Zakładki:
Literatura polska
Literatura zagraniczna
Tagi
niedziela, 14 października 2018

 Do przeczytania „Niani w Nowym Jorku” zachęcił mnie…film. Obejrzałam go dwa razy z ogromnym zainteresowaniem. Pamiętam, że bardzo współczułam małemu chłopcu, który był właściwie drugą, najważniejszą postacią (oczywiście prócz tytułowej niani) w tym filmie), że taki jest samotny, niezauważany, odepchnięty na plan dalszy przez swoich rodziców. Bardzo zaintrygowało mnie to, że tak wyraźnie został pokazany motyw osamotnienia Grayera, jego ciągłe próby zwrócenia na siebie uwagi. Pomyślałam wtedy, ze reżyser musi być chyba dobrym psychologiem, skoro taki mocny położył nacisk właśnie na ten problem. Mógł przecież pokazać tę historię z zupełnie innej perspektywy; tak jakby oczami dziecka, ale na ten przykład Niani, jej odczucia, czy jej perypetie albo chociaż skupić się na emocjach Państwa X, na ich stylu życia. Na całe szczęście twórcy mieli już swoją koncepcję, taką a nie inną i ukazali całość w opisywany przeze mnie wyżej sposób. Niestety zupełnie inaczej życie Państwa X i ich syna ukazały w swej książce Nicola Kraus i Emma Laughlin.

Autorki, ku mojemu dużemu zaskoczeniu, całą swoją pisarską uwagę skupiły na rodzicach Grayera, a nie na czterolatku, który  jak wspomniałam już wcześniej, tak naprawdę był postacią najistotniejszą. Przynajmniej powinien być. Czytając „Nianię…” odnosiłam wrażenie, że to Państwo X są tym priorytetem i że to oni wiodą prym w akcji. Wszystko kręciło się wokół nich. Nie pominięto tutaj żadnego, nawet najmniejszego szczególiku, z życia tych dwojga: począwszy od garderoby aż po ekscesy łóżkowe. Ktoś mógłby zadać pytanie: a co z dzieckiem? Dobre spostrzeżenie. Dziecko jest gdzieś w tle.

Śmieszyło mnie też opisywanie relacji X-ów z samą nianią, jakby to  nimi miała się opiekować. Chwilami dochodziłam do wniosku, że może faktycznie powinna? Pani X i jej mąż, to para snobów, dla których liczą się jedynie kolejne zera na koncie, wygląd własny, ale również innych (najlepiej obcych), imprezy, spotkania biznesowe. I tak z dnia na dzień. A maluchem niech zajmuje się pomoc domowa, która przechodzi szybki kurs matki zastępczej dla chłopca. Jest dla niego o wiele lepsza, bardziej wczuwa się w jego potrzeby, oczekiwania i przede wszystkim umie słuchać i kochać, chociaż jest tylko opiekunką. Dzięki niej maluch zapomina o swojej samotności. Na jak długo? Jak  Nanny poradzi sobie ze swoimi obowiązkami, których X-owie dokładają jej coraz więcej? Czy rodzice chłopczyka wreszcie otrząsną się i zauważą swoje błędy? Nie odpowiem na te pytania, ponieważ chcę abyście sami się o tym przekonali.

„Niania w Nowym Jorku” jest typowym czytadłem. Nie znajdziecie jej na półkach z najlepszą literaturą. Nie oszukujmy się. Jest to jednak opowieść, którą z czystym sumieniem chcę polecić. Uwierzcie mi, warto zagłębić się w tę historię, czasami pomyśleć. A może styl Waszego życia przypomina ten przedstawiony na kartach „Niani…”? Oby nie. Jednak sami musicie sprawdzić i odpowiedzieć sobie po cichu.

 

piątek, 05 października 2018

Miłość za kilka włosów” marokańskiego pisarza Mohammeda Mrabeta jest pierwszą powieścią tego pisarza wydaną w Polsce.

Jest to opowieść, której akcja rozgrywa się w Tangerze. To historia trudnej miłości, okupionej często łzami. Nie brakuje w niej także magii, tajemnicy, trochę grozy.

Mohammed, bohater omawianej przeze mnie książki, stracił matkę bardzo wcześnie. Zostal tylko ojciec, bracia i siostry chłopaka. Ten odwiedzał swego ojca, jednak nie często to czynił, gdyż obawiał się, że ojciec zechce zatrzymać go przy sobie.

Sytuacja diametralnie zmieniła się gdy Mohammed dowiedział się iż niedaleko jego rodzinnego domu mieszka dziewczyna o imieniu Mina.

Dawno temu, gdy jeszcze byli dziećmi, bawili się razem. Później ich drogi rozeszły się nieco.

Dopiero pewnego dnia, siedząc na tarasie, znowu ujrzał Minę. Wtedy dostrzegł jaka piękna z niej kobieta. Zapragnął z nią porozmawiać. Codziennie przesiadywał na tarasie, wypatrując swojej lubej. Ta raz pojawiała się, by potem zniknąć.

Któregoś dnia młodym udało się porozmawiać. Mohammed zaprosił dziewczynę do kina, na randkę. Niestety, spotkanie nie należało do udanych.

Sprytny młodzieniec, chcąc zapewnić sobie miłość wzajemną Miny, udaje się do starej wróżbiarki, która spalając kilka włosów dziewczyny, wróży i zapewnia uczucie.

Romans rozkwita, ale nie na długo. Zaczynają piętrzyć się problemy. Jakie? Tego już dowiecie się, gdy sięgniecie po książkę „Miłość za kilka włosów”.

Uprzedzić Was muszę, że książka do najłatwiejszych nie należy. Niekiedy czytelnik czytając ma problem, żeby pojąć, powiązać niektóre fakty z życia Mahommeda i Miny. Zaletą jest jednak to, że książka ma krótkie rozdziały, napisane jest językiem prostym i zrozumiałym dla każdego. A minus? Minusem na pewno jest to, że historia opowiedziana przez Mrabeta jest dość przewidywalna.

Zdradzić jeszcze mogę, że Mina nie jest jedyną kobietą w życiu Mohammeda.

Nic więcej nie powiem. Sami się przekonajcie.

 

środa, 03 października 2018

Ci, którzy mnie znają, wiedzą doskonale, że mam słabość do zwierząt. Zarówno tych z życia realnego, jak i z literatury czy filmu. Dlatego, gdy tylko zobaczyłam na okładce książki „Och, Elvis” autorstwa Mariki Krajniewskiej, uroczego maltańczyka wiedziałam, że muszę zapoznać się z powieścią.

Główną bohaterką książki jest Joanna, trzydziestoletnia panna, która pracuje w domu spokojnej starości. Jej praca na ogół pozbawiona jest spektakularnych wrażeń czy nagłych zwrotów akcji. Do czasu, gdy jedna z pensjonariuszek domu starców „Patrycja” umiera. No i w sumie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że szalone przyjaciółki zmarłej Alicji postanawiają ukraść urnę z prochami koleżanki, by móc spełnić jej wielkie, ostatnie marzenie – odwiedzić grób Elvisa w Memphis. Niewiele myśląc ruszają w drogę. Joanna dowiedziawszy się o tym szalonym pomyśle rusza za uciekinierkami. Jej towarzyszem zaś jest wnuczek zmarłej – Paweł.

Powieść Krajniewskiej to połączenie komedii i wzruszającej historii obyczajowej. Z jednej strony mamy zabawne dialogi, komizm sytuacyjny, a z drugiej nie brakuje fragmentów, gdzie mamy okazję zastanowić się nad ludzkim życiem, przewrotnością losu. Przekonujemy się jak wielką rolę w życiu każdego z nas odgrywa obecność drugiego człowieka, jego bliskość. Mamy tutaj niemalże ferię emocji i barw.

Całość stanowią dwa główne wątki. Pierwszy z nich to losy trzydziestoletniej Joanny, zwanej przez mieszkańców domu starców Małą Mi. Towarzyszymy dziewczynie nie tylko w życiu zawodowym, ale także w tym osobistym i rodzinnym. Śledzimy jej relacje z matką a także pensjonariuszami. Z tą pierwszą, niestety, nie układa się najlepiej.

Natomiast drugi wątek dotyczy trzech staruszek, czyli Gieni, Alicji i Marysi, a także szarmanckiego pana Stacha.

Mieszkańców domu starców cechuje pogoda ducha, specyficzne poczucie humoru, ale możemy także zobaczyć, że każdy z osobna dźwiga na swych barkach ciężki bagaż doświadczeń, często mocno skomplikowanych. Takim aniołem stróżem dla tej nietuzinkowej paczki seniorów bez wątpienia jest Joanna, która zawsze znajduje czas dla swych podopiecznych i ma dla nich dobre słowo, które łagodzi jak balsam.

„Och, Elvis” to niezwykle optymistyczna, ciepła i błyskotliwa opowieść o sile przyjaźni, o przemijaniu, codziennych troskach i radościach ludzi w wieku senioralnym.

Myślę, że każdy czytelnik dopatrzy się czego innego w tej historii, bo można ją intepretować na różne sposoby. I, według mnie, to jej ogromny atut.

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to wplatanie w bieżącą akcję wątków z przeszłości. Pisałam kiedyś już o tym, że strasznie denerwuje mnie ten zabieg, który często stosują pisarki i pisarze. No, ale to tylko taki mój zarzut, który właściwie nie rzutuje na ocenie całości.

Lekturę polecam wszystkim, którzy lubią niebanalną literaturę obyczajową, a także tym, którzy interesują się problemami osób starszych w naszym kraju. Jestem przekonana, że Wasze gusta i oczekiwania zostaną zaspokojone.

Ciekawa jestem, czy czytaliście już tę powieść i co o niej sądzicie? A może zapoznaliście się z wcześniejszymi książkami Mariki Krajniewskiej? Napiszcie też, co teraz czytacie i co byście polecili mi na nieuchronnie zbliżające się jesienno-zimowe wieczory.

Mam już pewien plan na nadchodzący czas, ale nie chcę na razie zdradzać szczegółów. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z moimi zamierzeniami i będę mogła go zrealizować. Trzymajcie kciuki i do następnej notki.

 

wtorek, 02 października 2018

A jeśli ciernie” to kontynuacja głośnej serii książek Virginii C. Andrews o rodzinie Dollangerów. Serii, która o dziwo przypadła do gustu i mnie. Pamiętam, że pierwszym tomem byłam zachwycona, drugim wprost oszołomiona. A jakie wrażenia zrobił na mnie tom trzeci?

Tym razem narratorami opowieści są synowie Cathy – Jory i Bart. To oni powoli odkrywają przeszłość swoich rodziców, muszą się z nią zmierzyć i odnaleźć w niej sens. Wszystko więc opisane jest z perspektywy dorastających chłopców.

Jory- ten „dobry”, Bart- ten „zły”. Jory, który kocha matkę i „ojca”- czyli Chrisa- brata matki (o czym oczywiście początkowo synowie nie wiedzą), podziela pasję matki – taniec, jest też pełen podziwu dla ojca, jest wyrozumiały, spokojny, mądry, nie sprawiający problemów.

Bart – dziecko, które czuje się niekochane, nie zauważane, jest niezdarny, złośliwy, arogancki.

Każdy z nich na historię swoich rodziców spojrzy inaczej, w swoisty dla siebie sposób.

Cathy i Chrisowi udaje się stworzyć w miarę szczęśliwą rodzinę, wszystko wydaje się być już poukladane i na swoim miejscu. Jednak to tylko pozory.

Jednak wszystko zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w momencie gdy do sąsiedniego domu wprowadza się tajemnicza dama, z tajemniczym lokajem. Powoli życie Dollangerów znowu obraca się w koszmar.

Przeszłość nie daje o sobie zapomnieć Cathy i Chrisowi. Do tego wciąga w swoją pajęczą sieć ich synów. Szczegółów musicie dowiedzieć się sami, czytając książkę V.C. Andrews „A jeśli ciernie”.

Czytając powieść dostrzeżemy, że postaci są w niej przejaskrawione do granic mozliwości. Mnie jednak to jakoś za specjalnie nie przeszkadzało. Wprost przeciwnie. Miałam pełen obraz każdego bohatera. Mogłam poznać dogłębnie jego psychikę, motywy postępowania. Lubię takie książki, gdzie postaci są wyraziste na tyle, że już po przeczytaniu kilkunastu stron książki, można wyrobić sobie zdanie na ich temat.

Ciekawe jest to, że autorka z każdą stroną stopniuje coraz bardziej napięcie. Czytając czułam się tak, jakby ktoś zaprosił mnie do wielkiego pałacu i stopniowo oprowadzał mnie po nim, odkrywał przede mną każdy zakątek, zakamarek tego miejsca. To niesamowite przeżycie.

Uwielbiam książki psychologiczne, gdzie muszę zastanowić się, dlaczego bohater postępuje w ten, a nie inny sposób. Zachwycam się zawsze zawiłymi historiami ludzkimi. To mnie pociąga.

W wyżej omawianej książce chyba tego wszystkiego niestety było za dużo. Musiałam wysilić bardzo moje szare komórki, aby w tym wszystkim połapać się. Historia, którą stworzyła Andrews trzymała mnie w napięciu, zaciekawiła bardzo – to fakt. Ale w pewnym momencie poczułam się nią zmęczona, nawet nie znużona tylko zwyczajnie zmęczona jakbym czytała jakąś naukową książkę na studiach. W pewnej chwili powiedzialam sobie: „o nie, już mam dość!”…i zwyczajnie zamknęłam książkę, nie chciałam czytać już jej dalej. Poczułam, że powinnam odpocząć. Zapragnęłam nagle przeczytać coś lekkiego, niezobowiązującego. Jak narazie nic takiego pod ręką nie mam. Poza tym, do ukończenia tej serii zostały mi jeszcze albo już tylko dwa tomy.

Mam nadzieję, że tym razem się nie zmęczę, że nie zamknę książki właściwie na krótko przed jej zakończeniem. Nie lubię tego robić, bardzo nie lubię. W tym przypadku musiałam! Nie dałam rady wgłębiać się dalej w losy tej rodziny.

Kończąc moje refleksje polekturowe, chcę powiedzieć, że z czystym sercem polecam tę książkę. Ostrzegam jednak lojalnie, że musicie się przygotować na ogrom emocji. Niewykluczone, że i Wy w którymś momencie poczujecie się przemęczeni tą opowieścią, okaże sie, że ładunek emocjonalny, jaki zaserwowała swoim Czytelnikom Andrews jest zbyt duży.Myślę, że to mimo wszystko będzie dobra reakcja.

 

środa, 04 lipca 2018

 ROZCZAROWANIE

Gorycz niespełnionego

Wwierca się w świadomość

Miesza ze słodyczą słów

Lukrem oblepionych

Ale pustych od środka

Bez pokrycia w czynach

A miało być tak pięknie

Miałam wznosić się na wyżyny

A zamiast tego runęłam na ziemię

Zbitą i twardą

Poznałam co to grawitacja

W ustach mam słony smak rozczarowania

Język zesztywniały

Nie mogę mówić

Może milczeniem wykrzyczę swój ból

Niestety nie jestem pewna

Czy go usłyszysz

 

ˆ Agnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 4.07.2018 r.

sobota, 30 czerwca 2018

"Urzekająca i zabawna historia o sile kobiecej przyjaźni, która pokona wszystkie przeciwności losu." Taki krótki opis najnowszej powieści "Trzykrotka" autorstwa Anny Szczęsnej możemy przeczytać na okładce książki. 

 

To już trzecie moje spotkanie z prozą Anny Szczęsnej, która stała się jedną z moich ulubionych polskich autorek. Za każdym razem, gdy sięgam po jej powieści wiem, że się nie zawiodę i że na koniec po moim ciele przebiegnie gęsia skórka. Pisarka znakomicie operuje piórem i żongluje emocjami tak, by trafić do każdego Czytelnika.

 

Rozalia, Alicja i Łucja to trzy przyjaciółki i zarazem główne bohaterki "Trzykrotki". Ich losy splatają się ponownie, gdy każda z nich jest już po trzydziestce i dźwiga na barkach swój życiowy bagaż. Wszystkie spotykają się w toruńskiej kamienicy.

 

Anna Szczęsna w swojej książce porusza wiele trudnych, ale jednocześnie bliskich każdemu z nas, tematów.  Mamy tutaj dwunastoletnią Natalię, trudną wychowawczo dziewczynkę, która całkowicie nie potrafi dogadać się ze swoją matką. Często ucieka z domu.  Czasem piecze nad nią sprawuje jej wujek - Sylwester. Artysta-malarz, trochę pokręcony, ale wrażliwy i o wielkim sercu mężczyzna. Dodatkowo poznaje bliżej jedną z kobiet - Rozalię. Początkowo ich relacja jest dość dziwna, ale intrygująca...Co z tego wyniknie? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, koniecznie sięgnijcie po "Trzykrotkę". Według mnie wątek tej trójki, o której piszę w tym akapicie, jest najciekawszy z całej powieści. To właśnie dzięki niemu, gdy czytałam już ostatnie strony, poczułam dreszcz na plecach i rękach. 

Pisarka opisuje także dość obszernie problem promocji książek i samych autorów. Nie szczędzi nam szczegółów, jak to wygląda od kuchni. Chociaż Szczęsna pisze szczerze i nie lukruje rzeczywistości, to zawsze stara się pokazywać, że medal ma dwie strony i nigdy nie należy podchodzić do żadnego zaganienia powierzchownie. 

 

Jak już wspomniałam na początku "Trzykrotka" nie jest pierwszą książką Anny Szczęsnej, z którą miałam przyjemność się zapoznać. Wcześniej czytałam "Jutro pachnie cynamonem" i "Myśl do przytulania". Zauważyłam, że te trzy powieści bardzo się od siebie różnią, choć mają też wiele elementów wspólnych, Najnowsza książka jest, moim zdaniem, inna od pozostałych wyżej wymienionych. Tutaj akcja dość późno się rozkręca, jest sporo dokładnych opisów, co przyznam że troszkę mnie denerwowało, gdyż wolę, gdy całość już od pierwszych stron jest żywa i nabiera tempa. "Trzykrotka" jest leniwą, niespieszną lekturą, taką przy której można wziąć głębszy oddech, wrócić do wcześniejszych kwestii. Sama nie wiem czy to dobry zabieg czy nie. Nie chciałabym zajmować stanowczego stanowiska, bo trudno mi powiedzieć co o tym sądzić. Ale cieszę się, że zapoznałam się z tą pozycją i z pewnością będę ją polecała moim znajomym i Wam - Czytelnikom. 

 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie Autorce i, jak zawsze, czekam na kolejne powieści oraz zapewniam o swoim wsparciu. 

 

 

wtorek, 19 czerwca 2018

 NIE MAM NIC

Brakuje mi

naszego we dwoje

Brakuje mi

splotu wątłych palców

o ósmej rano

Brakuje mi

kołdry dłoni Twoich

którą mogłabym okryć

zmarznięte ramiona

Brakuje mi

godzin spędzonych razem

bez pośpiechu

i drwin za plecami

Brakuje mi

kropli nadziei na to że

sen się spełni

choć podobno

to wiara czyni cuda

jej też nie mam za wiele

Nie mam nic

ˆ Agnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 19.06.2018r.

wtorek, 12 czerwca 2018

PIJANA

 Emilowi

czekam aż wejdziesz

bez pardonu

tak jak lubię

zerwiesz ze mnie wstyd

który dotąd trzymałam

na smyczy przyzwoitości

bo któż by się przejmował

co wypada a co nie

kto nie ryzykuje

nie pije szampana

odkąd mam Cię w głowie

i pod lewym żebrem

nie potrzebuję wysokoprocentowych trunków

zmąciłeś krew w żyłach moich

i światopogląd

a myślałam że wiem

gdzie leży granica

ˆ Agnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 12.06.2018 r.

 

sobota, 09 czerwca 2018

 Miała swoją córeczkę w ramionach tylko kilka tygodni. Ponownie spotkała ją dopiero po 77 latach. Poznajcie historię Minki Disbrow.

Minka DeYoung urodziła się jako drugie z trójki dzieci w rodzinie holenderskich emigrantów. Poznajemy ją jako szesnastoletnią pannę, skromną i biedną. Dziewczyna bardzo pragnęła robić wszystko to, co jej rówieśnice. Wychowana w surowej rodzinie, nie do końca jest przygotowana do dorosłego życia, w które lada chwila wkroczy. Wierzy naiwnie w to, że bocian przynosi dzieci oraz w to, że wszyscy są dobrzy i nikt nie zrobi jej krzywdy. Nawet przez głowę jej nie przejdzie, że się myli, bo świat, który wykreowała sobie w wyobraźni, ma niewiele wspólnego z tym rzeczywistym. Podczas niedzielnego pikniku, na który tak bardzo czekała, Minnie zostaje zgwałcona przez sporo starszego od siebie mężczyznę i w konsekwencji zachodzi w ciążę. W tajemnicy rodzi dziecko. Dziewczynce daje imię Betty Jane. Minka od razu zakochuje się w córeczce. Wie jednak, że nie może malej wychowywać, bo nie ma do tego warunków i decyduje się na krok, który niemalże rozdziera jej matczyne serce. Mianowicie oddaje maleńką Betty do adopcji. Od tamtego momentu Minka każdego dnia tęskni za swoją córką, pisze do niej listy i cały czas czeka…Może dobry Bóg, w którego mocno wierzy, splecie ich drogi i kiedyś dojdzie do  tego niezwykłego spotkania.

Minka w dzieciństwie wycofana, trochę zakompleksiona, w miarę upływu lat staje się silną kobietą, która dzielnie stawia czoła przeciwnościom losu. Miała w sobie niespożytą energię, wiele pokory i cierpliwości, a z drugiej strony była zdeterminowana i walczyła o swoje marzenia i starała się realizować swoje plany i zamierzenia. Przez cały czas była osobą pogodną, pełną wiary, nadziei i miłości, której sama dostawała wiele ale i ona potrafiła nią obdarowywać swoich bliskich. Była wspaniałą matką dla swoich dzieci, choć wciąż nie potrafiła przestać tęsknić za Betty Jane.

„Czekałam na Ciebie” autorstwa Cathy LaGrow to historia wzruszająca, pełna emocji, wobec której trudno przejść obojętnie. To opowieść o cierpieniu, poświęceniu i zarazem wielkiej miłości.

Jedyny zarzut jaki mam do tej książki jest taki, że mało tutaj dialogów i czasami treść wydawała się monotonna. Myślę, że spokojnie tę pozycję można zaliczyć do wspomnień czy też biografii, gdyż takim stylem właśnie jest napisana.

Nie żałuję czasu poświęconego tej książce. Polecam ją wszystkim, bowiem niesie ona w sobie przesłanie, że nigdy nie można się poddawać i rezygnować ze swoich pragnień bowiem, jeśli czegoś chcemy z całej siły, to prędzej czy później to, czego oczekujemy przyjdzie do nas i ujrzy światło dzienne.

czwartek, 07 czerwca 2018

KONIEC

Nie teraz
Za chwilę
Odpuszczę
Nie wiem czy bardziej
Sobie
Wszystkie winy nie zawinione
Czy Tobie 
Że nie cały świat
Tylko zaledwie ćwierć
Dajesz mi co dnia
Że nie mieszczę się
W napiętym grafiku
I że po nocach szepczesz imię
Które przebija serce moje
Na wskroś
Już za moment
Zegary staną
Ziemia rozstąpi się
A ja
Stanę się
Wrakiem człowieka

 

ˆ Agnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 5.06.2018r.

sobota, 02 czerwca 2018

W życiu nie można być niczego pewnym – pokazuje przypadek bohatera “Drogi do Tarvisio”. To ironiczna, a zarazem gorzka opowieść o Polaku, który w kwietniu 2011 roku odbywa podróż do Pragi, Wiednia i Włoch.

Książka Grzegorza Kozery może mocno zirytować czytelnika. Autor ośmiesza polskość, a raczej polaczkowatość, drwi z Niemców i Austriaków, nie znosi Żydów i do tego sądzi, że wszystko wie najlepiej.

“Droga do Tarvisio” to przewrotna powieść i, aby ją zrozumieć, trzeba wgryźć się w jej treść bardzo głęboko.

Autor serwuje nam zlepioną z polskich lęków, fobii, kompleksów, dziwactw i smutków prawdziwą i szczerą aż do bólu ksiażkę o tym, że nie żyjemy sami na tym świecie, że nie można kochać wyłącznie siebie. Między wierszami czytelnik wyczyta, że nie można być szczęśliwym w pełni, gdy nie zrozumiemy istoty szczęścia.

Bohater przeżył kilka burzliwych związków z kobietami, i kiedy po pięciu latach kolejnego zorientował się, że to najprawdopodobniej ta jedyna i wymarzona, ta do której autentycznie wzdycha, oznajmia mu, że to już koniec. Chociaż śledząc losy tej dziwnej postaci, zadajemy sobie pytanie, czy rzeczywiście był jakiś początek u boku Matyldy. Mimo to bohater “Drogi do Tarvisio” uważa, że kończy się jego świat i nic już nie będzie takie samo. Teraz jedynym i najbardziej rozsądnym, według Grzegorza, posunięciem jest samotna wyprawa po Europie. Jest to swoista podróż, ponieważ odbywa się ona z duchem Mat, z którym główny bohater nie potrafi się rozstać.

Skłamałabym, gdybym napisała, że “Droga do Tarvisio” spełniła moje czytelnicze oczekiwania. Nie stało się tak. Owszem, były momenty, kiedy uśmiech pojawił się na mojej twarzy, ale był on raczej ironiczny, krzywy. A szkoda!

Historię opowiedzianą przez Grzegorza Kozerę polecam tym czytelnikom, którzy lubią być wodzeni za nos, lubią, gdy autor zmyli ich trop. Te osoby z pewnością przeżyją fascynującą przygodę czytając “Drogę do Tarvisio”.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Dobra Literatura

Źródło: http://krytycznymokiem.blogspot.com

poniedziałek, 28 maja 2018

Za dużo seksu, za mało sensu

Długo zbierałam się do tego, by zrecenzować książkę Piotra Adamczyka pt.: „Pożądanie mieszka w szafie. Właściwie gdyby nie to, że otrzymałam egzemplarz do recenzji od wydawnictwa Dobra Literatura i zobowiązałam się do napisania chociaż krótkiej notki na swoim blogu po przeczytaniu tej książki, wcale bym nie zostawiała tutaj refleksji polekturowych. No niestety, jestem obowiązkowa, jak już coś obiecam, to słowa zwykle dotrzymuję. Tak też będzie tym razem.

Nie mogę jednoznacznie napisać, że książka mnie zniesmaczyła czy zawiodła, bo tak nie było. Jednak coś mi przeszkadza, by wpaść w czytelniczy zachwyt, być rozentuzjazmowaną recenzentką. Czegoś w tej całej opowieści brakuje, czegoś jest za dużo, a czegoś za mało. Zresztą, już w tytule notki macie odpowiedź, jak rozkładają się te proporcje.

W książce zostało ukazane życie i problemy ponad czterdziestoletniego mężczyzny o nazwisku Piotr Adamczyk. Teraz słyszę w wyobraźni te okrzyki: „O, rety! Ktoś napisał książkę o tym aktorze co grał papieża! Czyż to nie fascynujące?!” No nie, a to dlatego że to nie TEN Piotr Adamczyk, a jedynie redaktor naczelny wrocławskiej gazety.

Bohater poznaje kasjerkę Magdalenę, z którą po pewnym czasie wchodzi w dość bliską relację damsko-męską.

Jeżeli ktoś z Was myśli, że owa Magdalena jest jedyną kobietą w życiu Adamczyka, to grubo się myli, bardzo grubo! Na horyzoncie jest jeszcze niejaka Miriam. Choć na horyzoncie to trochę niezbyt trafne określenie, bo ona tylko pojawia się w przestrzeni wirtualnej. Pisze do naszego Piotrusia czułe e-maile, pełne wyznań miłosny, często zabarwionych erotyzmem. Ten już się podnieca, prawie że gotowy umówić się z dziewczyną na randkę, bo wydaje mu się, że bardzo dobrze ją zna. Czy rzeczywiście? Przekonacie się sami, jeżeli sięgniecie po książkę „Pożądanie mieszka w szafie”.

Dużo w tej historii było zabawnych tekstów, a nawet wydarzeń, ale…Ja ciągle czułam niedosyt, zadawałam sobie pytanie: „No świetnie! Udało się chłopu, to czy tamto, autor błyskotliwie opisał jakąś scenkę…No i….? Co z tego wynika? Co ja, konkretna dziewczyna, z takimi a nie innymi oczekiwaniami z tego mogę wynieść, czego się nauczyć?” I wiecie, jaką sama sobie dałam odpowiedź? Absolutnie nic! Zwyczajnie z tej książki NIC nie wynika. Czytasz ją, ale równie dobrze, jakbyś, drogi Czytelniku, nie wziął jej do ręki albo zabrał się za inną, nic by Ci się nie stało. Sądzę, że autor nie by się nie popłakał z tego powodu.

Przeczytałam tę książkę, bo zasugerowałam się tym, że już kiedyś tam o niej słyszałam. Wiem jednak, że popełniłam błąd. Nie powinnam była sugerować się tym, że dawno temu gdzieś coś usłyszałam o tym tytule i że inni piszą same „ochy” i „achy” na temat treści. Cóż…widocznie ja jestem nad wyraz wybredna, bo we mnie akurat ta opowieść nie wzbudziła euforii, nie poczułam żadnego podniecenia.

Mam nauczkę. Na drugi raz dziesięć razy muszę się zastanowić, zanim wezmę jakąś pozycję do zrecenzowania.

Za przesłanie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawnictwu Dobra Literatura

 

czwartek, 17 maja 2018

 FARSA

za cienką zasłoną

dymu papierosowego

zakrywasz twarz

w uszach skrzypią godziny

spędzone razem

a jednak osobno

od lat

jak w teatrze

odgrywacie swoje role

na casting zgłosiłeś się

razem z nią

nie zdążyłeś doczytać

że to będzie czysta farsa

w labiryncie zdarzeń

drepczesz szukając wyjścia

zapominając że

w tej sztuce

zastępstwa są niedozwolone

 

ˆAgnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 17.05.2018 r.

środa, 16 maja 2018

Długo zastanawiałam się, czy napisać coś o niedawno przeczytanej książce czy też zostawić tę lekturę bez echa. Niestety, moja obowiązkowość i lojalność wobec Was, Czytelników, zwyciężyła. Przecież prowadzę bloga literackiego, więc od czasu do czasu (chcę czy nie) muszę podzielić się swoimi refleksjami po przeróżnych powieściach, które czytam.

Zanim przejdę do meritum, chcę jeszcze uprzedzić, że na moim blogu nie zawsze będą pojawiały się recenzje. Będzie też tak, że będę zamieszczała coś, co raczej powinno się nazywać refleksjami, spostrzeżeniami czytelniczymi. Tak zrobię i tym razem. Mam nadzieję, że nikt z odwiedzających i czytających się nie pogniewa. A teraz do rzeczy…

„Azyl” Izabeli Sowy to książka niepozorna. Właściwie można przeczytać ją w jeden wieczór…Na upartego…

Wiktoria, główna bohaterka, przez przypadek znajduje w komputerze zdjęcie, które całkowicie wywraca jej życie do góry nogami. Nikomu nie tłumacząc się, pakuje walizkę i wyjeżdża do Chorwacji. To miejsce przywołuje w niej miłe wspomnienia jeszcze z dzieciństwa. Tu kobieta chce odpocząć, ale przede wszystkim wejść wgłąb siebie i rozliczyć się z przeszłością.

W Dubrowniku Wiktoria szybko odnajduje swój kąt. Nawiązuje nowe znajomości, próbuje żyć „normalnie”. Czy jej się to udaje?

Praca w schronisku dla psów, poznanie właścicielki, znajomość z Andrzejem – to tylko niektóre wątki, które porusza w swej powieści Izabela Sowa. W „Azylu” wątków jest naprawdę dużo. Jedne mniej rozbudowane, inne bardziej. Czytelnik musi mocno być skoncentrowany, żeby posplatać je w zgrabną całość. Chwilami, czytając, czułam się jakbym błądziła w labiryncie.

Na początku tego tekstu napisałam, że na upartego można przeczytać „Azyl” w jeden wieczór. Jeśli umiesz, drogi Czytelniku skupić swoją uwagę maksymalnie, lubisz książki, gdzie jeden wątek niemalże pogania drugi, dasz sobie radę z lekturą, a czas z nią spędzony nie uznasz za stracony. W moim przypadku było dokładnie odwrotnie. Czułam się strasznie zmęczona tą pozycją. Byłam nią rozczarowana do granic możliwości.

Być może po raz kolejny zupełnie niepotrzebnie po spojrzeniu na okładkę i po zerknięciu na opis stwierdziłam: - O, to będzie ciekawa książka! Takie lubię”. Teraz mogę powiedzieć głośno i wyraźnie: - Nie, nie takie!!!!

niedziela, 13 maja 2018

 Jakąkolwiek decyzje podejmiesz, będzie ona dobra tylko wtedy, kiedy będzie naprawdę Twoja.

Wkroczenie w dorosłe życie nie jest proste. Gdy wyfruwamy z rodzinnego gniazda, spod opiekuńczych skrzydeł matki i ojca, musimy już żyć na własny rachunek, myśleć o przyszłości, a co chyba najtrudniejsze – zmierzyć się samodzielnie z wątpliwościami i najróżniejszymi decyzjami, które przeważnie nie należą do najłatwiejszych. Właśnie w momencie startu w dorosłość poznajemy główną bohaterkę książki Magdaleny Zarębskiej „Życie teoretycznie”.

Sabina Przybysz dopiero ukończyła studia na kierunku rehabilitacja i postanowiła starać się o pracę w najbardziej luksusowym ośrodku – w domu „Pod Dębami”. To nie taki zwykły dom. Jest to dom spokojnej starości, a jego mieszkańcami są najbogatsze i najbardziej znane osobistości kraju. Kiedy dziewczyna dowiaduje się, że przeszła pozytywnie rekrutację i udaje jej się zdobyć wymarzoną pracę, jest przeszczęśliwa. Pełna zaangażowania, z głową pełną pomysłów przystępuje do pracy, zupełnie nie biorąc pod uwagę, że na swojej zawodowej drodze może spotkać jakiekolwiek przeszkody. Szybko się jednak okazuje, że obraz tego miejsca, jaki Sabina wytworzyła sobie w wyobraźni, nijak się ma do tego, co zastaje w rzeczywistości. Zamiast uśmiechniętych staruszków, plotkujących przy herbatce i ciastku, spotyka wrednych, zmanierowanych bufonów, którzy żyją w przekonaniu, że jeśli mają pieniądze, to wszystko mogą mieć i  należy się im każda jedna rzecz, a innych mogą traktować z wyższością i pogardą. Oni nie wiedzą co to jest wdzięczność, o nie! Uważają, że te duże ilości papierków w portfelu zapewnią im młodość, powodzenie w każdej dziedzinie.

Powieść Magdaleny Zarębskiej jest naprawdę świetna. Pisarka po mistrzowsku wykreowała postaci, nadała im wyraziste cechy charakteru. Widać, że autorka bardzo dobrze zna się na psychice ludzkiej, bo na kartach tej książki nie zabrakło interesujących i intrygujących osobowości. Niestety, mojej sympatii na pewno nie wzbudziła Sabina, czyli bohaterka, której perypetie są opisywane w tej książce. Nie pojmuję jak można być taką osobą bez wyrazu, bez ikry. Nie rozumiem kompletnie, jak kobieta, która jest dorosła i za taką się uważa, może być tak mało asertywna, zorganizowana, a do tego wręcz chorobliwie uzależniona od swoich rodziców?! Sabina za wszelką cenę chce zadowolić wszystkich, przy tym całkowicie zapomina o sobie. Mam wrażenie, że nie ma nawet bladego pojęcia co to jest zdrowy egoizm. Wymyśliła sobie swój świat, który jest idealny, bez żadnych wad, a gdy napotyka trudności codzienne, całkiem się gubi, rozkłada ręce i zaraz płacze z bezsilności, nie próbując zaradzić zaistniałej sytuacji. Z każdym problemem dzwoni do mamusi jak malutka dziewczynka. Dodatkowo, przyjmuje postawę „przepraszam, że się urodziłam”. Wszelkie niepowodzenia w pracy tłumaczy, że to jej wina, boi się przeciwstawić, tupnąć nogą, jak to robią normalni ludzie, którzy są pełnoletni.

Mimo tego, że nie polubiłam Sabiny i najchętniej wysłałabym ją na księżyc albo, żeby było bardziej wiarygodnie, uśmierciła, książka mnie zachwyciła, wciągnęła i chętnie zapoznawałam z treścią i z tym, co czeka młodą rehabilitantkę. Chciałam dowiedzieć się, jak tym razem poradzi sobie z kłopotami i piętrzącymi się wyzwaniami. 

Książkę polecam zwłaszcza rodzicom, których pociechy za chwilę przekroczą próg dorosłości i usamodzielnią się lub już dawno to zrobiły.

Z tej książki wypływa niejedna nauka na przyszłość – zarówno dla młodych ludzi, jak i ich rodziców. Uważny czytelnik z pewnością je dostrzeże, ale czy weźmie je do serca i zastosuje, gdy przyjdzie mu zmierzyć się z podobnymi problemami, tego już nie wiem. To już musi zdecydować każdy indywidualnie, kto zdecyduje się sięgnąć po pozycję „Życie teoretycznie”, która niewątpliwie jest warta uwagi i tego, by spędzić z nią czas. 

 

piątek, 11 maja 2018

BEZ PRZYWILEJÓW

skreśl mnie z listy oczekujących

nie lubię tłoku

w powiewie letnich sukienek

nie chcę stać

boję się że zmarznę

od przeciągu

a nie ogrzeję się

w ognisku Twoich ramion

za daleko stoję

w tej kolejce

nie jestem uprzywilejowana

 

ˆAgnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 11.05.2018 r.

 

 

 

sobota, 05 maja 2018

Dość dawno tę książkę miałam w swoim sekretnym zeszycie z napisem „Chcę przeczytać”. Długo widniał tam ten tytuł, ale jakoś nie mogłam się zabrać za lekturę. Być może musiał przyjść na nią odpowiedni moment. I przyszedł. Na całe szczęście, bo wbrew opiniom przeczytanym na przeróżnych stronach, mnie tak książka spodobała się niesamowicie.

„Nielegalne związki” rozpoczyna akt seksualny dwojga bohaterów. Czytelnik więc już może wyrobić sobie zdanie początkowe, że powieść będzie mocno przesycona seksem. I się nie pomylił! Choć nie jest to jedyny wątek i aspekt, który porusza autorka.

Plebanek bacznie przygląda się mężczyznom, a zwłaszcza jednemu – Jonathanowi, który ma bardzo ciekawą i jednocześnie złożoną osobowość. Dlaczego? Drzemią w nim dwie osoby. Pierwsza to mężczyzna nieustannie poszukujący podniet, śliniący się na widok kobiet ruszających ponętnie pupami. Z drugiej zaś strony, to przykładny ojciec, całkowicie podporządkowany żonie. Która wersja jest prawdziwa?

Nasz bohater w zasadzie już oswoi się z myślą, ze jest facetem pełnym sprzeczności. I jest tego świadom. Poniekąd jest to dla niego nawet wygodna postawa. Staje się swoistym aktorem.

Autorka mocno rozwija też problem wychowania dzieci, poczucia odpowiedzialności za rodzinę, dom. Nie jest jej obcy także temat emigracji.

Książka jest świetna, choć jak przystało na erotyczną powieść, nie zabrakło w niej rozbudowanych scen z życia intymnego. Dokładne opisy zbliżeń, niekiedy nawet wyuzdane, niektórych czytelników mogą przestraszyć i zniesmaczyć.

Historia przedstawiona w „Nielegalnych związkach” być może jest przerysowana, ale zabieg ten został zastosowany, moim zdaniem, celowo przez autorkę. Chciała ona bowiem ukazać jak najwyraźniej główny temat, jakim jest zdrada, jej konsekwencje, to jak wpływa na poszczególnych członków rodziny.

We mnie ta opowieść wywołała niesamowite emocje. Z pewnością zapamiętam ją na długo. Nie wykluczam, że jeszcze kiedyś wrócę do niej.

 

piątek, 04 maja 2018

Są książki, które zapamiętuje się na bardzo długo. Takie, które choć często o nich nie wiesz, nosisz w sercu. Powieści, w których czytasz historie, jakby niemalże były wyjęte z Twojego życia, a główna bohaterka jest Twoim lustrem.  Z pełnym przekonaniem taki opis można przypisać prozie Katarzyny Enerlich, mazurskiej pisarki, którą parę lat temu miałam możliwość poznać za pośrednictwem Facebooka. To niezwykle sympatyczna, mądra, wrażliwa na ludzi i otaczający ją świat kobieta.

Tym razem oddałam się lekturze „Prowincji pełnej szeptów”. Już jak przeczytałam sam tytuł wiedziałam, że będzie tu mowa o szeptuchach, magii. Pamiętam, jak Pani Kasia zbierała na wspomnianym przeze mnie wcześniej  portalu, że zbiera ciekawe historie do swojej powieści. Dziś mamy owoc tychże poszukiwań. I to jaki cudny!!

Wiadomość o śmierci świeżo poślubionego męża Wojtka burzy spokój Ludmiły. Bohaterka nie potrafi sobie poradzić ze  swoim smutkiem, nie umie zająć się swoją małą córeczką Zosią, popada w depresję. Z tego ciemnego tunelu uparcie próbują ją wyciągnąć przyjaciele, którzy pragną by na twarzy kobiety znów zagościł uśmiech, a także by wróciła do pisarstwa. Wdowa nie spodziewa się również, że otrzyma od Wojtka prezent, a ten zmieni jej życie nie do poznania.

Jeżeli, drodzy Czytelnicy myślicie, że „Prowincja  pełna szeptów” to historia przepełniona jedynie smutkiem, łzami, żałobą i przygnębienie, to z radością donoszę iż jesteście w wielkim błędzie i mile zaskoczycie się.

Katarzyna Enerlich to autorka optymistyczna, kochająca życie i ludzi, emanująca pozytywną energią, którą emanuje, rozdając wszystkim dookoła. Takie same są jej powieści. Przy nich się odpoczywa, nabiera dystansu do pewnych spraw. Zdania zapisane na kartach zostają nie tylko w pamięci, ale także sercu i duszy. Potrafią przewartościować nasz sposób myślenia nie nachalnie, ale mądrze i subtelnie, jakby ktoś delikatnie wachlował nad naszym wnętrzem czarodziejską różdżką, która sprawi, że staniemy się piękniejsi i lepsi. To esencja prostoty i sielskości. Enerlich uczy krok po kroku, jak żyć pełną piersią świadomie, dać się ponieść życiu, jego  nurtowi, żyć tu i teraz, nie bać się własnych marzeń i śmiało spełniać je.

Ja zakochałam się w tej filozofii mazurskiej pisarki. Lubię tą jej podróż do samej siebie, a także te lekcje, które daje nam, Czytelnikom.

Książka uzmysławia, że nawet po największej tragedii można jeszcze odnaleźć sens życia, cel, radość. Trzeba tylko odnaleźć nową drogę, którą będziemy podążać. Oczywiście wspaniale by było gdyby w tej wędrówce towarzyszyli nam bliskie osoby – rodzina i przyjaciele.

Za każdym razem gdy kończę książki pani Kasi towarzyszy mi smutek, że czas tak szybko minął i już muszę rozstać się z bohaterami „Prowincji…” Chciałabym przenieść się do tego świata i trwać w nim i trwać. Ale kto wie…Może kiedyś Pani Kasia wplecie jakąś opowiastkę z mojego życia do jednego z tomów? Podobno marzenia wypowiedziane lub napisane, szybciej docierają do wszechświata i stają się faktem. Zatem, wszechświecie, czyń swą powinność!

środa, 02 maja 2018

 Dużo dobrego słyszałam o powieściach autorstwa Diane Chamberlain. Dlatego gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce książkę spod jej pióra postanowiłam sprawdzić, czy i mnie spodoba się to, co serwuje  autorka.

Głównym bohaterem jest Andy Lockwood. Chłopak cierpi na zespół alkoholowy płodu tzw. FASD. Nie myśli tak, jak jego zdrowi rówieśnicy. Nie zawsze wie, jak ma się zachować, często mówi bezmyślnie to, co mu ślina na język przyniesie. Jego matka, Laurel, nie może wybaczyć sobie, że piła podczas ciąży i teraz jej synek jest taki, a nie inny. Gdy chłopiec się urodził, został oddany do rodziny zastępczej. Do matki wrócił dopiero rok później, gdy ta, po odbyciu odwyku alkoholowego, była już zdolna do opieki nad dzieckiem. Teraz stara się wynagrodzić synowi wszystko. Przesadnie się o niego troszczy i jest wręcz nadopiekuńcza. Laurel ma jeszcze starszą córkę, Maggie. Znacznie bardziej dojrzałą od Andy’ego.

Pewnego dnia Laurel postanawia wypuścić swojego syna na zamkniętą zabawę w pobliskim kościele. Po jakimś czasie przychodzi wiadomość, że w miejscu, gdzie miała odbyć się impreza dla nastolatków, wybuchł pożar. Jest wielu rannych. Jednak piętnastolatek nie ucierpiał. Wręcz przeciwnie –pomaga wydostać się z płonącego kościoła swoim kolegom i koleżankom. To wszystko sprawia, że miejscowi nazywają go bohaterem.

Ta sielanka nie trwa niestety długo. Wkrótce okazuje się, że całe zajście nie było nieszczęśliwym wypadkiem. Policja podejrzewa, że to podpalenie i zaczyna się szczególnie interesować rodziną Lockwoodów. Kto jest głównym podejrzanym?

W powieści mamy przedstawione przede wszystkim losy Laurel. Poznajemy ją w momencie, gdy wychowuje dwójkę dzieci. Ale autorka nie skupia się jedynie na teraźniejszości, bowiem wraca również do tego, co działo się z kobietą wcześniej. Mamy okazję przekonać się, jak poznała Jamie’ego, dowiadujemy się, że cierpiała na depresję poporodową, a potem stała się alkoholiczką. Szczerze mówiąc bardzo irytował mnie ten zabieg retrospekcji. Nie znoszę książek, w których raz ukazana jest przeszłość i to dość obszernie, a potem nagle pisarka lub pisarz przenosi nas do czasu teraźniejszego. Nie potrafię skupić się wówczas nad akcją, gubię się.

Zdecydowanie bardziej zainteresowałam się akcją, gdy urodziła się Maggie. Zmagania z depresją poporodową, trudy macierzyństwa, a nawet wręcz brak instynktu macierzyńskiego – te tematy wydały mi się bliższe i ciekawsze.

Mamy w tej książce też wątek kryminalny, gdyż cały czas zastanawiamy się wraz z jedną z postaci, którą jest Marcus, kto też podpalił kościół.

W „Prawie matki” autorka pokazuje jak wiele rodzice są w stanie zrobić dla własnego dziecka. Nie ma większej miłości niż matczyna.

Mimo że Diane Chamberlain poruszyła wiele interesujących tematów, stworzyła niebanalne postaci, starała się połączyć różne wątki – obyczajowy z kryminalnym, co lubię, to ta książka nie zachwyciła mnie i nie powaliła na kolana. Wolę czytać powieści, gdzie wydarzenia przedstawione są z perspektywy jednego bohatera. Poza tym, nie podobał mi się sposób narracji. Jakoś całość była dla mnie strasznie chaotyczna i zagmatwana.

Kiedyś zapisałam sobie w notesie kilka tytułów książek autorstwa Chamberlain, bo nawet miałam ochotę po nie sięgnąć. Dzisiaj, po zapoznaniu się z prozą tej pisarki stwierdzam, że powinnam porzucić swoje plany i zacząć rozglądać się za powieściami innych autorów. Wtedy może nie będę miała poczucia, że czas spędzony z książką, był stracony i mogłam spożytkować go w zupełnie inny sposób lub z zupełnie inną pozycją w dłoni. Niestety, w tym przypadku towarzyszy mi taka myśl.

Jeżeli ktoś z Was ma chęć zapoznać się z „Prawem matki” – nie zabraniam, a tym bardziej nie odradzam. Spróbujcie i wyróbcie sobie swoje zdanie. Może akurat Wy znajdziecie w tej historii coś, co Was poruszy i zachwyci. Tego Wam życzę!

 

wtorek, 01 maja 2018

Z „Chustką” a raczej z blogiem Joanny Sałygi miałam możliwość zapoznać się jakieś półtora roku temu. Od tamtej pory nie potrafiłam przestać myśleć o tej historii. Gdy dowiedziałam się, że zostanie ona spisana w formie książki, obiecałam sobie, że koniecznie ją przeczytam. Udało się!

 

Jeśli ktoś spytałby mnie, żebym w kilku słowach lub zdaniach szybko opisała o czym jest ta książka powiedziałabym, że to historia umierania, heroicznej walki o życie, o każdą godzinę, minutę i sekundę. Jednak ta definicja tylko połowicznie jest prawdziwa. Ona nie oddaje w pełni, jeżeli w ogóle oddaje, treści, tego, z czym czytelnicy stykają się podczas lektury. „Chustka” to prawdziwy i bezpośredni zapis zmagań z chorobą trzydziestokilkuletniej kobiety, przeplatany ogromną miłością do kilkuletniego synka, męża, a przede wszystkim do życia, które przecież niebawem może się skończyć. Joanna nie skupia się na tym. Ona smakuje chwile, które jeszcze jej zostały. I gdzieś podświadomie cały czas wierzy, że pokona raka, zobaczy jak jej ukochany synek dorasta, z podlotka stopniowo staje się mężczyzną. Marzy, że kiedyś zatańczy na jego weselu…

Joanna Sałyga nie rozczula się nad sobą, nie częstuje nas patosem, jaki zazwyczaj towarzyszy odchodzeniu. Nic z tych rzeczy. Jest po prostu szczera, często do bólu własnego, a także naszego, czyli czytających książkę. Dzieje się tak chociażby w chwili, gdy pisze list do syna. To czysta, niczym nie skażona miłość matczyna. Ten list jest tak intymny i osobisty, że chwilami zastanawiałam się, czy aby na pewno powinnam się z nim zapoznawać. Po kilku minutach doszłam do wniosku, że „Chustka” (bo tak też nazywano Joannę) publikując swoje intymne notatki na blogu ma pełną świadomość, że przeczytają je tysiące, a może i więcej osób. Warto dodać, że stronę Joanny odwiedzały i odwiedzają do tej pory, bo zostawiła ona po sobie swoiste świadectwo, tłumy internautów. Aż trudno ich zliczyć.

Wracając znów do pytania, o czym jest ta historia…z całą pewnością mogę przyznać, że to jedna wielka apoteoza życia. To piękny poradnik, jak cieszyć się z drobnostek. O tym, że nie powinniśmy czekać aż w naszym życiu wydarzy się coś spektakularnego i wtedy dopiero być szczęśliwym. Nie! Mamy być szczęśliwi TU I TERAZ! Bo przecież za moment wszystko może pęknąć i wtedy nie będzie już niczego. Dlatego powinniśmy czerpać garściami to, co otrzymujemy od losu. I być nieustannie wdzięczni, o czym wielokrotnie pisałam tutaj w swoich felietonach.

Nasza bohaterka w zaskakujący i dla nas trochę nietypowy sposób pokazuje nam, że odczuwanie radości jest naprawdę proste, tylko trzeba tego chcieć i przestać wiecznie narzekać. Bo ona nie marudzi, nie stęka, a jeśli już, to robi to tylko wtedy, kiedy ból jest nie do wytrzymania.

Na mnie ta opowieść zrobiła przeogromne wrażenie, a przede wszystkim wiele mnie nauczyła. Staram się wcielić w moje życie to, co chciała pokazać swoją postawą i zachowaniem Joasia. Myślę, że właśnie takie jest przesłanie tej opowieści, by nauczyć się żyć.

Blogowe notatki Joanny Sałygi ukazały się dzięki Wydawnictwu Znak.

 
1 , 2 , 3 , 4