany żonie. Która wersja jest prawdziwa?

Nasz bohater w zasadzie już oswoi się z myślą, ze jest facetem pełnym sprzeczności. I jest tego świadom. Poniekąd jest to dla niego nawet wygodna postawa. Staje się swoistym aktorem.

Autorka mocno rozwija też problem wychowania dzieci, poczucia odpowiedzialności za rodzinę, dom. Nie jest jej obcy także temat emigracji.

Książka jest świetna, choć jak przystało na erotyczną powieść, nie zabrakło w niej rozbudowanych scen z życia intymnego. Dokładne opisy zbliżeń, niekiedy nawet wyuzdane, niektórych czytelników mogą przestraszyć i zniesmaczyć.

Historia przedstawiona w „Nielegalnych związkach” być może jest przerysowana, ale zabieg ten został zastosowany, moim zdaniem, celowo przez autorkę. Chciała ona bowiem ukazać jak najwyraźniej główny temat, jakim jest zdrada, jej konsekwencje, to jak wpływa na poszczególnych członków rodziny.

We mnie ta opowieść wywołała niesamowite emocje. Z pewnością zapamiętam ją na długo. Nie wykluczam, że jeszcze kiedyś wrócę do niej.

 

piątek, 04 maja 2018

Są książki, które zapamiętuje się na bardzo długo. Takie, które choć często o nich nie wiesz, nosisz w sercu. Powieści, w których czytasz historie, jakby niemalże były wyjęte z Twojego życia, a główna bohaterka jest Twoim lustrem.  Z pełnym przekonaniem taki opis można przypisać prozie Katarzyny Enerlich, mazurskiej pisarki, którą parę lat temu miałam możliwość poznać za pośrednictwem Facebooka. To niezwykle sympatyczna, mądra, wrażliwa na ludzi i otaczający ją świat kobieta.

Tym razem oddałam się lekturze „Prowincji pełnej szeptów”. Już jak przeczytałam sam tytuł wiedziałam, że będzie tu mowa o szeptuchach, magii. Pamiętam, jak Pani Kasia zbierała na wspomnianym przeze mnie wcześniej  portalu, że zbiera ciekawe historie do swojej powieści. Dziś mamy owoc tychże poszukiwań. I to jaki cudny!!

Wiadomość o śmierci świeżo poślubionego męża Wojtka burzy spokój Ludmiły. Bohaterka nie potrafi sobie poradzić ze  swoim smutkiem, nie umie zająć się swoją małą córeczką Zosią, popada w depresję. Z tego ciemnego tunelu uparcie próbują ją wyciągnąć przyjaciele, którzy pragną by na twarzy kobiety znów zagościł uśmiech, a także by wróciła do pisarstwa. Wdowa nie spodziewa się również, że otrzyma od Wojtka prezent, a ten zmieni jej życie nie do poznania.

Jeżeli, drodzy Czytelnicy myślicie, że „Prowincja  pełna szeptów” to historia przepełniona jedynie smutkiem, łzami, żałobą i przygnębienie, to z radością donoszę iż jesteście w wielkim błędzie i mile zaskoczycie się.

Katarzyna Enerlich to autorka optymistyczna, kochająca życie i ludzi, emanująca pozytywną energią, którą emanuje, rozdając wszystkim dookoła. Takie same są jej powieści. Przy nich się odpoczywa, nabiera dystansu do pewnych spraw. Zdania zapisane na kartach zostają nie tylko w pamięci, ale także sercu i duszy. Potrafią przewartościować nasz sposób myślenia nie nachalnie, ale mądrze i subtelnie, jakby ktoś delikatnie wachlował nad naszym wnętrzem czarodziejską różdżką, która sprawi, że staniemy się piękniejsi i lepsi. To esencja prostoty i sielskości. Enerlich uczy krok po kroku, jak żyć pełną piersią świadomie, dać się ponieść życiu, jego  nurtowi, żyć tu i teraz, nie bać się własnych marzeń i śmiało spełniać je.

Ja zakochałam się w tej filozofii mazurskiej pisarki. Lubię tą jej podróż do samej siebie, a także te lekcje, które daje nam, Czytelnikom.

Książka uzmysławia, że nawet po największej tragedii można jeszcze odnaleźć sens życia, cel, radość. Trzeba tylko odnaleźć nową drogę, którą będziemy podążać. Oczywiście wspaniale by było gdyby w tej wędrówce towarzyszyli nam bliskie osoby – rodzina i przyjaciele.

Za każdym razem gdy kończę książki pani Kasi towarzyszy mi smutek, że czas tak szybko minął i już muszę rozstać się z bohaterami „Prowincji…” Chciałabym przenieść się do tego świata i trwać w nim i trwać. Ale kto wie…Może kiedyś Pani Kasia wplecie jakąś opowiastkę z mojego życia do jednego z tomów? Podobno marzenia wypowiedziane lub napisane, szybciej docierają do wszechświata i stają się faktem. Zatem, wszechświecie, czyń swą powinność!

środa, 02 maja 2018

 Dużo dobrego słyszałam o powieściach autorstwa Diane Chamberlain. Dlatego gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce książkę spod jej pióra postanowiłam sprawdzić, czy i mnie spodoba się to, co serwuje  autorka.

Głównym bohaterem jest Andy Lockwood. Chłopak cierpi na zespół alkoholowy płodu tzw. FASD. Nie myśli tak, jak jego zdrowi rówieśnicy. Nie zawsze wie, jak ma się zachować, często mówi bezmyślnie to, co mu ślina na język przyniesie. Jego matka, Laurel, nie może wybaczyć sobie, że piła podczas ciąży i teraz jej synek jest taki, a nie inny. Gdy chłopiec się urodził, został oddany do rodziny zastępczej. Do matki wrócił dopiero rok później, gdy ta, po odbyciu odwyku alkoholowego, była już zdolna do opieki nad dzieckiem. Teraz stara się wynagrodzić synowi wszystko. Przesadnie się o niego troszczy i jest wręcz nadopiekuńcza. Laurel ma jeszcze starszą córkę, Maggie. Znacznie bardziej dojrzałą od Andy’ego.

Pewnego dnia Laurel postanawia wypuścić swojego syna na zamkniętą zabawę w pobliskim kościele. Po jakimś czasie przychodzi wiadomość, że w miejscu, gdzie miała odbyć się impreza dla nastolatków, wybuchł pożar. Jest wielu rannych. Jednak piętnastolatek nie ucierpiał. Wręcz przeciwnie –pomaga wydostać się z płonącego kościoła swoim kolegom i koleżankom. To wszystko sprawia, że miejscowi nazywają go bohaterem.

Ta sielanka nie trwa niestety długo. Wkrótce okazuje się, że całe zajście nie było nieszczęśliwym wypadkiem. Policja podejrzewa, że to podpalenie i zaczyna się szczególnie interesować rodziną Lockwoodów. Kto jest głównym podejrzanym?

W powieści mamy przedstawione przede wszystkim losy Laurel. Poznajemy ją w momencie, gdy wychowuje dwójkę dzieci. Ale autorka nie skupia się jedynie na teraźniejszości, bowiem wraca również do tego, co działo się z kobietą wcześniej. Mamy okazję przekonać się, jak poznała Jamie’ego, dowiadujemy się, że cierpiała na depresję poporodową, a potem stała się alkoholiczką. Szczerze mówiąc bardzo irytował mnie ten zabieg retrospekcji. Nie znoszę książek, w których raz ukazana jest przeszłość i to dość obszernie, a potem nagle pisarka lub pisarz przenosi nas do czasu teraźniejszego. Nie potrafię skupić się wówczas nad akcją, gubię się.

Zdecydowanie bardziej zainteresowałam się akcją, gdy urodziła się Maggie. Zmagania z depresją poporodową, trudy macierzyństwa, a nawet wręcz brak instynktu macierzyńskiego – te tematy wydały mi się bliższe i ciekawsze.

Mamy w tej książce też wątek kryminalny, gdyż cały czas zastanawiamy się wraz z jedną z postaci, którą jest Marcus, kto też podpalił kościół.

W „Prawie matki” autorka pokazuje jak wiele rodzice są w stanie zrobić dla własnego dziecka. Nie ma większej miłości niż matczyna.

Mimo że Diane Chamberlain poruszyła wiele interesujących tematów, stworzyła niebanalne postaci, starała się połączyć różne wątki – obyczajowy z kryminalnym, co lubię, to ta książka nie zachwyciła mnie i nie powaliła na kolana. Wolę czytać powieści, gdzie wydarzenia przedstawione są z perspektywy jednego bohatera. Poza tym, nie podobał mi się sposób narracji. Jakoś całość była dla mnie strasznie chaotyczna i zagmatwana.

Kiedyś zapisałam sobie w notesie kilka tytułów książek autorstwa Chamberlain, bo nawet miałam ochotę po nie sięgnąć. Dzisiaj, po zapoznaniu się z prozą tej pisarki stwierdzam, że powinnam porzucić swoje plany i zacząć rozglądać się za powieściami innych autorów. Wtedy może nie będę miała poczucia, że czas spędzony z książką, był stracony i mogłam spożytkować go w zupełnie inny sposób lub z zupełnie inną pozycją w dłoni. Niestety, w tym przypadku towarzyszy mi taka myśl.

Jeżeli ktoś z Was ma chęć zapoznać się z „Prawem matki” – nie zabraniam, a tym bardziej nie odradzam. Spróbujcie i wyróbcie sobie swoje zdanie. Może akurat Wy znajdziecie w tej historii coś, co Was poruszy i zachwyci. Tego Wam życzę!

 

wtorek, 01 maja 2018

Z „Chustką” a raczej z blogiem Joanny Sałygi miałam możliwość zapoznać się jakieś półtora roku temu. Od tamtej pory nie potrafiłam przestać myśleć o tej historii. Gdy dowiedziałam się, że zostanie ona spisana w formie książki, obiecałam sobie, że koniecznie ją przeczytam. Udało się!

 

Jeśli ktoś spytałby mnie, żebym w kilku słowach lub zdaniach szybko opisała o czym jest ta książka powiedziałabym, że to historia umierania, heroicznej walki o życie, o każdą godzinę, minutę i sekundę. Jednak ta definicja tylko połowicznie jest prawdziwa. Ona nie oddaje w pełni, jeżeli w ogóle oddaje, treści, tego, z czym czytelnicy stykają się podczas lektury. „Chustka” to prawdziwy i bezpośredni zapis zmagań z chorobą trzydziestokilkuletniej kobiety, przeplatany ogromną miłością do kilkuletniego synka, męża, a przede wszystkim do życia, które przecież niebawem może się skończyć. Joanna nie skupia się na tym. Ona smakuje chwile, które jeszcze jej zostały. I gdzieś podświadomie cały czas wierzy, że pokona raka, zobaczy jak jej ukochany synek dorasta, z podlotka stopniowo staje się mężczyzną. Marzy, że kiedyś zatańczy na jego weselu…

Joanna Sałyga nie rozczula się nad sobą, nie częstuje nas patosem, jaki zazwyczaj towarzyszy odchodzeniu. Nic z tych rzeczy. Jest po prostu szczera, często do bólu własnego, a także naszego, czyli czytających książkę. Dzieje się tak chociażby w chwili, gdy pisze list do syna. To czysta, niczym nie skażona miłość matczyna. Ten list jest tak intymny i osobisty, że chwilami zastanawiałam się, czy aby na pewno powinnam się z nim zapoznawać. Po kilku minutach doszłam do wniosku, że „Chustka” (bo tak też nazywano Joannę) publikując swoje intymne notatki na blogu ma pełną świadomość, że przeczytają je tysiące, a może i więcej osób. Warto dodać, że stronę Joanny odwiedzały i odwiedzają do tej pory, bo zostawiła ona po sobie swoiste świadectwo, tłumy internautów. Aż trudno ich zliczyć.

Wracając znów do pytania, o czym jest ta historia…z całą pewnością mogę przyznać, że to jedna wielka apoteoza życia. To piękny poradnik, jak cieszyć się z drobnostek. O tym, że nie powinniśmy czekać aż w naszym życiu wydarzy się coś spektakularnego i wtedy dopiero być szczęśliwym. Nie! Mamy być szczęśliwi TU I TERAZ! Bo przecież za moment wszystko może pęknąć i wtedy nie będzie już niczego. Dlatego powinniśmy czerpać garściami to, co otrzymujemy od losu. I być nieustannie wdzięczni, o czym wielokrotnie pisałam tutaj w swoich felietonach.

Nasza bohaterka w zaskakujący i dla nas trochę nietypowy sposób pokazuje nam, że odczuwanie radości jest naprawdę proste, tylko trzeba tego chcieć i przestać wiecznie narzekać. Bo ona nie marudzi, nie stęka, a jeśli już, to robi to tylko wtedy, kiedy ból jest nie do wytrzymania.

Na mnie ta opowieść zrobiła przeogromne wrażenie, a przede wszystkim wiele mnie nauczyła. Staram się wcielić w moje życie to, co chciała pokazać swoją postawą i zachowaniem Joasia. Myślę, że właśnie takie jest przesłanie tej opowieści, by nauczyć się żyć.

Blogowe notatki Joanny Sałygi ukazały się dzięki Wydawnictwu Znak.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

W życiu na każdego czeka nie tylko wiadro porażek, ale też miseczka szczęścia. Trzeba ją tylko odnaleźć. To cytat z książki Anety Rzepki „Miseczka szczęścia”. Opowieści, przy której odpoczniecie i zrelaksujecie się.

Przeważnie, jak pojawiam się w osiedlowej bibliotece, to doskonale wiem co chciałabym przeczytać. Mam swój sekretny zeszycik, w którym spisuję tytuły interesujących mnie książek. Ostatnio zjawiłam się bez kajetu. Nie miałam sprecyzowanych planów czytelniczych. Pragnęłam tylko oddać się jakiejś miłej lekturze o miłości, przyjaźni, niezbyt wymagającej ale i nie głupiej. Pani bibliotekarka, wysłuchawszy moich kryteriów, szybko pobiegła do jednego z regałów i przyniosła mi książkę „Miseczka szczęścia” autorstwa Anety Rzepki. Spojrzałam na okładkę i uśmiechnęłam się, bo czułam, że to jest to, czego wówczas szukałam. I Bogu dzięki nie myliłam się ani trochę.

Zanim przejdę do recenzowania, chcę napisać jeszcze, że uwielbiam, gdy w książkach splecionych jest kilka wątków, np: miłosny, sensacyjny, komediowy, itd.  Słowem – w jednej historii czytelnicy znajdują coś dla siebie. Jesteśmy różni i każdy z nas lubi co innego. Powieści (nawet te o mniejszej objętości) są według mnie wtedy pełniejsze. I ogromnie się cieszę i jestem usatysfakcjonowana, jako czytelniczka, że autorka zaserwowała mi taką opowieść.

Jest to przede wszystkim doskonała propozycja dla osób, które szukają w literaturze miłości niebanalnej, chcą pomarzyć, oderwać się na jakiś czas od codzienności, poprzeżywać to samo, co bohaterzy.

Życie Patrycji nie jest łatwe. Boryka się ona z różnymi problemami. Dziewczyna ciężko pracuje, chce wyjść ze skomplikowanej sytuacji rodzinnej, uwolnić się od matki alkoholiczki, wiecznie potrzebującej pieniędzy. Zależy jej na samodzielności, niezależności i życiu na własny rachunek. Czy uda się jej osiągnąć ten cel?

Patrycja nie wierzy w siebie. Jest osobą zakompleksioną. Wierzy, że już nic dobrego w jej życiu się nie zdarzy, że wszyscy zasługują na wspaniałego mężczyznę, ale nie ona. Jest pewna, że nie spotka miłości życia. A może i na nią szczęście czeka za rogiem? Jak zareaguje bohaterka, gdy los postawi przed nią przystojnego, ale mocno poturbowanego życiowo Radka? Czy tych dwoje da sobie szansę na związek, mimo tajemnic ukrytych głęboko w sercach?

Poznajemy także Renatę, matkę słodkich bliźniaczek. Kobieta znosiła wiele lat upokorzenia, cierpienia, doświadczała przemocy ze strony męża. Długo milczała, była ofiarą. Lecz któregoś dnia postanowiła, że zakończy tę gehennę i zacznie bezpiecznie żyć bez małżonka. Na szczęście stabilizację zawodową nie czeka długo, bowiem znajduję dobrze płatną pracę. W sferze uczuć też czekają zmiany, których nawet się nie spodziewa. Miejsce byłego męża zajmuje ktoś nowy. Ów człowiek dostarczy Renacie ogrom emocji. Czy Piotr jest osobą godną zaufania? Co łączy Renatę z Radkiem, chłopakiem Patrycji? Jak będą układały sie relacje kobiet? Nie mogę i nie chcę odpowiadać na te pytania. Odpowiedzi poznacie, gdy sięgniecie po „Miseczkę szczęścia”.

Nie żałuję czasu spędzonego z tą książką, wręcz przeciwnie. Gdybym mogła, chętnie przeczytałabym ją po raz kolejny. Nie ma w niej przekłamania, lukrowania, tak charakterystycznego dla tego typu powieści. Czytelnik ma wrażenie, że wszystko jest na miejscu, harmonizuje ze sobą, akcja toczy się w zawrotnym tempie i, co najważniejsze, dla wielu moli książkowych, treść nie jest przewidywalna. Książka zasługuje na uwagę.

Dodatkowy atut to przesłanie płynące z tej opowieści. Jego treść przytoczyłam już na samym początku tego tekstu. Wszyscy, bez względu na wykształcenie, pochodzenie, sytuację materialną, zasługujemy na szczęście, miłość, szacunek. Nigdy nie powinniśmy tracić nadziei i mówić, że to nie dla mnie, już wszystko stracone. Nieprawda! Dzisiaj jest tak, ale za chwilkę może być zupełnie inaczej, lepiej. Warto otworzyć drzwi nieznanemu. Gorąco polecam!


wtorek, 24 kwietnia 2018

Łatwo wpaść w pajęczynę kłamstw. Jeśli raz skłamiemy, nie możemy przestać. Czy zawsze nam się to opłaca? 

 

W fabułę debiutanckiej powieści "Miłość przychodzi z deszczem" Mili Rudnik wpisane jest kłamstwo. To w zasadzie główny motyw tej książki. Ono łączy i jednocześnie dzieli bohaterów. 

Marek i Marcin to bracia. Jednojajowi bliźniacy. Podobni do siebie jak dwie krople wody, identyczni. Marcin jest żonaty, Marek wolny. Ten pierwszy pragnie zostać ojcem, ale niestety jest to niemożliwe. Mężczyzna jest tak zdesperowany, że w jego głowie rodzi się pomysł. Szalony. Rzekłabym nawet, że chory i szatański. Ma on być lekiem na małżeńskie problemy oraz plastrem na wszystkie wewnętrzne rozterki. By spełnić swoje marzenie, Marcin posuwa się do szantażu.  Nad rodziny Marka i Marcina nadciągają złowrogie, burzowe chmury. Czy obejdzie się bez grzmotów?

To nie jest lukrowana opowieść o losach rodziny. To dramatyczna historia, pełna przykrych niespodzianek, nagłych zwrotów akcji. Tutaj nic nie jest pod kontrolą, a wręcz przeciwnie - szybko się spod niej wymyka. Autorka pokazuje, że każda nasza decyzja powinna być bardzo dokładnie przemyślana, bo w przeciwnym razie cena, jaką przyjdzie nam płacić, będzie naprawdę wysoka. Może nawet za wysoka dla niektórych. 

Lektura zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie potrafiłam się od niej oderwać, bo byłam ciekawa, co dalej się wydarzy, jakie będą konsekwencje postępowania braci. Czasami miałam ochotę wydać ocenę o danej postaci, ale gdy zagłębiłam się w treść, przeczytałam kilka stron więcej stwierdziłam, że to nie miałoby najmniejszego sensu. Poza tym, tutaj trudno wydawać opinię o kimkolwiek. Myślę, że byłoby to niezwykle krzywdzące.Pisarka w mistrzowski sposób uzmysławia, że w życie, czy tego chcemy czy nie, jest przewrotne, potrafi płatać nam figle i ukazywać przed nami najróżniejsze swe odcienie. 

"Miłość przychodzi z deszczem" to piękna i mądra książka dla ludzi o wrażliwym sercu. Akcja toczy się w dwóch przestrzeniach czasowych i ani na chwilę nie zwalnia. Postaci wykreowane przez Rudnik są realistyczne i wyraziste. 

Serdecznie polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią trudne powieści, dające do myślenia. 

 

 


czwartek, 19 kwietnia 2018

DROGA DO CIEBIE

 

dłonie mam dziś jak sople lodu

od niedotyku wątłe

w tęsknotę odziane

na wargach cierpki smak oczekiwania

aż skosztować będę mogła

owocu z raju

do niego wiele wyboistych dróg

pokonam każdą

by dotrzeć do Ciebie

 

ˆAgnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 19.04.2018 r.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Gdy sięgnęłam po pierwszy tom cyklu V.C. Andrews nie sądziłam, że „Kwiaty na poddaszu” zrobią na mnie az takie wrażenie. Wiedziałam, że będzie to książka o nietypowej tematyce, a ja takową uwielbiam. Lubię książki poruszające tematy tabu.

Nie mogłam się oprzeć. Musiałam szybko zapoznać się z dalszymi losami rodzeństwa Dollangagerów.

Po tragicznej śmierci najmłodszego członka rodziny, Chris i Cathy podejmują decyzje o ucieczce z poddasza. Realizacja tego planu zajmuje im wiele miesięcy, w trakcie których przygotowują się na każdą ewentualność. Gromadzenie środków zajmuje im sporo czasu, jednak żadne z nich się nie poddaje, tylko cierpliwie wyczekują chwili, której będzie im dane spełnić swoje marzenia. W końcu ich prośby zostają spełnione i rodzeństwo oddala się od miejsca, które przez wiele lat stanowiło dla nich prawdziwe więzienie. Z każdą kolejną chwilą znajdują się coraz bliżej miasta, z którym wiążą ogromne nadzieje. Niestety w trakcie jazdy autobusem, młodsza siostra nastolatków dostaje dość poważnego ataku i czym prędzej musi znaleźć się pod fachową opieką. Dollangangerom pomaga w tym czarnoskóra kobieta, która okazują się być gospodynią w domu dr Sheffielda. Mężczyzna bardzo szybko nawiązuje kontakt z nieufnym rodzeństwem i daje im poczucie bezpieczeństwa, o którym do tej pory mogli tylko pomarzyć.

„Płatki na wietrze” to świetna opowieść, która porusza wiele problemów. Jest tutaj wątek kobiety, która nade wszystko kocha pieniądze i zrobi dla nich wszystko – dosłownie. Jest także ukazane do czego może prowadzić nadmierny luksus. Jest też motyw zastraszenia.

Chyba najlepiej w tej książce jednak podobał mi się motyw miłości brata do siostry, ale jest ona tutaj przedstawiona w bardzo nietypowy sposób. W jaki? To już musicie sami przekonać się sięgając po „Płatki na wietrze”.

 

 
1 , 2 , 3 , 4