Z książką przez życie

Wpisy

  • sobota, 23 marca 2019
    • A Ty, za co jesteś dzisiaj wdzięczny?

      Co jakiś czas na tym blogu będą pojawiały się wpisy, w których chciałabym Was motywować, inspirować i nakłaniać do refleksji.

      I oto przyszedł czas na jeden z takich postów.

      Jestem ciekawa, ilu z moich Czytelników praktykuje wdzięczność? Ile razy w ciągu dnia jesteś w stanie powiedzieć „dziękuję”? Za wszystko co Cię spotyka.

      Być może dla Ciebie ta metoda jest bezużyteczna i myślisz, że nie wniesie nic ciekawego i odkrywczego do Twojego życia. Hmm…Jeśli tak myślisz, to pewnie masz rację. Ale chcę Ci powiedzieć, że wcale tak nie jest. To ma głęboki sens. Jaki? Będąc wdzięcznym uczymy się doceniać życie, wszystkie jego kolory. Uczymy się uważności, pełniejszej obserwacji siebie, innych i świata. 

      Zaczynamy dostrzegać, że ciesząc się z małych rzeczy, jesteśmy radośniejsi, mniej narzekamy, bo obojętnie w jakim położeniu się znajdziemy, umiemy znaleźć coś dobrego w sytuacji, która akurat nas spotyka.

      Słusznie śpiewała jedna z moich ulubionych wokalistek Sylwia Grzeszczak w piosence „Małe rzeczy”: „Cieszmy się z małych rzeczy, bo w wzór na szczęście w nich zapisany jest”. Dokładnie tak!

      Ja od kiedy praktykuję wdzięczność naprawdę czuję się szczęśliwsza. Słowo honoru! Nie dramatyzuję. Nie przejmuję się błahostkami. Bo po co? No co mi to da? Najwyżej będę sfrustrowaną dziewczyną na wózku inwalidzkim. A to już wyglądałoby żałośnie. Więc wolę dziękować za to co mam, co osiągam, co dookoła mnie się dzieje, a jest tegooooo….cała masa!

      Poniżej podzielę się z Tobą moją dzisiejszą listą wdzięczności. Całkiem pokaźną, bo zawierającą AŻ dziesięć punktów, choć mogłabym znaleźć ich znacznie więcej. Dla mnie to nie tak wiele. Dla innych bardzo dużo, bo nawet nie są w stanie spisać pięciu takich powodów do wdzięczności. Nie są w stanie, a w zasadzie to im się nie chce. Prawda bolesna, ale prawda.

      Bo tak serio, to każdy z Was, jak dobrze pomyśli, poszuka i się rozejrzy może sporządzić taki spis. To nic trudnego. Wystarczy raz się zmobilizować, a potem pójdzie. Następnym razem już nie będziesz mieć takiego problemu, aż to wejdzie Ci w nawyk. Jak wszystko inne, co robisz na co dzień.

      Nie przedłużając…Zostawiam Ciebie z moimi wdzięcznościami. Możesz zapytać: „A co mnie to w ogóle obchodzi? Na co mi to?" Ku inspiracji. Żebyś zobaczyła/-ył, że to nic wielkiego, a robi wielką robotę.

      Zadam Ci jeszcze raz pytanie, które już padło w tytule tego tekstu,ok? A Ty, za co dzisiaj jesteś wdzięczny? Jeśli chcesz, to proszę podziel się ze mną w komentarzu swoimi przemyśleniami. Jeżeli ten post jest dla Ciebie inspirujący, ważny, wartościowy, to udostępnij go innym. Niech inni też się dowiedzą. 

      Tymczasem ściskam Cię, życzę pogodnej niedzieli i udanego tygodnia. Daj znać, o czym chciałabyś/chciałbyś przeczytać na moim blogu.Wezmę Twoją propozycję pod uwagę.

      Dziś jestem wdzięczna:

      - za coraz większą świadomość siebie

      - za spacer po stadionie

      - za to, że życie to ciągła zmiana

      - za to, że czuję spokój w sobie

      - za moją siłę i motywację, bo tylko dzięki nim nieustannie zachwycam się życiem i ŻYJĘ

      - za to, że dojrzałam do tego by nie trzymać z ludźmi, którzy mi nie odpowiadają

      - za to, że potrafię dawać nie oczekując nic w zamian

      - za to, że słucham swojego głosu serca i intuicji

      - za to, że mam wpływ na swój umysł

      - za to, że zawsze mam wybór

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 23 marca 2019 21:02
  • poniedziałek, 18 marca 2019
    • #84 Anna Szczęsna "Gang różowych kapeluszy"

      Anna Szczęsna to jedna z moich ulubionych polskich autorek. Za każdym razem z ogromną przyjemnością zaczytuję się w jej powieściach, bo odnajduję w nich coś dla siebie. Czy tak było również gdy sięgnęłam po „Gang różowych kapeluszy”?

      Zazwyczaj gdy widzimy starszych ludzi myślimy o ich trudnej często niełatwej egzystencji, przepełnionej samotnością, zmartwieniami. Starość kojarzy nam się z jesienią życia oraz z szarością. Nic przyjemnego. Na szczęście włocławska pisarka Anna Szczęsna skutecznie obala ten jakże bezmyślny stereotyp i udowadnia, że po sześćdziesiątce także można żyć na pełnej petardzie, być zadowolonym i spełnionym.

      Pogrążona w żałobie Maria uczestniczy w ceremonii pogrzebowej swojego męża – Gucia. Na pogrzebie pojawia się także była żona zmarłego oraz jego dzieci. Jednak Maria nie jest w tej trudnej sytuacji sama, bowiem ma przy sobie trzy serdeczne przyjaciółki Barbarę, Olgę i Serafinę, na których wsparcie może liczyć o każdej porze dnia i nocy. Jak się później okaże, los da jeszcze nie raz staruszce dość mocnego kuksańca w bok. Jak sobie poradzi z problemami?

      Uspokoję wszystkich tych, którzy myślą, że cała fabuła książki będzie dołująca. Nic bardziej mylnego. „Gang różowych kapeluszy” to pogodna lektura, o kobietach w podeszłym wieku, które są silne i mądre i z nadzieją patrzą w przyszłość. To opowieść o afirmacji życia, niezależnie od tego jakie ono jest i jakie odsłania przed nami barwy. Zagłębiając się w treść poznajemy również bliżej Serafinę, Olgę i Barbarę, a także Bognę - siostrzenicę tej pierwszej. W książce dzieje się naprawdę sporo. Będziemy świadkami chwil trudnych, jak i tych wypełnionych radością. Wraz z bohaterami przeżywać będziemy sukcesy i porażki, a wszystko to będzie doprawione nutą wiary w lepsze jutro.

      Anna Szczęsna przekonuje swoich czytelników, że tak naprawdę wszystko zależy od nas. I to my, a nie inni, powinniśmy sterować naszym życiem i zadecydować, w którym kierunku popłynie nasz statek. I powiem zupełnie szczerze i otwarcie, że ja się z tym zgadzam w stu procentach i podpisuję pod tym rękami i nogami. Ponadto, autorka uważa, że nie powinniśmy nic odkładać na później. Choć tego nie pisze wprost, to między wierszami można wyczytać, że lepiej żałować, że coś się zrobiło niż, że się tego nie wykonało. I właśnie według tej filozofii żyją starsze panie, które osadziła w swojej książce.

      Powieść „Gang różowych kapeluszy” ma w sobie wiele wdzięku i optymizmu. Być może to za sprawą już wcześniej wymienianych przeze mnie seniorek.  To dynamiczne i pełne wigoru kobiety. Chociaż każda z nich dźwiga swój krzyż, to nie poddają się i idą dalej, bo doskonale wiedzą, że mają siebie i cokolwiek by się nie działo, jedna drugiej pomoże i wesprze. To one pokazują, że siła przyjaźni to nie pusty slogan, tylko najprawdziwsza prawda. Dodatkowo uzmysławiają nam, że najważniejsza jest bliskość drugiej osoby i poczucie, że nie jesteśmy sami.

      Pozytywnie zaskoczyło mnie zakończenie książki. Niewątpliwie skłania ono do głębokiej refleksji. Prowadzi do konkluzji, że nic nie jest nam dane na zawsze i że niczego nie możemy być pewni.

      Muszę, niestety, przyczepić się do jednej rzeczy, które mnie mocno przeszkadzała i spowodowała, że nie dałam najwyższej oceny tej powieści. Chodzi mianowicie o zbyt rozwlekłe opisy i o ich namnożenie w tej pozycji. To, co autorka ujęła w opisie, można było przecież przedstawić za pomocą dialogu i wówczas fabuła byłaby bardziej dynamiczna. Nie wiem, czy był to zabieg zamierzony, przygotowujący nas na to, co ma nadejść w finale. Bo jeśli tak, to udał się on, gdyż czytający muszą skupić się nad treścią, zatrzymać. Jest to jednak jedynie moja subiektywna opinia i nie musicie się z nią zgadzać.

      Podsumowując, jeżeli szukacie mądrej i niebanalnej lektury, z idealnie wykreowanymi postaciami, to sięgnijcie po ten tytuł. Nie zawiedziecie się!

      Myślę też, że książka będzie doskonałym prezentem dla mamy (np: na Dzień Matki), cioci czy siostry. Gorąco polecam!

      okładka książki Anny Szczęsnej

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 marca 2019 20:10
  • czwartek, 28 lutego 2019
    • Kulturalny luty - podsumowanie miesiąca

      Jak ten czas szybko biegnie. Pamiętam, jak pod koniec stycznia cieszyłam się, że już niebawem będzie luty. A tu i ten miesiąc musimy już pożegnać. Co się przez ten czas wydarzyło? Sprawdźcie.

      Przyznam się Wam bez bicia, że trochę przeraża mnie fakt, że czas tak pędzi w oszałamiającym tempie. Przecież dopiero co witaliśmy nowy rok, robiliśmy całą listę planów, postanowień, a jutro przywitamy trzeci miesiąc 2019 roku. Dokąd ci tak śpieszno świecie? Na to pytanie chyba tylko zna odpowiedź sam Pan Bóg.

      Mijający miesiąc upłynął mi bardzo intensywnie i kulturalnie, z czego jestem naprawdę zadowolona, bo lubię być obecna w kulturze. Nie wydarzyło się nic spektakularnego, choć każdy co innego rozumie pod przymiotnikiem "spektakularny", ale na nudę narzekać nie mogłam, bowiem nawet jeśli w moim życiu nie zaszły wielkie zmiany, to poszczególne wydarzenia działy się tak, że pojawiały się najróżniejsze wnioski, refleksje i lekcje na przyszłość. Te ostatnie, niestety, nie zawsze kończyły się happy endem, ale to nic. Jak to mówi przysłowie: co nas nie zabije, to nas wzmocni. Coś w tym jest na sto procent. 

      Ok, przejdźmy do konkretów, bo w końcu tego powinno dotyczyć podsumowanie. Zacznę tym razem od książek. Otóż w lutym udało mi się przeczytać jedynie dwie książki. Brakowało mi weny do czytania i jakiegoś takiego powera czytelniczego. Mam nadzieję, że marzec pod tym względem bedzie dla mnie znacznie łaskawszy. Nie mniej chciałabym Wam polecić te powieści, bo zrobiły one na mnie spore wrażenie. Mianowicie chodzi o ksiązkę "100 happy days, czyli jak się robi szczęście?" Mateusza Grzesiaka. Jest to pozycja z dziedziny psychologii motywacyjnej. Autor zachęca w niej aby przez sto dni znajdować swoje małe szczęścia, coś co nas ucieszy, zachwyci i podniesie poziom endorfin w naszym organizmie. Grzesiak opisuje to, co jemu sprawiło radość. Równo przez wspomniane sto dni. Czytelników zachęca do podjęcia tego wyzwania. No i muszę powiedzieć, że mnie zachęcił, bo także zaczęłam dzień po dniu wypatrywać moich małych szczęść. Warto! Serdecznie polecam.

      A druga powieść jest autorstwa Wojciecha Zawioły "Szukaj mnie". Niewątpliwie lektura dająca do myślenia i interesująca.

      Kolejna lutowa ciekawostka jest taka, że stałam się szczęśliwą posiadaczką płyty jednej z moich ulubionych wokalistek Sylwii Grzeszczak "Komponując siebie". Jestem zachwycona ta płytą. Wspaniałe teksty, dopracowane aranże. Całość jest bardzo spójna i nie sposób przejść wobec niej obojętnie. Osobiście jestem poruszona tym, co ta młoda piosenkarka nam zaserwowała. Za prezent dziękuję mojej koleżance Kindze.

      W lutym byłam także we włocławskim Multikinie. Wybrałam się z mamą na spóźnione Walentynki, aby obejrzeć film "Misz-masz, czyli kogel-mogel 3". Jak pewnie wiecie, to kontynuacja znanej już kultowej komedii. Opinie o tym filmie słyszałam różne, dlatego sama  postanowiłam sprawdzić, jak one się mają do rzeczywistości. I cóż mogę rzec? Każdy z nas ma inny gust i o tych albo nie powinniśmy dyskutować albo uszanować zdanie innych. Mnie i mojej mamie wspomniany film bardzo się podobał. Ja uważam, że jest dużo lepszy od wcześniejszych części. Twórcy filmu nie skupili się już tylko na tym, by dostarczyć widzom rozrywki i uciechy, ale pomyśleli też o tym, by wprawić ich lekko w zadumę i skupienie. Są tam momenty niezwykle zabawne, że można przysłowiowe boki zrywać, ale jest też wiele scen, gdzie łza w oku może się zakręcić. Nie żałuję, że obejrzałam "Misz - masz" i będę rekomendowała wszystkim i zachęcała byście obejrzeli. Nie pożałujecie spędzonych godzin.

      Z kulturalnych newsów jeszcze chcę Wam powiedzieć, że ostatnio zaczęlam pojawiać się znowu w mediach lokalnych. A to za sprawą mojego kolegi, który nie tylko śpiewa, ale jest też dziennikarzem. Zaprosił mnie na obszerny wywiad do telewizji, gdzie opowiadałam o sobie, swoich pasjach, przygodzie z piosenką i poezją, trochę o studiach i marzeniach. Jeśli macie ochotę, to możecie zobaczyć tę rozmowę tu: http://www.kujawy.info/material-video/wloclawska-artystka-o-wielu-talentach/?fbclid=IwAR06-PTq8Rt_vYdnLOfrWUhRgHD_4l14TKKZz-1TYDvGaSVoMGrF5i_zFSQ 

      Zaraz po rozmowie w telewizji Andrzej zabrał mnie do radia, gdzie także porozmawialiśmy. Tam opowiedziałam o tym, że bloguję, zachęciłam słuchaczy do odwiedzania mojego bloga. Trochę reklamy nie zawadzi. 

      15 lutego, czyli zaraz po święcie zakochanych, zarejestrowałam się na portalu Sympatia.pl . Doszłam bowiem do wniosku, że chyba miałam zbyt wielkie oczekiwania co do tegorocznych Walentynek i postanowiłam zrobić na przekór. Choć w sumie to nie ja miałam za duże oczekiwania, tylko zwyczajnie ktoś mnie zawiódł. Tak bywa...

      I to w sumie tyle. Co przyniesie marzec? Tego nie wiem, ale mam nadzieję, że będzie pozytywnie. Najważniejsze by zdrowie było bo jak na razie jest u mnie nie za ciekawie. Mam grypę już któryś dzień. Nie wychodzę z domu, bo się nie chcę doprawić. Trzymajcie kciuki by się polepszyło.

      A co u Was? Dajcie znać! Do następnego wpisu.

       

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lutego 2019 14:23
  • środa, 20 lutego 2019
    • #83 „Pamiętnik” Nicholasa Sparksa – recenzja książki

      Czy wierzycie w miłość aż do śmierci? W to, że istnieje takie uczucie, które jest w stanie przetrwać dosłownie wszystko? Nie? W takim razie koniecznie przeczytajcie „Pamiętnik” autorstwa Nicholasa Sparksa.

      Uwielbiam książki o miłości, ale o takiej, którą z pełnym przekonaniem mogę określić, że jest nietuzinkowa, piękna, mądra, wzbogaca wewnętrznie nie tylko samych bohaterów ale i mnie – zwykłą czytelniczkę. Lubię historie miłosne zapierające dech w piersiach i kiedy podczas czytania o niej powiem: – Czuję się, jakbym czytała kawałek własnej biografii osobistej. Cieszę się ogromnie, bo wszystkie te warunki spełniła książka pt.: „Pamiętnik” którą napisał Nicholas Sparks, autor takich powieści jak: „List w butelce”, „Na ratunek” czy chociażby zekranizowana „Ostatnia piosenka”.

      „Pamiętnik” jest kroniką pewnej, szczególnej miłości. Miłości między dwojgiem ludzi, zakazanej przez rodziców, która pokonała największe trudności.

      To opowieść o młodziutkiej dziewczynie Annie Nelson i o Noahu Colhounie – marzycielu z małej miejscowości. Mimo iż rozdzieliła ich czternastoletnia wojna, ponownie ich drogi krzyżują się, a gorące uczucie, które jak się okazuje nigdy nie wygasło, wzmaga się podwójnie.  O tym wszystkim dowiadujemy się z pamiętnika, który codziennie pewien starszy pan czyta kobiecie w domu starców.

      Jak już wcześniej napisałam „Pamiętnik” jest lekturą niezwykłą i nie można wobec niej przejść obojętnie, budzi ona bowiem wiele emocji tak szalenie bliskich każdemu z nas. Sparks pisze pięknym językiem. Prostym, ale jednocześnie ma on coś wspólnego poezją a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie że i do malarstwa mu blisko. Nicholas Sparks jest malarzem słowa i duszy. Za każdym razem używa innych kolorów. Paleta barw, ktorą posługuje się w swoich książkach jest nad wyraz bogata. Jednak, co najważniejsze, wśród tych odcieni dominują zazwyczaj ciepłe i pozytywne. Rzadko używa szarości czy czerni. A jeśli już, to zakreśla jedynie cienkie kontury – dla wyrazistości.

      „Pamiętnik” jest drugą powieścią, po którą sięgnęłam spośród tych, które napisał. Poprzednia książka „List w butelce” również mnie urzekła. To chyba wystarczający powód bym kontynuowała moją przygodę literacką z opowieściami spod pióra Sparksa.

      Być może nie są to lektury wybitnie mądre, poszerzające nasze horyzonty. Nie mniej czyta się je niezwykle przyjemnie, można przy nich zrelaksować się, trochę pomarzyć i oderwać od problemów dnia codziennego.

      Jeżeli szukacie więc, drodzy Czytelnicy idealnej powieści na wakacje, szczerze polecam Wam właśnie te książki. Obiecuję, że się nie zawiedziecie, a spędzicie miło czas.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 20 lutego 2019 13:23
  • niedziela, 17 lutego 2019
    • #82 Wojciech Zawioła "Szukaj mnie"

      Dawno już nie czytałam książki, która wciągnęłaby mnie bez reszty, którą czytałabym z zapartym tchem od pierwszej do ostatniej strony. Na szczęście natrafiłam na powieść autorstwa Wojciecha Zawioły pt. "Szukaj mnie". 

       

      Uwielbiam książki, które opowiadają o codzienności, o tym, co bliskie każdemu z nas, o radościach i smutkach. W zasadzie półki księgarń i bibliotek pełne są takich historii. Mogłabym więc przebierać w tytułach niczym w ulęgałkach. Ja jednak jestem czytelniczką wybredną i żeby mnie coś zachwyciło i wywołało efekt "wow" potrzebuję czegoś niebanalnego. Nie sztuką jest opisywać zmagania z szarą rzeczywistością. To przecież każdy potrafi, kto choć trochę ma polotu pisarskiego. Sztuką jest zrobić to w taki sposób, żeby czytelnik nie odłożył książki na bok po kilku czy kilkunastu stronach. Autorowi opisywanej pzeze mnie pozycji udało się to bez dwóch zdań.

      To opowieść ciepła i dająca ukojenie, nieco zabawna, a zarazem nostalgiczna, przynosząca często gorzką  i bolesną refleksję nad ludzkim losem. Bardzo tajemnicza, co jest chyba największą jej zaletą. Właśnie ta tajemnica sprawiła, że nie miałam ochoty cisnąć jej w kąt i zabrać się za coś innego lub po prostu włączyć telewizor i bezmyślnie gapić się w przytłaczające mnie wiadomości z kraju i ze świata. Byłam zaintrygowana, co wydarzy się u bohaterów, w którą stronę zmierza akcja. A ta była niezwykle nieprzewidywalna. Do ostatniego zdania nie potrafiłam przewidzieć, jak całość się zakończy. Snułam w myślach swoje scenariusze i, jak się później okazało, żaden się nie sprawdził. No...może za wyjątkiem jednego. Udało mi się zgadnąć już po kilkudziesięciu stronach, dlaczego główna bohaterka tak dziwnie i nietypowo się zachowuje. Wam tego nie zdradzę. Chcę abyście sami się przekonali. Zapewniam, że warto!

      Nie napiszę już nic więcej na temat jej powieści. Niech moje króciutkie omówienie będzie dla Was inspiracją do sięgnięcia po tę lekturę. Zwykle choć trochę zdradzam, o czym są recenzowane przeze mnie książki. tym razem tego nie zrobię, bo obawiam się, że napisałabym za dużo. A to z całą pewnością zepsułoby Wam przyjemność czytania. Powiem tylko, że historia, z którą być może zdecydujecie się zapoznać jest skomplikowana, chwilami wzruszająca. Jest bodźcem do mocniejszego zanurzenia się w nią. 

      Chociaż fabuła jest smutna, to zdecydowanie brakuje w niej patosu, użalania się nad otaczającą rzeczywistością. Wszystko mamy wyważone i na swoim miejscu. 

      Jeśli potrzebujecie przystanku, zamyślenia, to "Szukaj mnie" na sto procent jest dla Was. Ja na tej książce się nie zawiodłam. Wprost przeciwnie - potrzebowałam czegoś takiego. 

      Życzę wszystkim miłej lektury, która zaowocuje ciekawymi spostrzeżeniami. 

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 lutego 2019 13:09
  • czwartek, 14 lutego 2019
    • #81 Robert B. Cialdini „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka”

      Jak nakłonić innego człowieka do zmiany sposobu postępowania? Jak zachęcić go do podjęcia lub zmiany decyzji? Jeśli chcesz poznać odpowiedzi na te i inne pytania, sięgnij po książkę światowej sławy eksperta w dziedzinie wywierania wpływu” – tak zachęca czytelników do sięgnięcia po książkę Roberta B. Cialdiniego Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne. Czy rzeczywiście warto?

      Chyba na samym początku warto napisać, że recenzowana przeze mnie książka wykorzystywana jest jako podręcznik na wielu amerykańskich uniwersytetach i nie tylko.

      Na końcu każdego z rozdziałów znajduje się podsumowanie, czyli podanie w „pigułce” najważniejszych kwestii omawianych wcześniej, a także znajdziemy dział z pytaniami, które mają na celu usystematyzowanie zdobytej wiedzy. Co ciekawe, autor dodał również „Pytania na myślenie”, dzięki którym osoba zainteresowana może sprawdzić swoje umiejętności w praktyce.

      W opisie z tyłu książki czytamy, że grono odbiorców dzieła Cialdiniego jest zróżnicowane. Wymienione są zawody, dla których szczególnie kierowana jest ta pozycja. Są to: dziennikarze, psychologowie, kierownicy, specjaliści od reklamy i marketingu, prawnicy, ekonomiści, wykładowcy i nauczyciele i „inni”. Inni, czyli przeciętna Iksińska i Nowak też mogą sięgnąć po tę lekturę. Nie ma tu ograniczeń.

      Interesującym zabiegiem zastosowanym w pozycji „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka” jest wzbogacenie całości o listy od czytelników, które napisane są językiem zrozumiałym dla wszystkich, czego już nie można powiedzieć o pozostałych częściach. We wspomnianej korespondencji czytelnicy relacjonują zaistniałe sytuacje z ich życia osobistego, a Cialdini tłumaczy, dlaczego wydarzyło się coś tak, a nie inaczej. Posługuje się przy tym opisywaną akurat w danym rozdziale regułą wpływu społecznego. Trzeba podkreślić, że treść listów jest uaktualniana wraz z kolejnymi wydaniami książki.

      Cialdinie przytacza wiele przykładów, sytuacji, gdzie ktoś próbował manipulować nami i wykorzystać do własnych celów. Uczy, jak zachować ostrożność, co w konkretnym momencie powinniśmy uczynić. Przyznam, że niejednokrotnie zdziwiona byłam tym, jakich metod mogą używać ludzie, żeby osiągnąć to, co chcą. W ten sposób otwiera nam oczy na kilka spraw, o których wcześniej zapewne nie mieliśmy bladego pojęcia.

      Czy książka mnie zachwyciła? Poniekąd zaintrygowana byłam niektórymi przykładami. Myślę, że rady zawarte w tej lekturze wykorzystam na co dzień. Jednak skłamałabym, gdybym powiedziała, że zostałam przez Cialdiniego rzucona na kolana przedstawioną treścią. Przede wszystkim zmęczyłam się przy czytaniu tej książki. Wymaga ona bowiem sporego skupienia uwagi. Nie radzę czytać jej hurtem, bo gwarantuję, że wówczas szybko dacie sobie spokój z analizą tych jakże cennych wiadomości. Jeśli naprawdę  pragniecie zapoznać się z książką „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka”, to dawkujcie, proszę, sobie wiedzę. Czytajcie niewielkie fragmenty. A nawet potraktujcie całość wybiórczo.

      Jedno mogę Wam powiedzieć – sięgacie po tę pozycję na własną odpowiedzialność. Nie odradzę Wam jej, ale też nie zamierzam namawiać. Wybór pozostawiam każdemu indywidualnie. Zainteresowanym życzę miłej lektury!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 lutego 2019 19:38
  • sobota, 09 lutego 2019
    • #80 Joanna Trollope „Cudze dzieci”

      Dlaczego niektórym małżeństwom nie udaje się wyjść z kryzysu? Czy łatwo jest założyć nową rodzinę, zbudować szczęście rodzinne od początku? Co na to dzieci z poprzednich związków? Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedź czytając powieść Joanny Trollope „Cudze dzieci”.

      Matthew Mitchel i Josie Carver decydują się pobrać. Tych dwojga musi jednak pamiętać o tym, że do tej układanki powinni jeszcze pasować: Rufus – mały chłopiec, synek z poprzednego małżeństwa Josie. Oprócz tego są pociechy Matthew, czyli: Becky, Rory i Clare.

      Jakby tego było mało mamy Nadine – nie do końca zrównoważoną byłą żonę Matthew i Toma – małżonka Josie, jego nową partnerkę Elizabeth oraz Dale i Lucasa – dzieci Toma. Nie zdziwię się, jeśli na tym etapie tego wpisu ktoś napisze: „Pomieszanie z poplątaniem”. Trafny to wniosek. Sama wielokrotnie do niego dochodziłam, próbując doczytać książkę do końca.

      Specjalnie nie odkryję przed Wami fabuły. Jeśli zdecydujeciem, że chcecie zagłębić się w tę historię, to sami przekonacie się o szczegółach.

      Trollope gromadzi na kartach swojej powieści mnóstwo postaci, co moim zdaniem, jest kiepskim zabiegiem. Już przy przeczytaniu kilkunastu lub kilkudziesięciu stron możemy zadać sobie pytanie: „Ale chwila, chwila…Właściwie kto jest spokrewniony z kim i jaką rolę pełni?” Dociekliwi pewnie będą przewracali kartki. Tylko czy taka lektura ma sens?

      Ponadto, autorka kreśli dla każdego przedstawionego bohatera dokładny portret psychologiczny. Mają oni swoje zdanie, swoje zmartwienia i wspomnienia z przeszłości, do której nie rzadko wraca. A więc serwuje nam kolejny labirynt, przez który czytelnik przebrnie z lekkością albo zmęczony zawiłościami fabuły zwyczajnie odpuści.

      Chciałam bardzo „Cudzym dzieciom” dać szansę. Nawet na samym początku stwierdziłam, że opowiedziana przez Joannę Trollope historia ma potencjał i może wciągnąć innych. Zagłębiałam się w losy Josie i Matthew. Starałam się wczuć w ich sytuację tak, jakby byli moimi znajomymi. Na nic jednak to się zdało, bo książka z każdym rozdziałem stawała się dla mnie coraz bardziej nużąca, męcząca i nie do zniesienia. Były momenty, że już miałam skończyć przygodę z tą powieścią i nie katować się nią dalej. Łudząc się: „a może coś się w końcu wydarzy, co powali na kolana” kontynuuowałam lekturę. Największe szczęście poczułam, gdy zamknęłam książkę i odhaczyłam ją w serwisie Lubimy Czytać jako przeczytaną. Choć w zasadzie powinnam napisać – prześledzoną.

      Jak widzicie, nie wszystkie pozycje, które biorę z biblioteki, wprawiają mnie w zachwyt i euforię. Tutaj raczej więcej było irytacji i zniechęcenia.

      Nie zamierzam niczego Wam narzucać. Proszę, abyście sami podjęli decyzję, czy zapoznacie się z „Cudzymi dziećmi” czy dacie spokój i poświęcicie czas na coś ciekawszego.

      Ja gdybym drugi raz stanęła przed wyborem: sięgnąć czy nie sięgnąć po ten konkretny tytuł, zdecydowanie wybrałabym opcję drugą. Pani Trollope nie zaserwowała mi tego, czego akurat poszukuję w literaturze.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lutego 2019 16:58
  • poniedziałek, 04 lutego 2019
    • #79 „Gwiazd naszych wina” – fajerwerków i szału brak

      „Gwiazd naszych wina”  autorstwa Johna Greena to książka, nad którą pieją zachwyty niemalże wszyscy blogerzy literaccy.  Oprócz mnie.

      Zacznijmy więc od samego początku. Historia podana przez autora jest dość prosta i nie ma w niej nic nadzwyczajnego, co mogłoby powodować w czytelniku szybsze bicie serca, wypieki na twarzy albo zwykły efekt „woooooooow!”

      Szasnastoletnia Hazel cierpi na nowotwór tarczycy w ostatnim stadium, z przerzutami do płuc. Te zaś sprawiają, że nastolatka nie może swobodnie oddychać.  Dzień po dniu wszyscy toczą walkę o jej życie, choć i tak doskonale wiedzą, że śmierć w jej przypadku przyjdzie szybko.

      Augustus znajduje się w pozornie lepszej sytuacji, bo jego choroba jest uleczalna. Prawdopodobieństwo, że pożegnał się z rakiem na zawsze wynosi statycznie 85%. Chłopak cały czas powtarza, że czuje się świetnie, stara się za wszelką cenę być optymistą. Wspiera innych na spotkaniach grupy wsparcia dzieci z rakiem. Tam poznaje Hazel, z którą łączy go silna więź.

      Dodatkowo, ulubiona książka Hazel staje się inspiracją i przyczynkiem do tego, by tych dwoje zjednoczyło siły w poszukiwaniu pisarza, który mógłby w wyczerpujący sposób odpowiedzieć na pytania dotyczące dalszych losów bohaterów literackich ich ukochanego dzieła literackiego.

      W tym momencie mogłabym zakończyć pisanie opinii na temat „Gwiazd naszych wina”. Szukam odpowiednich słów i zdań, by wyrazić odczucia po lekturze. Nie znajduję, więc powiem prosto z mostu – nuda i chała. Nic więcej! Wiele razy miałam chęć zamknąć książkę i zacząć następną, ciekawszą. Pomyślalam sobie jednak, że sprobuję poszukać głębszej treści, przesłania, które powali na kolana i sprawi, że nie zasnę w nocy, bo będę nieustannie myślała o tym, co przeczytałam. Kurde, nic takiego się nie wydarzyło! W pewnej chwili całkiem zgłupiałam co czytam – kiepski harlequin, wypracowanie szkolne czy może beznamiętny pamiętnik gimnazjalisty…Jezu, czym się tu zachwycać? Płakać mam? Śmiać się z naiwności i głupich tekstów podlotków? W rezultacie wściekła i poirytowana bez żalu i skruchy zamknęłam czytadło i wydobyłam z siebie uuuuuuuuf!!!!

      Przygotowując się do napisania tego tekstu, poszperałam na kilkunastu blogach, by zapoznać się ze zdaniem innych. W wielu recenzjach czytałam, że to historia wzruszająca, piękna i każdy po zapoznaniu się z nią będzie lepszy. No po prostu cuda nad Wisłą! Nie mam serca z kamienia, uważam się za wrażliwą, sporo we mnie empatii. W tym wypadku przyznam się bez bicia i z ręką na sercu, że nikomu nie współczułam ani tym bardziej z moich oczu nie lały się łzy. Za to bez przerwy zaglądałam na zegarek, bawiłam się z kotem albo zastanawiałam się, co słychać u facebookowych znajomych.

      Ileż razy zarzekałam się, że nie wezmę do ręki pozycji książkowych, które są modne, przy których społeczeństwo zbiorowo się podnieca jakby oglądało słynny francuski film przeznaczony dla dorosłych - „Emmanuelle”? Niestety, człowiek ma tendencję do powtarzania błędów. Po raz enty dałam się zwieźć wspaniałym rekomendacjom. Znowu mam jasny dowód, że powinnam słuchać wyłącznie własnego głosu serca i chodzić szlakami literackimi, które sama wyznaczyłam. W przeciwnym razie zginę i nie będe miała okazji odkryć faktycznie przepięknych opowieści i literackich zakątków.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 lutego 2019 20:17
  • czwartek, 31 stycznia 2019
    • Było artystycznie i lirycznie. Podsumowanie stycznia 2019

      Za nami pierwszy miesiąc 2019 roku. Ci mniej wytrwali, którzy podjęli jakieś wyzwania czy postanowienia, pewnie właśnie mówią, że nic z tego nie wyjdzie. Może w następnym roku. Ci bardziej zdeterminowani pewnie zacierają ręce, bo udało im się zrealizować miesięczny plan. Ile ludzi, tyle pomysłów na życie.

      Ja na szczęście należę do tej drugiej grupy osób. Nie robię co prawda postanowień, ale planów mam zawsze bez liku a i wyzwań jakoś przestałam się bać ostatnio. Oczywiście zabieram się głównie za te, co do których mam pewność, że im sprostam choćby w pięćdziesięciu procentach.

      Nowy 2019 rok rozpoczął się dla mnie bardzo ciekawie.  Pierwszego stycznia po raz drugi rozpoczęłam technikę 21 dni. Moi czytelnicy, którzy interesują się rozwojem osobistym pewnie doskonale wiedzą na czym ta technika polega. Dla tych, co nie mają o niej bladego pojęcia już tłumaczę. Być może zachęcę kogoś do tego, by jej spróbować na sobie. Otóż na kartce wypisujemy w czasie teraźniejszym dziesięć swoich marzeń/pragnień. Od tych prozaicznych, po osobiste. Sami decydujecie. Gdy już sporządzicie taką listę, to przez trzy tygodnie przepisujecie te swoje marzenia czy cele. Dzień w dzień. Ważne, by były w czasie teraźniejszym, czyli nie "będę miała czerwonego cadillaca", tylko mam czerwonego cadillaca. Dlaczego tak? Bo wtedy nasz umysł łatwiej się programuje i przyswaja sobie to, czego bardzo chcemy. Kiedy już przez całe trzy tygodnie przepiszecie tę listę, to zapominacie o tym, co pisaliście, a kartkę, notes czy cokolwiek w czym to sobie notowaliście, chowacie głęboko. Nie wracacie do tego. Jeśli to było Wasze prawdziwe marzenie, gwarantuję, że się spełni. Mi już powolutku się urzeczywistniają niektóre punkty. Reszta wymaga czasu.

      Pozostając w sferze psychologii...Rozpoczęłam także robienie swojej osobistej afirmacji z mojego "Magicznego Zeszytu". Wstępnie umówiłam się sama ze sobą, że będę ją robić do Walentynek. A potem zobaczymy...Trzymajcie proszę kciuki, aby to, co afirmuję się spełniło.

      Wczoraj (30 stycznia 2019 roku) podjęłam  się wyzwania "Ukochaj siebie". Chcę się nauczyć większej miłości do siebie. Staję przed lustrem i mówię "Kocham Cię i akceptuję taką, jaką jesteś". Nie jest to takie proste. Ja na razie daję radę. Będę to czynić przez 60 dni. Ciekawe czy mi się uda?

      Jeśli cały rok będzie dla mnie tak dobry pod względem artystycznym, jak styczeń, to będę zachwycona. 12 stycznia brałam udział w niezwykle wzruszającym wydarzeniu. Mianowicie wtedy  w Centrum Kultury Browar B we Włocławku odbył się wieczór wspomnień o śp. Ryszardzie Seroczyńskim, pedagogu, resocjalizatorze, byłym opiekunie Klubu Więziennego "Bartnicka 10", a prywatnie moim wspaniałym Przyjacielu, który odszedł nagle 19 grudnia 2016 roku. Podczas wydarzenia zaśpiewałam dwa utwory "Łatwopalni" z rep. Maryli Rodowicz i piosenkę "Silna", do której napisałam słowa, a mój drugi Przyjaciel Jarek Adamus skomponował muzykę. To był piękny czas spędzony na scenie z wyjątkowymi ludźmi.  Zaś na drugi dzień wystąpiłam także dla włocławskiej publiczności w świąteczno-noworocznym koncercie w Pałacu  Bursztynowym. Zaśpiewałam cztery piosenki, w tym dwie autorskie. Ze spotkania wyszłam bardzo szczęśliwa i zmotywowana.

      Wiem też, że 29 marca br. wezmę udział w konferencji organizowanej przez Państwową Wyższą Szkołę Zawodową, w której zdobyłam tytuł licencjata. Całość będzie dotyczyła pasji i zainteresowań, a ja mam opowiedzieć o sobie i tym, czym się pasjonuję. Z pewnością opowiem o mojej miłości do książek i o blogowaniu.

      A propos literatury, bo przecież ten blog właśnie jej dotyczy. Jak do tej pory udało mi się przeczytać trzy książki, a jestem w trakcie czytania czwartej. Na razie najlepszą powieścią okazała się pozycja napisana przez Magdalenę Witkiewicz "Ósmy cud świata". Obecnie czytam "I to przeminie" Mileny Busquets, ale nie oczekujcie recenzji, bo nie jestem tym tytułem zachwycona. Przy okazji, czytaliście tę książkę? W kolejce zaś czeka "Szukaj mnie" Wojciecha Zawioły i "Happydays, czyli jak się robi szczęście w sto dni" Mateusza Grzesiaka. I znowu spytam - czytał ktoś z Was? Co o tych pozycjach sądzicie?

      Mam nadzieję, że ten rok nie będzie beznadziejny pod względem czytelniczym. Się okaże...

      A Wam jak minął pierwszy miesiąc 2019 roku? Zrobiliście coś ciekawego? A może sięgnęliście po fajną lekturę? Pochwalcie się w komentarza. 

      Kończąc, pragnę Wam powiedzieć, że ten wpis zainaugurował wprowadzenie przeze mnie nowej kategorii postów, jaką będą podsumowania miesiąca. W ten sposób będziecie mogli się dowiedzieć, co dzieje się u mnie literacko, ale też prywatnie. Dajcie proszę znać, czy chcielibyście czytać tego rodzaju posty. To dla mnie ważne. Z góry dziękuję. 

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 stycznia 2019 19:12
  • wtorek, 29 stycznia 2019
    • #78 Jacques Expert „Żona potwora”

      W chwili ślubu z przystojnym Simonem Dargetem miała zaledwie dwadzieścia dwa lata. Podziwiała jego siłę, urok, nie mogła uwierzyć, że wybrał właśnie ją. Kiedy po latach policja przyszła aresztować jej męża, nagle zainteresował się nią cały kraj. Taki opis przeczytałam na okładce książki Jacques’a Expert’a „Żona potwora”.

      Nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego po tej powieści. Ale w głębi duszy chciałam, by czas jej poświęcony nie okazał się całkowicie stracony. Mogę przyznać z czystym sumieniem, że naprawdę nie żałuję swego wyboru. Więcej zdradzę – to jedna z lepszych historii z dreszczykiem w tle z jaką miałam okazję się zapoznać.

      Simon Darget to niezwykłej urody mężczyzna. Można zaryzykować stwierdzenie – prawdziwy Casanova. Skończył dobrą szkołę, znalazł dobrze płatną pracę i założył rodzinę. Na pierwszy rzut oka niczego mu nie brakuje, idealny kandydat na męża, ojca, zdolny do wszelkich poświęceń dla najbliższych. Czy rzeczywiście tak było? Dlaczego ten z pozoru grzeczny, miły i uczynny człowiek zostaje nazwany potworem?

      Jak się domyślacie jednym z głównych wątków jest przestępstwo. Jakiego rodzaju? Na kim? Czy główny bohater okazał skruchę za popełniony czyn? Co na to jego dzieci i znajomi? Na te pytania nie odpowiem napewno, bo wówczas pozbawiłabym Was przyjemności czytania tej książki, a jest ona tego warta.

      „Żona potwora” to opowieść, w której ukazana jest historia młodej kobiety, ktora przez szesnaście lat tkwiła w związku małżeńskim z mężczyzną o dwóch twarzach. Tak, nie ma w tym ani krzty przesady. Simon to anioł dobroci ale i diabeł wcielony.

      Przez wszystkie lata tej chorej relacji kobieta usprawiedliwiała męża, była na jego usługi (dosłownie!), spełniała nawet najbardziej niedorzeczne zachcianki, usilnie zapobiegała jego wybuchom złości.

      Gdy czytałam tę książkę, to zupełnie nie wiedziałam komu właściwie powinnam współczuć. Bo mamy kobietę pokrzywdzoną, matkę i żonę w jednym, która  każdego dnia poniżana, upokarzana odgrywa swoje codzienne role. Nie mogę niestety pozbyć się opinii wyrobionej podczas zapoznawania się z fabułą, że ta bohaterka jest niemiłosiernie głupia, naiwna i wszystko czego doświadcza, otrzymuje bo na to się godzi a czasem odnosiłam wrażenie, że jej to nad wyraz pasuje! No  do diaska, czy nie widziała przez taki długi okres czasu, jak zachowuje się ojciec jej dzieci?! Nic kompletnie jej nie zaniepokoiło? Mało tegu, gdy już niemalże była przekonana z kim mieszka, to i tak nie protestowała. Niby kochała swoje dzieci, była dla nich dobra, ale w gruncie rzeczy swoim zachowaniem robiła im niewyobrażalną krzywdę, wmawiając że tatuś jest dla nich dobry, że darzy je uczuciem ojcowskim, ale zaraz dodawała, jakim to on nie jest złoczyńcą. Nie współczułam więc pani Darget, że Simon traktuje ją przedmiotowo i nic sobie z niej nie robi.

      Dopiero bohaterka „odzyskuje wzrok” gdy mężczyzna trafia do aresztu i oczekuje na proces. Wtedy decyduje się by spojrzeć prawdzie w oczy.

      Gdybym miała określić tę powieść zakwalifikowałabym ją do lekkich kryminałów. Nie znajdziemy tutaj żadnych opisów morderstw, przelewów krwi czy innych okrutnych scen. Te są zakamuflowane, autor wspomina, że coś takiego się wydarzyło, ale oszczędza czytelnikom szczegółów. Za to skupia się na stworzeniu psychologicznych portretów Simona i osób go otaczająch. Uważam, że czyni to po mistrzowsku. Nie ma takich samych charakterów. Mamy swoisty zbiór indywidualności.

      Po której ze stron opowie się czytelnik – jego problem. Jacques Expert niczego nie narzuca. Wręcz przeciwnie – pozwala zapoznającym się z jego prozą samemu zdecydować kto jest tym dobrym, a kto zasłużył na potępienie. By rozwikłać tę zagadkę trzeba najpierw sięgnąć po „Żonę potwora”. Jeżeli więc macie ochotę na coś ambitnego, dającego do myślenia, ten tytuł jest dla Was i gwarantuję, że nie przeżyjecie rozczarowania. Miłej lektury!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 stycznia 2019 14:25
  • piątek, 25 stycznia 2019
    • #77 Magdalena Witkiewicz "Ósmy cud świata"

      O książkach Magdaleny Witkiewicz słyszałam niejednokrotnie. W większości przypadków opinie o nich były zadowalające. Jako że ja wtedy jeszcze po żadną z powieści tej autorki nie miałam okazji sięgnąć, postanowiłam to zmienić i sama przekonać się, czy wszystkie chwalebne recenzje nie są aby napisane na wyrost.

      Magdalena Witkiewicz to polska autorka, były analityk marketingowy. Na co co dzień mieszka w Gdańsku. Sympatię czytelniczek zyskała dzięki życiowym opowieściom o sile drzemiącej w kobietach. 

      Anna zbliża się nieuchronnie do czterdziestki. Kobieta, pomimo ustabilizowanego życia zawodowego, nie czuje spełnienia w życiu. Tęskni za miłością, prawdziwym i szczerym uczuciem, a także za wszelką cenę pragnie zostać matką. Chciałaby mieć przy sobie kogoś, kto byłby dla niej całym światem. Bohaterka postanawia więc nabrać do otaczającej ją rzeczywistości dystansu i wyjeżdża na urlop do Wietnamu. W trakcie podróży poznaje szarmanckiego i tajemniczego Tomasza, który budzi w Annie skrywane i nieco zapomniane uczucia. 

      Na wielu literackich stronach czytałam, że ta powieść nie jest za specjalnie odkrywcza, a jej fabuła mało skomplikowana. To prawda. Jednak dla mnie ta powieść była magiczna i w stu procentach zaspokoiła moje czytelnicze (i nie tylko) oczekiwania. Bowiem podczas lektury "Ósmego cudu świata" odnalazłam odpowiedzi na bardzo wiele nurtujących mnie ostatnio pytań. Powiem Wam więcej - książka skłoniła mnie do podjęcia pewnej, niezwykle ważnej dla mnie decyzji i uchroniła przed zrobieniem kroku, którego zapewne w niedługim czasie, bym mocno żałowała, że go zrobiłam. Także dziękuję pani Magdalenie za to z całego serca. 

      Myślę też, że nie tylko mnie Autorka tą historią sprowokowała do refleksji. W książce jest poruszony kilka ważnych tematów, takich jak samotność w tłumie, czy chociażby gonitwa za uczuciem, nie zważając na konsekwencje i na to, co myśli druga strona. Witkiewicz pokazuje ile jesteśmy w stanie zrobić i do czego się posunąć, by osiągnąć swój wymarzony cel. Fakt, pisarka cały czas podkreśla, że jeżeli na czymś nam bardzo zależy i pragniemy to osiągnąć, to nie powinniśmy się poddawać, tylko walczyć do końca. Pozostaje jednak pytanie, czy ta walka daje nam również prawo do przekraczania pewnych granic, choćby granicy przyzwoitości? 

      Jedną z ważniejszych myśli, jaką zaczerpnęłam dla siebie z tej książki była ta, że pod żadnym pozorem nie powinniśmy dzialać wbrew sobie, własnym pragnieniom, własnemu sumieniu. I z tym akurat się zgadzam. Aczkolwiek, zastanawiam się też, czy we wszystkich sytuacjach jest to możliwe? Czy nie jest też tak, że pewne rzeczy, czy sposób postępowania, mamy jednak narzucony już wcześniej, chociażby przez religię, kulturę? To kwestia dyskusyjna, nie mniej moje zdanie jest takie, że każdy powinien żyć w zgodzie z samym sobą, ale jednocześnie pamiętać o tym, by nie krzywdzić przy tym innych ludzi. Szczególnie tych, nam bliskich. Niech każdy wyrobi sobie swoje zdanie na ten temat. Jeżeli macie ochotę podzielić się nim ze mną, to będzie mi niezmiernie miło - zachęcam do komentowania tego wpisu.

      Do tego co już napisałam dodam, że język powieści jest prosty i jednocześnie plastyczny. Magdalena Witkiewicz przybliża nam kulturę Wietnamu i zwyczaje tam panujące. Na szczęście nie nudzi zbyt długimi opisami, więc książkę czyta się szybko i sprawnie. 

      Tym, którzy jeszcze wahają się, czy sięgnąć po "Ósmy cud świata" powiem, że zdecydowanie tak i nawet namawiam do tego. Tradycyjnie polecam tę lekturę wszystkim miłośnikom prozy Magdaleny Witkiewicz, kobietom, bo to niewątpliwie literatura kobieca i wszystkim tym, którzy mają chęć przeczytać coś odprężającego i lekkiego, ale jednocześnie niebanalnego. 

      W komentarzach dajcie znać, czy czytaliście już tę książkę i jak Wasze wrażenia, a także co czytacie teraz i co byście mi polecili. 


       


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 25 stycznia 2019 12:35
  • środa, 23 stycznia 2019
    • #76 Nicholas Sparks „Spójrz na mnie”

      To już trzecie moje spotkanie z twórczością Nicholasa Sparksa. Powieść czytałam tydzień. I wyciągnęłam pewne wnioski, którymi podzielę się poniżej.

      Są mężczyźni, którzy wzbudzają szybsze bicie serca i nie ma to nic wspólnego z pierwszym zauroczeniem. Collin Hancock należy do tych właśnie osób, na widok których kobiety drżą jak galareta, a mężczyźni zaś chcą z nim stanąć do walki. Collin nad wyraz chętnie walczy, choć od pewnego czasu już tylko jako zawodnik. Bójki w barach, demolowanie domów i samochodów to przeszłość, ale ta jednak nie pozwala mu o sobie zapomnieć. I dozór policji także. Był trudnym dzieckiem. Wyrzucany z kolejnych szkół. Typowa czarna owca w rodzinie. Pozycja społeczna rodziny i spore środki finansowe uchroniły chłopaka od więzienia. Wie jednak, że musi zachowywać się wzorowo, bo w przeciwnym razie trafi za kratki. Mówią, że ludzie się nie zmieniają. Są jednak wyjątki od reguły. Taką jest Collin. Mamy wrażenie, że Hancock przechodzi swoistą przemianę. Teraz nie w głowie mu konflikty z prawem. Pragnie ukończyć studia pedagogiczne i nauczyć się kontrolować własny gniew.

      Tak było dopóki nie poznał młodej prawniczki, zajmującej się ubezpieczeniami w jednej z największych kancelarii Wilmington – Marii Sanchez.  Mężczyzna z zapełnioną kartoteką i przykładna córka, szanująca bliskich, dbająca o stosunki rodzinne, licząca się z opinią innych. Dwa światy. Czy ta para ma szansę na zbudowanie trwałego związku? Żeby nie zdradzać szczegółów fabuły powiem tyle, że tych dwoje połączy coś niezwykłego. Jeżeli spodziewacie się tu jedynie słodkiej sielanki, to rozczarujecie się srodze.

      O tym, jak bardzo pozory mogą mylić, a także o tym do czego może posunąć się chory psychicznie przeczytacie w powieści „Spójrz na mnie”. Opublikowana nakładem Wydawnictwa Albatros książka Nicholasa Sparksa to historia o krwawej zemście, stalkingu, o lęku, który nie pozwala normalnie funkcjonować. Marię ktoś prześladuje. Kto? Czy rzeczywiście ma się czego bać, a może to tylko zwyczajne strachy na lachy? Czy spotka się ze swoim prześladowcą? „Będziesz wiedziała co się wtedy czuje” - słowa znamienne, od których w zasadzie wszystko się zaczyna. I bukiet pięknych, czerwonych róż. Co jeszcze czeka bohaterkę? Jak sobie poradzi? Ja Wam tego nie powiem. Jeżeli chcecie się dowiedzieć, jak zakończy się ta mrożąca krew w żyłach opowieść,  oddajcie się lekturze tej książki.

      Gdybym miała wystawić ocenę tej powieści, dałabym 8/10. Dlaczego nie maksymalną notę? Bo mam pewne zastrzeżenia. Po pierwsze, uważam, że w książce jest zdecydowanie za mało dialogów, a za dużo długich opisów. Strasznie to nużące i jakieś rozmemłane. Nie dziwię się, że całość ma ponad pięćset stron, skoro autor tak skupił się na opisywaniu sposobu myślenia bohaterów, zachowań, ruchów, tego co wokół. Według mnie, to całkiem zbędne. Liczy się przecież dynamiczna akcja. Chyba o to chodzi w kryminałach, nawet obyczajowych. Zdaje się, że autor o tym zapomniał.

      Po drugie, czytając stwierdziłam, że Sparks pogubił się, jaki wątek jest ważniejszy – miłosny czy kryminalny. Owszem, ten drugi jest rozbudowany, ale gdzieś w pewnym momencie zostaje zepchnięty na dalszy plan na rzecz opowieści o miłości. Mnie za bardzo nie obchodziło co Collin czuje do Marii i ile razy się z nią kochał. Niekoniecznie odpowiadały mi te fragmenty. Nie żebym była jakaś nimi zniesmaczona, nie. Nie mniej raczej nastawiłam się na co innego.

      Komu polecam? Przede wszystkim miłośnikom powieści z wątkiem kryminalnym i osobom chcącym poczuć lekki dreszczyk emocji.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 23 stycznia 2019 17:41
  • sobota, 19 stycznia 2019
    • #75 Jon Katz „Dobry pies”

      „Jest twoim przyjacielem, partnerem, obrońcą – twoim Psem. Jesteś jego życiem, miłością, przewodnikiem. Będzie twój – wierny i oddany do ostatniego uderzenia serca. Winien mu jesteś zasłużyć na to oddanie.”/ M. Siegal / I właśnie o takim oddaniu jest książka Jona Katz’a „Dobry pies”.

      Devon, pies rasy border collie, był już dorosłym psem, kiedy Jon Katz go przygarnął. Było wiadomo, że uczestniczył w szkoleniach, że miał swoje przejścia i że to istota niezwykle trudna. Lubił dominować, być w centrum uwagi i posiadał wybujały instynkt pasterski. Nie przeszkadzało to jednak by skraść serce swojego nowego właściciela, jego znajomych i przyjaciół.

      Opowieść zaczyna się od opisu, jak to czworonożny przyjaciel Katz’a próbuje zawzięcie zaganiać autobus, budząc tym samym strach w dzieciach i ich rodzicach. Ci ostatni w końcu decydują się wezwać policję. Scena prawie jak z najlepszego filmu akcji, tyle że z dawką humoru, bo dość komicznie wygląda to, jak sam autor recenzowanej przeze mnie książki, trzyma na rękach psa o wadze piętnastu kilogramów i ucieka przed stróżami prawa bocznymi uliczkami. Ktoś powie: „Cóż zdarza się.” Nie wie tylko, że to dopiero początek przygód Devona i jego pana. Mrożacych krew w żyłach przygód.

      Katz razem ze swoim pupilem trafia na szkolenie psów pasterskich do niejakiej Carolyn Wilki, gdzie dość szybko okazuje się, że pies jest oporny na wszelkie pasterskie komendy. Pies rozgania owce, zamiast je zaganiać, podgryza je, a powinien lekko podszczypywać. Po wielu nieudanych próbach trenerka poleca Jonowi by zmienił psu imię, bo ma nadzieję, że ta metoda poskutkuje i Devon poskromi swoje dziwne zapędy i będzie mniej temperamentny. Chce aby nowe imię nie kojarzyło się psu z karami i stresem, a z przyjemnościami takimi jak smaczne przekąski, nagrody i pochwały, na które border collie jest łasy, jak nikt. I tak oto Devon staje się Orsonem.

      Początkowo zmiana przynosi efekty. Orson rozumie o wiele więcej, a szkolenie przestaje traktować jako karę za grzeczy czy traumę. Pod koniec szkolenia udaje mu się zdobyć dyplom początkującego psa pasterskiego. Ale Katz podejmuje decyzję, że nie chce aby jego pies brał udział w zawodach, bo i tak nie ma szans by wygrał. W zamian za to kupuje farmę na wsi, by tam rozpocząć z psiakiem nowe życie.

      Dopiero tam poznaje, jaki naprawdę jest Orson. Dowiaduje się, że pies przejawia agresję, i to nie tylko wobec psów, ale co najgorsze – nawet wobec ludzi, których znał i lubił. Nie cierpiał towarzystkich psów, takich jak na przykład golden retrivery czy labradory. Psów przewodnikow też nie znosił. Szczenięta również należały do tego grona. Ponadto, nienawidził mężczyzn, szczególnie noszących ciemne ubrania, a tych, którzy trzymają jakieś narzędzia w rękach, szczególnie, oraz nastolatków śmigających na deskorolkach. W ogóle miał awersję do wszystkiego, co szybko i gwałtownie się porusza. Ubóstwiał za to kobiety, niemowlęta, niepełnosprawnych na wózkach inwalidzkich i staruszków.

      Katz zrobił dla Orsona wszystko co było można zrobić. Począwszy od ciężkiej pracy, jaką wykonał, żeby go wychować, po szkolenia. Chodził także na wizyty do szamanek, psich behawiorystów. Ze wszystkich sił pragnął, żeby pies spokorniał. Czy te zabiegi jakieś przyniosły pozytywne rezultaty? Co zrobił Jon Katz?

      Nie przypuszczałam, że ta powieść zrobi na mnie tak ogromne wrażenie i że zdoła poruszyć wszystkie struny mojej duszy. Na początku nic na to nie wskazywało. Siedząc w pokoju śledziłam  losy Orsona i po jakimś czasie stwierdziłam, że ta książka jest fajna, później awansowała na ładną, a w finalnych scenach z przekonaniem stwierdziłam, że to piękna i bardzo poruszająca opowieść, którą bez dwóch zdań powinni przeczytać ci, którzy kochają zwierzęta, zwłaszcza te czworonożne. To historia dla miłośników przyrody.

      „Dobry pies” Jona Katza to, jak już wspomniałam, niezwykła historia o nieprawdopodobnie silnej więzi między psem a człowiekiem. O cierpliwym budowaniu relacji, nie takiej powierzchownej, ale tej trwającej latami, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, która jest w stanie przetrwać wszystko, i której nie jest w stanie zmienić ani czas ani nawet śmierć. To mądra opowieść o przyjaźni nie znającej żadnych granic.

      Ta książka jest mi wyjątkowo bliska, bo sama dwa lata temu, podobnie jak autor, musiałam stanąć przed diabelnie trudnym wyborem. Choć serce bolało i rozdzierało się na pół, a dusza płakała, musiałam podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. I do dziś, choć doskonale znam odpowiedź, zastanawiam się czy aby na pewno dobrze zrobiłam? Czy nie było innego wyjścia? Na te same pytania po cichu próbuje sobie odpowiedzieć Katz. Być może nie jestem obiektywna w ocenie tej książki. Trudno. Przy jej lekturze przypomniało mi się wszystko to, co przeżywałam w czerwcu 2015 roku.

      Dziękuję  mojej znajomej – Dagmarze-  za możliwość przeczytania tej historii i za to, że przysłała mi ją w momencie, gdy poczułam, że cały mój świat legł w gruzach i że cząstka mnie uciekła gdzieś bezpowrotnie. I choć przeczytałam ją dopiero teraz, kiedy ból minął a została jedynie tęsknota, nie żałuję poświęconych dni i godzin na tę książkę. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że niemalże jesteśmy skazani na to uczucie, że nasz świat runął z hukiem i że nikt i nic nie jest w stanie go odbudować,  bo niejednokrotnie da nam przecież o sobie jeszcze znać. W moim przypadku tak było i zapewne będzie, oby nie za prędko.

      Jeżeli więc macie ochotę na lekturę pełną emocji, wzruszeń, dostarczającą refleksji nad tym co nieuniknione, jesteście w stanie przeżywać trudne chwile z bohaterami, serdecznie polecam Wam książkę Jona Katz’a „Dobry pies”. Gwarantuję, że spędzicie czas pożytecznie i do tego dowiecie się wielu ciekawych rzeczy.

      Powieść napisana jest prostym językiem. Czyta się ją lekko, choć wydarzenia w niej opisywane sprawiają, że czytelnik czuje, że na jakiś czas musi się zatrzymać, chociażby po to, by przemyśleć pewne fakty, wybory, jakich dokonują główne postaci. Tej książki nie pochłoniecie, moim drodzy, w jeden wieczór, choć biorąc pod uwagę ilość stron, nic nie stałoby na przeszkodzie. Niesie ona bowiem za sobą zbyt duży ładunek emocjonalny. Jesteście w stanie go udźwignąć? Sięgnijcie po tę opowieść. Warto!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 19 stycznia 2019 11:48
  • czwartek, 17 stycznia 2019
    • #74 Stephen King „Colorado Kid”

      Wiele słyszałam o Stephenie Kingu. Blogerzy książkowi zachwycają się jego twórczością. Postanowiłam więc wypożyczyć z biblioteki książkę „Colorado Kid”i sprawdzić, czy powieść tego pisarza wpasuje się w mój gust czytelniczy.

      Powieść „Colorado Kid” wypożyczyłam z biblioteki. Stała sobie na regale opatrzonym napisem kryminał. A ponieważ ostatnio chciałam przeczytać coś z tego gatunku, poprosiłam panią bibliotekarkę, by wpisała w komputer, że biorę tę konkretną książkę. Gdy jeszcze dodatkowo przeczytałam notkę wydawniczą, która mówiła o tym, że bohaterami powieści są dziennikarze, serce zaczęło mi bić mocniej, nabrałam przekonania, że to świetny wybór i z pewnością nie będę żałowała swojej decyzji.

      Miał być kryminał, a wyszła opowieść obyczajowa. Są w niej dziennikarze, a jakże. Znalazłam na kartach tej książki opisy takie, jakich się spodziewałam, czyli o tajnikach dziennikarstwa. Świetnie. Tylko, że to nie wystarczyło, żeby wbić mnie w fotel, a ściślej mówiąc w siedzenie mojego wózka inwalidzkiego. Byłam przyzwyczajona, że powieść kryminalna musi mieć w sobie jakąś intrygującą historię, tajemniczą zbrodnię, zagadkę, którą ktoś próbuje krok po kroku rozwiązać, oczywiście śledztwo, aż wreszcie finał z wielką pompą. Oczekiwałam nagłych zwrotów akcji, plątaniny wydarzeń. Niestety, niczego takiego nie dostałam. Pogubiłam się, czy oddałam się lekturze kryminału czy obyczajówki. Bo jeśli książkę „Colorado Kid” miałabym zakwalifikować do powieści obyczajowych, to mogę powiedzieć, że  raczej spełniła moje oczekiwania. Historia kryminalna pozostawia niestety mnóstwo do życzenia i nie wystawiłam jej wysokiej oceny.

      Dwóch doświadczonych dziennikarzy, Vince Teaugue i Dave Bowie, zostaje poproszonych przez praktykantkę Stephanie McCann o opowiedzenie niewyjaśnionej tajemnicy, z którą mogli się zmierzyć pracując w swoim zawodzie. Mężczyźni przystają na propozycję Stephanie i przytaczają historię Colorado Kida, martwego mężczyzny, który został znaleziony na jednej z wysp Moose Lookit. Policja nie miała wątpliwości, co do śmierci tego człowieka, dziennikarze jednak rozpoczynają prywatne śledztwo, aby dowiedzieć się, jak było naprawdę. Próbują odtworzyć godzina po godzinie ostatni dzień życia zmarłego.

      Odniosłam wrażenie, że Stephen King bardzo chciał napisać coś, co porwie czytelników, ale na dobrych chęciach się skończyło. Akcja wlecze się do granic możliwości, główne postaci rozwlekają swoją opowieść, okraszając ją zbędnymi komentarzami, które tylko pełnią funkcję zapychacza fabuły. Poza tym, panowie dziennikarze mają taki irytujący ton podczas szkolenia dziewczyny. Zachowują się jak nauczyciele, którzy chcą wyciągnąć uczennicę na dwójkę, bo wstyd im postawić jedynkę w dzienniku. A głupiutka praktykantka jak w zegarku odpowiada im na każde pytanie. Bardzo nie podobało mi się to, jak King wykreował swoich bohaterów.  Tacy mało wyraziści, z nieskomplikowaną osobowością, rodem z brazylijskich tasiemców, a przecież tak poczytny pisarz powinien wiedzieć, jak skonstruować postać, by była ona interesująca dla czytelnika.

      Książkę, a właściwie książeczkę czyta się dość szybko, bo ma zaledwie sto dwadzieścia stron. I całe szczęście, bo gdyby miała więcej, to nie wiem, czy przeczytałabym ją do końca. Opowieść, którą snuli starsi panowie (jeden w wieku sześćdziesięciu pięciu lat, drugi dziewięćdziesiąt lat) pędziła niczym pendolino, a jej koniec był znany chyba tylko samemu autorowi, bo ja go nie poznałam, nie dlatego, że nie doczytałam książki – po prostu tak została wysnuta ta opowieść. Jakie było rozwiązanie kryminalnej zagadki – nie mam pojęcia. Być może ktoś z Was je dostrzeże albo zrobił to wcześniej. Gdyby Wam się to udało, proszę o kontakt.

      Winna jestem jeszcze informację, jaką ocenę wystawiłam książce „Colorado Kid” Stephena Kinga. Uznałam, że najuczciwiej będzie jak dam jej notę 4 na 10 możliwych punktów. Trzy to byłoby troszeńkę za mało, a z kolei na piątkę zdecydowanie nie zasłużyła ta lektura.

      Stephen Edwin King (ur. 21 września 1947 w Portland) – amerykański pisarz, autor głównie literatury grozy. W przeszłości wydawał książki pod pseudonimem Richard Bachman, raz jako John Swithen. Jego książki rozeszły się w nakładzie przekraczającym 350 milionów egzemplarzy, co czyni go jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie.

      Jest autorem horrorów, które przeszły do klasyki gatunku, jak np. „Lśnienie”, „Smętarz dla zwierzaków” (w nowym wydaniu jako „Cmętarz zwieżąt”),”Miasteczko Salem”, „Podpalaczka”. Nie ogranicza się jednak do jednego gatunku, czego przykładem są: „Cztery pory roku”, „Zielona mila”, „Oczy smoka”,” Bastion” oraz 8-tomowy cykl powieści fantastycznych „Mroczna Wieża.”

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 stycznia 2019 13:47
  • poniedziałek, 14 stycznia 2019
    • #73 Angela Becerra „Przeminęło z czasem”

      Lubię Paryż, choć nigdy jeszcze nie byłam w tym mieście. Dlatego tym chętniej sięgnęłam po powieść Angeli Becerry „Przeminęło z czasem”

      „Przeminęło z czasem” to niezwykła opowieść o sztuce, miłości, o skrywanych sekretach z przeszłości. Jej akcja dzieje się w Paryżu, ale autorka pozwala czytelnikowi poznać także inne zakątki świata takie jak: Katalonię, marokańską pustynię, Nowy York czy Wenecję.

      Główną bohaterką powieści jest Mazarine, młoda dziewczyna, studentka malarstwa, zafascynowana twórczością sławnego paryskiego malarza znanego jako Cadiz. Któregoś dnia ów artysta zgadza się udzielać studentce lekcji w swoim atelier.

      Mazarine jest sierotą, skrytą samotną kobietą o ogromnej wrażliwości, wyjątkowej urodzie. Z jednej strony wyalienowana, niezrozumiana, z drugiej strony spragniona bliskości, uczucia, które ją porwie, szukająca szczęścia, a z drugiej niczym dzika kotka uciekająca od swoich pragnień, skrytych głęboko fantazji.

      Pewnego zimowego dnia na jej drodze pojawia się chłopak, który za wszelką cenę chce ofiarować Mazarine swoją miłość, najczystsze uczucia, opiekę i czułość, ona nie chce się z nim spotykać, toczy wewnętrzną walkę z samą sobą, bo gdzieś w środku czuje, że kocha swojego Mistrza – Cadiza, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że to tylko takie platoniczne uczucie, będące jednocześnie jej inspiracją do tworzenia.

      Cadiz natomiast to twórca tzw. dualizmu wyuzdanego, sześćdziesięcioletni mężczyzna, pochodzący z Hiszpanii, urodzony w Kadyksie, a jego prawdziwe nazwisko brzmi Antequera. Malarz od wielu lat jest żonaty ze sławną panią fotograf – Sarą Miller. Z nią ma syna Pascala.

      Życie Cadiza ulega zmianie po spotkaniu z Mazarine. Już nic nie jest takie jak było wcześniej. Mazarine jest jego marzeniem, natchnieniem, lekiem na niemoc twórczą, odpowiedzią na wszystkie targające nim wątpliwości, balsamem na zbolałą duszę.

      Kim jest chłopak adorujący Mazarine i co go łączy z Cadizem? Jak kobieta poradzi z zazdrością targającą Cadizem?

      Mazarine nosi ze sobą pewien medalion pochodzący ze średniowiecza. Ten z pozoru zwykły medalion z dziwnymi znakami jest dla niej amuletem, dzięki któremu pasja tworzenia nie gaśnie w przyszłej malarce.

      Jeśli chcecie poznać historię Mazarine, koniecznie przeczytajcie książkę „Przeminęło z czasem” autorstwa Angeli Becerry. Jest to opowieść nietypowa, inna niż te, które czytałam do tej pory. Kryje w sobie wiele zagadek, niejasności, a zarazem jest w niej coś magicznego, niemalże baśniowego. Gdy czytałam tę powieść przyszło mi na myśl określenie, że jest to taka proza z pogranicza jawy i snu.

      Nie za bardzo lubię książki z elementami historii, ale akcja tej naprawdę mnie wciągnęła. Przeniosła w czasie.

      Polecam książkę osobom interesującym się historią, a zwłaszcza średniowieczem, wszystkim, którzy lubią  w literaturze tajemnice, niedopowiedzenia swego rodzaju mroczne klimaty. Jestem w stu procentach pewna, że opiniowana przeze mnie powieść spełni Wasze oczekiwania. Udanej lektury!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 stycznia 2019 12:05
  • piątek, 11 stycznia 2019
    • #72 Recenzja książki „Seniorzy w natarciu”

      Dzisiaj chciałabym spróbować zrecenzować, a właściwie napisać opinię o książce autorstwa Cathariny Ingelman-Sundberg. Zapraszam serdecznie do lektury.

      Powieść „Seniorzy w natarciu” rozpoczyna się niebanalnie. Jedna z bohaterek, Martha, ma sen. A że sny wyśnione przez seniorkę zazwyczaj się sprawdzają, ta traktuje sprawę całkiem serio. Śni jej się napad, ale najciekawsze jest to, że Martha także bierze w nim udział. Nie myśląc za dużo, kobieta namawia czwórkę swoich przyjaciół, mieszkających podobnie jak ona, w domu opieki, by senne marzenie wcielić w życie. Rozpoczyna się organizowanie napaści, która ma wstrząsnąć całą społecznością. Emeryci są szalenie podekscytowani. I jeśli ktoś z Was myśli, że zwariowani seniorzy nie wiedzą, jaki będzie finał tej ryzykownej zabawy, to grubo się myli. Bowiem cała piątka doskonale wie, że za tego typu akcje grozi więzienie. Oni jednak niewiele się tym przejmują. Twierdzą naiwnie, że w więzieniu będzie im znacznie lepiej niż w domu spokojnej starości. Czy rzeczywistość będzie zgodna z wyobrażeniami? Czy zaznają luksusu?

      Autorka dość mocno skupiła się na kreacji bohaterów. Są spragnieni przygód, aktywni życiowo i absolutnie nie myślą o starości. Nie siedzą w fotelach z robótką w ręku lub pilotem. Oni plan szybko zmieniają w czyn. Ich przebiegłość, werwa i determinacja zadziwić może niejednego trzydziestolatka. Uważają, że życie jest jedno, a oni są pełnoprawnymi obywatelami i należy im się wszystko to, co dobre, a na spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno. Jedni o lasce, inni o chodziku wyruszają na podbój świata.

      Akcja powieści nie należy do skomplikowanych. Próżno szukać tu nagłych zwrotów akcji, trudnych problemów do rozwiązania. Na samym początku książki mamy jednak coś, co pozwala nam wgryżć się w fabułę. Opisane są refleksje i odczucia bohaterów związane z pobytem w rzeczonym już wcześniej przeze mnie domu opieki. Uważny czytelnik dowie się, jakie, nie boję się tego napisać – kontrowersyjne – zabiegi są stosowane przez tych, którzy opiekują się starszymi ludźmi. Mnie ta kwestia mocno zainteresowała i, mówiąc szczerze, dowiedziałabym się czegoś więcej na ten temat. Niestety, w pewnym momencie te rozważania zostają przerwane na rzecz rozrywkowego wątku. Ogromna szkoda.

      Wszystkie sytuacje, które powieściopisarka opisuje na kartach swojej powieści są nieprawdopodobne. Nawet postaci są przerysowane. Nie raz mam okazję przysłuchiwać się dyskusjom osób w wieku sześćdziesiat pięć plus i wiem, że położenie, w którym się znajdują wcale nie przedstawia się tak różowo, jak to nam przedstawiła Ingelman-Sundberg.  Te osoby są przecież przeważnie schorowane, zmęczone, przynajmniej większość. Nie wiem, dlaczego autorka zdecydowała się na tak rzucające się w oczy podkoloryzowanie całości, która z realizmem ma naprawdę nie za wiele wspólnego. Warto zaznaczyć, że nasi staruszkowie mają od 75 lat wzwyż. Jesteście w stanie wyobrazić sobie z realnego świata, starszą panią napadającą na bank z uśmiechem na ustach? Chyba znam odpowiedź. Udzieliłabym takiej samej.

      Kolejna rzecz, która przeszkadzała mi, to ciągnące się opisy, przez co strasznie nużąca była dla mnie ta powieść.Takie dłużyzny nie wróżą nic pozytywnego dla literatury, zwłaszcza takiej, która miałaby być określana mianem dobrej. Momentami zastanawiałam się, o czym teraz czytam, bo gdzieś po drodze zdążyłam się już zagubić. Nie lubię takiego odczucia przy lekturze, bo od razu mnie od niej odrzuca. I tak na przykład, wiem od koleżanki, a potem przeczytałam na okładce, że są kolejne części „Seniorów w natarciu”. Ale nie jestem przekonana, czy po nie sięgnę. Nie chcę po raz kolejny przedzierać się przez labirynt zbędnych informacji zaserwowanych przez pisarkę tylko po to, by przekonać się, co tym razem wymyśliły poszczególne postaci. Chyba zamiast tego wolałabym wypożyczyć i przeczytać coś, co rzeczywiście mnie zajmie i sprawi, że zatracę się w lekturze. W tym przypadku tego powiedzieć nie mogę, bo musiałabym Was okłamać. A tego nie chcę. Jestem zawiedziona tą książką. Zdecydowanie spodziewałam się innej historii.

      Żeby nie przedłużać tego tekstu…Nie polecam Wam tej powieści, ale odradzać jakoś za specjalnie też nie zamierzam. Jest w niej kilka fragmentów, gdzie można się uśmiechnąć. Nie będą to jednak salwy śmiechu. No, chyba że ja nie mam poczucia humoru, nie wiem…

      Jeżeli ktoś z Was czytał już tę książkę, to koniecznie dajcie znać, jakie macie o niej zdanie, czy spełniła Wasze czytelnicze oczekiwania? Napiszcie również co aktualnie czytacie, co polecacie?

      Dodam, że książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Sonia Draga.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 11 stycznia 2019 19:20
  • niedziela, 06 stycznia 2019
    • #71 O książce Ireny Matuszkiewicz

      Długo zbierałam się do tego, by przeczytać jakąkolwiek  książkę autorstwa naszej włocławskiej pisarki Ireny Matuszkiewicz. Pamiętam jak kiedyś moja mama kupiła jedną z jej książek. Zachwycała się stylem, jakim posługuje się autorka, śmiała do rozpuku z treści. Postanowiłam, że i ja sięgnę po książkę. Jeśli mojej rodzicielce się spodobało, to mnie też powinno. Pomyliłam się bardzo. Zaczęłam czytać tę powieść, po czym stwierdziłam, że to tylko strata mojego cennego czasu. Przeczytałam trzydzieści stron i nie wiedziałam o czym jest historia opowiadana przez panią Matuszkiewicz. Wszystko było jakieś rozmyte, wręcz rozmydlone. Dialogi, owszem – błyskotliwe, humorystyczne. To plus. Ale na tym zalety tego czytadła się kończyły. Odłożyłam książkę na półkę i przyrzeklam sobie, że nigdy nie sięgnę po lektury tej pisarki.

      Ale ostatnio gdy byłam w bibliotece coś mnie tknęło, żeby dać tej twórczości jeszcze jedną szansę. Wypożyczyłam ” Gry nie tylko miłosne” oczywiście nie kogo innego jak Pani Ireny Matuszkiewicz. Po raz drugi zawiodłam się boleśnie i tym razem z ręką na sercu powiedziałam, że NIGDY WIĘCEJ takich książek.  Do tej pory nie wiem o czym tak naprawdę traktowała opowieść. Zdążyłam „ustalić”, że bohaterką jest Julia Blenda – inżynier informatyki, która po studiach w stolicy wraca do rodzinnego Włocławka. Julia to zwykła gęś mowiąc kolokwialnie. Ubiera się strasznie staroświeckie, nosi zbyt workowate ubrania, ma dlugie, naturalne włosy i ani myśli ich ściąć. Dopiero za namową przyjaciółki dokonuje tego czynu. Kobieta naiwnie marzy o księciu z bajki. Wierzy, że znajdzie ukojenie w silnych, męskich ramionach (tere fere kuku). Julia nieustannie żałuje, że uległa presji rodziny i zamieszkała razem z matką i ojcem we Włocławku, gdzie dostała pracę za zaledwie 800 złotych miesięcznie, z czego i tak powinna być szczęśliwa, bowiem co czwarty mieszkaniec jej miasta może nazwać się bezrobotnym. Magister inżynier brakuje wielkomiejskiego życia, natomiast jej szef jest antyfeministą, co nieraz odczuwalnie zauważyła. Dodatkowo w jej firmie zaczynają dziać się niepokojące rzeczy – jeden z pracowników znika i zaczynają pojawiać się anonimowe przesyłki, mające na celu wyłudzenie pieniędzy.

      Tyle wyłuskałam z tych całych wynurzeń naszej pisarki. Niewątpliwą zaletą jej twórczości są dowcipne i blyskotliwie dialogi. Autorka używa ciekawych porównań, nie rzadko komentuje kąśliwie rzeczywistość. I to wszystko.  Bez wątpienia książkę można zakwalifikować do kiepskiego czytadła. Trzeba mieć mnóstwo cierpliwości i determinacji, aby przebrnąć dobrnąć do ostatniej strony. Kiedy już to wytrwały czytelnik zdoła uczynić zapewne wydobędzie z siebie wielkie „uff, wreszcie koniec”. Tak też uczyniłam ja. I obiecałam sobie, że następnym razem gdy będę wybierala się do biblioteki, zabiorę ze sobą swój sekretny notesik, w którym mam spisane wszystkie ciekawe tytuły powieści. W ten sposób nie popełnię po raz kolejny tego samego błędu. Bo przecież nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 stycznia 2019 20:07
  • środa, 02 stycznia 2019
    • Gdybym była odważna…

      Według Wikipedii odwaga to postawa wobec niebezpieczeństwa charakteryzująca się dużą umiejętnością przezwyciężania strachu z nim związanego; śmiałość, męstwo.

      Do napisania dzisiejszego postu zainspirował mnie filmik wstawiony przez Jolę Szymańską z kanału hipster katoliczka.

      Gdybym była odważna najprawdopodobniej pisałabym tutaj felietony na przeróżne tematy. Zapewne często też te, uważane za kontrowersyjne lub wręcz tabu. Mam takich zagadnień w głowie mnóstwo i właściwie mogłabym każdego dnia opublikować tekst, pod którym być może byłoby mnóstwo komentarzy, a więc na moim blogu byłby stale ruch. Niestety, jestem osobą nieśmiałą i nie robię tego. A szkoda.

      Gdybym była odważna powiedziałabym mężczyźnie, o którym ostatnio ciągle myślę, że potrzebuję go, pogadałabym z nim od serca, poszlibyśmy na kawę, czy umówili się w domu. Wiedziałby wtedy również, że jestem nim zainteresowana. A tak, jest całkiem tego nieświadomy.

      Gdybym była odważna nie przerwałabym po ponad czterech latach gry na syntezatorze, czyli mówiąc potocznie na organach. Zawsze jak miałam coś zagrać chociażby dla rodziny, paraliżował mnie ogromny strach. Nie potrafiłabym występować publicznie, tak jak to robię śpiewając.

      Gdybym była odważna umiałabym częściej stawiać granice i nikt nie mógłby mnie zranić.

      Gdybym była odważna wydaje mi się, że byłabym znacznie bardziej samodzielną osobą niepełnosprawną. A nie jestem, bo mam wiele blokad w głowie, których sama nie umiem pokonać. Jeśli by mi się udało, to sądzę, że moje życie wyglądałoby dzisiaj nieco inaczej. Może nawet mieszkałabym w innym mieście i miała lepsze perspektywy na przyszłość?

      Gdybym była odważna byłabym bardziej otwarta na ludzi. Umiałabym ich bardziej skupić wokół siebie.

      Gdybym była odważna mówiłabym codziennie o swoich uczuciach, o tym co mam w sercu, zwłaszcza tym osobom, na których mi szalenie zależy.

      Gdybym była odważna nie miałabym żadnych (!!!) kompleksów, bo nie obchodziłoby mnie totalnie co o moim wyglądzie sądzą inni.

      Gdybym była odważna byłabym gadułą taką jak wtedy, gdy byłam mała. Wtedy chyba łatwiej nawiązywałabym nowe kontakty.

      Gdybym była odważna nagrywałabym na youtube filmiki o książkach, recenzje, zapowiedzi, itd.

      Gdybym była odważna poleciałabym balonem w przestworza.

      Gdybym była odważna nie wykluczone, że dzisiaj byłabym już czyjąś żoną.

      Gdybym była odważna nie miałabym  oporu żeby powiedzieć niektórym, że nie podoba mi się ich zachowanie.

      Gdybym była odważna dałabym sobie przekłuć uszy u kosmetyczki.

      Gdybym była odważna nie odwracałabym głowy jak pielęgniarka pobiera mi krew. Nie lubię tego widoku. Czuję przed nim lęk.

      Gdybym była odważna wiele lat temu zdecydowałabym się na pewną operację, która mogłaby mi pomóc osiągnąć niezależność. Myślałam za dużo o konsekwencjach i nie poddałam się jej.

      Gdybym była odważna każdego dnia ćwiczyłabym wprawki muzyczne, żeby rozciągnąć skalę głosu. No, ale nie przepadam jak ktoś słyszy gdy trenuję. Zamykam się wtedy w sobie.

      Gdybym była odważna chętniej bym się opalała i wystawiała ciało do słońca.

      A Wy, gdybyście byli odważni to co? Co by było inaczej? Podzielcie się swoimi propozycjami w komentarzach. Serdecznie dziękuję z góry tym, którzy będą mieli odwagę otworzyć się przede mną.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Gdybym była odważna…”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 02 stycznia 2019 18:30
  • poniedziałek, 31 grudnia 2018
    • Podsumowania roku 2018 - prywatnie i książkowo

      Mija nam 2018 rok. Niedługo nadejdzie nowy - 2o19. Jaki był ten mijający rok dla mnie prywatnie, a jaki pod względem czytelniczym? Zapraszam na moje pierwsze roczne podsumowanie na Kuferku Literackim.

      To był rok pełen emocji, wrażeń, wielu wyzwań, zaskoczeń i niespodzianek – tych dobrych ale i takich, które zwaliły mnie z nóg i sprawiły, że ruszyła lawina wniosków, refleksji. Dowiedziałam się na kogo tak naprawdę mogę liczyć oraz że nie zawsze osoby, które uśmiechają się słodko do nas, mówią nam miłe rzeczy i zapewniają nas o swoim wsparciu, rzeczywiście mają czyste intencje. Niestety, prawda czasem okazuje się bolesna. Ale to właśnie dzięki tym osobom już dzisiaj wiem, że idę dobrą drogą, że będę dążyć do tego, aby cele (nie robię postanowień!!), marzenia i wyzwania, które sobie postawiłam przed sobą,  zrealizowały się.. A wiem, że tak się stanie! Prędzej czy później, bo ograniczenia, blokady i bariery są TYLKO i aż w naszych głowach. Jeśli czegoś bardzo pragniemy, mamy wokół siebie pomocnych ludzi o wielkim sercu, jesteśmy zdeterminowani, to jesteśmy w stanie osiągnąć WSZYSTKO.

      Rok 2018 był dla mnie najlepszym, jak do tej pory, pod względem czytelniczym.

      Przeczytałam 28 (dwadzieścia osiem) książek, co stanowi 9237 przeczytanych stron. Dla mnie to naprawdę dużo, biorąc pod uwagę fakt, że czytanie książek to nie jest moja jedyna pasja.

      W nadchodzącym roku chciałabym swój wynik utrzymać lub, jeśli pozwoli mi na to czas i zdrowie, polepszyć go.

      Bezdyskusyjnie najlepszą, najpiękniejszą, najbardziej wzruszającą dla mnie książką, która zmieniła moje spojrzenie na pewne kwestie była powieść autorstwa Nicholasa Sparksa „I wciąż ją kocham”. Tuż za nią na podium stanęła książka „Życie teoretycznie”Magdaleny Zarębskiej, a na końcu umieściłam „Aleję Bzów” Aleksandry Tyl.

      Poniżej zamieszczam listę książek przeczytanych w tym roku. Mam nadzieję, że znajdziecie na niej coś dla siebie:

      1.       Hanna Cygler „Dobre geny” ocena 3/10

      2.      Karolina Wilczyńska „Wędrowne ptaki” ocena 1/10

      3.      Mila Rudnik „Miłość przychodzi z deszczem” ocena 9/10

      4.      Katarzyna T. Nowak „Rok na odwyku” ocena 4/10

      5.      Diane Chamberlain „Prawo matki” ocena 7/10

      6.      Magdalena Zarębska „Życie teoretycznie” ocena 10/10

      7.      Ewa Stec „Romans z trupem w tle” ocena 7/10

      8.      Cathy LaGrow „Czekałam na Ciebie” ocena 7/10

      9.      Deborah Levy „Gorące mleko” ocena 1/10

      10.    Anna Szczęsna „Trzykrotka” ocena 8/10

      11.     Lisa Salnson „Bella”ocena 1/10

      12.     Joanna Szarańska „Kłopoty mnie kochają” ocena 10/10

      13.     Richard Paul Evans „Miejsce dla dwojga” ocena 8/10

      14.     Nicholas Sparks „I wciąż ją kocham” ocena 10/10 (Książka roku 2018 wg. mojego prywatnego rankingu)

      15.     Anna Karpińska „Zostań ze mną” ocena 9/10

      16.     Joanna Szarańska „Kocha, lubi szpieguje”ocena 10/10

      17.     Marika Krajniewska „Och, Elvis” ocena 8/10

      18.     Nicholas Sparks „Od pierwszego wejrzenia” ocena 5/10

      19.     Denise Hunter „Tylko pocałunek” ocena 9/10

      20.    Agnieszka Rusin „Miłość w spadku” ocena 9/10

      21.     Dorota Mili „To jedno lato” ocena 10/10

      22.    Izabela Pietrzyk „Wieczór panieński” ocena 5/10

      23.    Aleksandra Tyl „Aleja bzów” ocena 10/10

      24.    Olga Rudnicka „Fartowny pech” ocena 5/10

      25.    Agata Przybyłek „Bez ciebie” ocena 10/10

      26.    Agata Przybyłek „Jeszcze raz” ocena 7/10

      27.    Nicholas Sparks „Noce w Rodanthe” ocena 8/10

      28.    Aleksandra Tyl „Szczęście pachnie bzem”

      A z okazji nadchodzącego Nowego Roku chciałabym życzyć Wam i sobie też przede wszystkim dużo zdrowia, bo jak jest zdrowie, to pozostałe rzeczy się ułożą-lepiej, gorzej, ale zawsze. I życzę także aby nie zabrakło nam nigdy odwagi i determinacji by spełniać swoje marzenia, realizować cele, które sami sobie wyznaczyliśmy.

      Przeżyjmy te dwanaście miesięcy najpiękniej jak umiemy i tak, jak tego pragniemy. Po swojemu!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 grudnia 2018 13:59
  • wtorek, 25 grudnia 2018
    • #70 Aleksandra Tyl "Szczęście pachnie bzem"

      "Szczęście pachnie bzem" Aleksandry Tyl to poruszająca powieść o zaufaniu, miłości i przyjaźni oraz o tym, ile jesteśmy w stanie zrobić dla naszych przyjaciół.

       

      W życiu dziennikarki Izabeli Wieniawskiej dzieje się dużo. Wyczekiwane mieszkanie jest już gotowe do odbioru. Udało się uzbierać potrzebną kwotę na operację małej Oliwki, która niebawem wylatuje z matką do USA. Ponadto, Iza ma nową pracę, w którą wkłada całe swoje serce i energię. Wolne chwile spędza z ukochanym mężczyzną. W zasadzie dziewczyna nie ma żadnych powodów do niepokoju i zmartwień. Niestety, ta sielanka nie trwa długo i życie naszej bohaterki zmienia się diametralnie. Będzie musiała podjąć kilka ważnych decyzji i zweryfikować swoje plany. Co się wydarzy? Jak sobie poradzi bohaterka? 

      "Szczęście pachnie bzem" to powieść obyczajowa z miłosnym wątkiem w tle. Jednak miłość nie jest jedynym poruszonym tu tematem. Tyl bowiem pisze też o zaufaniu i sile kobiecej przyjaźni. Pokazuje przewrotność ludzkiego losu. 

      Chociaż książka podobała mi się i uważam, że jest utrzymana na bardzo dobrym poziomie, to nie zachwyciła mnie tak, jak część pierwsza, czyli "Aleja Bzów", którą również recenzowałam dla Was.

      Momentami nudziła mnie ta część. Wspominałam Wam, że lubię powieści o dziennikarzach i o kulisach tego zawodu, ale w tej lekturze dla mnie ten wątek był za mocno rozbudowany. Odnosiłam wrażenie, że to on wysuwa się na plan pierwszy. Przyznam się, że niestety nie tego oczekiwałam. Broń Boże nie skreślam tej pozycji, ale mam do niej zastrzeżenia właśnie takie, o jakich napisałam w tym akapicie. 

      Nie byłam zachwycona też zakończeniem. Trochę nawet mnie ono zniesmaczyło i sprawiło, że gdy skończyłam czytać książkę,  na mojej twarzy pojawił się krzywy uśmiech. Zabieg zastosowany przez pisarkę, według mnie, jest czystym chwytem marketingowym i napędzaniem sobie czytelników, a tego nie powinno się robić w literaturze. 

      Kończąc moją ostatnią w tym roku recenzję, powiem Wam w ten sposób - książkę polecam, bo jest niezła, ale radzę czytać tę lekturę z dystansem, bo jeśli potraktujecie ją za poważnie i Wasze oczekiwania wobec niej będą nie wiadomo jak wielkie, to się zawiedziecie. 


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 grudnia 2018 20:10

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

  • Literatura polska

  • Literatura zagraniczna

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa