Z książką przez życie

Wpisy

  • sobota, 19 stycznia 2019
    • #75 Jon Katz „Dobry pies”

      „Jest twoim przyjacielem, partnerem, obrońcą – twoim Psem. Jesteś jego życiem, miłością, przewodnikiem. Będzie twój – wierny i oddany do ostatniego uderzenia serca. Winien mu jesteś zasłużyć na to oddanie.”/ M. Siegal / I właśnie o takim oddaniu jest książka Jona Katz’a „Dobry pies”.

      Devon, pies rasy border collie, był już dorosłym psem, kiedy Jon Katz go przygarnął. Było wiadomo, że uczestniczył w szkoleniach, że miał swoje przejścia i że to istota niezwykle trudna. Lubił dominować, być w centrum uwagi i posiadał wybujały instynkt pasterski. Nie przeszkadzało to jednak by skraść serce swojego nowego właściciela, jego znajomych i przyjaciół.

      Opowieść zaczyna się od opisu, jak to czworonożny przyjaciel Katz’a próbuje zawzięcie zaganiać autobus, budząc tym samym strach w dzieciach i ich rodzicach. Ci ostatni w końcu decydują się wezwać policję. Scena prawie jak z najlepszego filmu akcji, tyle że z dawką humoru, bo dość komicznie wygląda to, jak sam autor recenzowanej przeze mnie książki, trzyma na rękach psa o wadze piętnastu kilogramów i ucieka przed stróżami prawa bocznymi uliczkami. Ktoś powie: „Cóż zdarza się.” Nie wie tylko, że to dopiero początek przygód Devona i jego pana. Mrożacych krew w żyłach przygód.

      Katz razem ze swoim pupilem trafia na szkolenie psów pasterskich do niejakiej Carolyn Wilki, gdzie dość szybko okazuje się, że pies jest oporny na wszelkie pasterskie komendy. Pies rozgania owce, zamiast je zaganiać, podgryza je, a powinien lekko podszczypywać. Po wielu nieudanych próbach trenerka poleca Jonowi by zmienił psu imię, bo ma nadzieję, że ta metoda poskutkuje i Devon poskromi swoje dziwne zapędy i będzie mniej temperamentny. Chce aby nowe imię nie kojarzyło się psu z karami i stresem, a z przyjemnościami takimi jak smaczne przekąski, nagrody i pochwały, na które border collie jest łasy, jak nikt. I tak oto Devon staje się Orsonem.

      Początkowo zmiana przynosi efekty. Orson rozumie o wiele więcej, a szkolenie przestaje traktować jako karę za grzeczy czy traumę. Pod koniec szkolenia udaje mu się zdobyć dyplom początkującego psa pasterskiego. Ale Katz podejmuje decyzję, że nie chce aby jego pies brał udział w zawodach, bo i tak nie ma szans by wygrał. W zamian za to kupuje farmę na wsi, by tam rozpocząć z psiakiem nowe życie.

      Dopiero tam poznaje, jaki naprawdę jest Orson. Dowiaduje się, że pies przejawia agresję, i to nie tylko wobec psów, ale co najgorsze – nawet wobec ludzi, których znał i lubił. Nie cierpiał towarzystkich psów, takich jak na przykład golden retrivery czy labradory. Psów przewodnikow też nie znosił. Szczenięta również należały do tego grona. Ponadto, nienawidził mężczyzn, szczególnie noszących ciemne ubrania, a tych, którzy trzymają jakieś narzędzia w rękach, szczególnie, oraz nastolatków śmigających na deskorolkach. W ogóle miał awersję do wszystkiego, co szybko i gwałtownie się porusza. Ubóstwiał za to kobiety, niemowlęta, niepełnosprawnych na wózkach inwalidzkich i staruszków.

      Katz zrobił dla Orsona wszystko co było można zrobić. Począwszy od ciężkiej pracy, jaką wykonał, żeby go wychować, po szkolenia. Chodził także na wizyty do szamanek, psich behawiorystów. Ze wszystkich sił pragnął, żeby pies spokorniał. Czy te zabiegi jakieś przyniosły pozytywne rezultaty? Co zrobił Jon Katz?

      Nie przypuszczałam, że ta powieść zrobi na mnie tak ogromne wrażenie i że zdoła poruszyć wszystkie struny mojej duszy. Na początku nic na to nie wskazywało. Siedząc w pokoju śledziłam  losy Orsona i po jakimś czasie stwierdziłam, że ta książka jest fajna, później awansowała na ładną, a w finalnych scenach z przekonaniem stwierdziłam, że to piękna i bardzo poruszająca opowieść, którą bez dwóch zdań powinni przeczytać ci, którzy kochają zwierzęta, zwłaszcza te czworonożne. To historia dla miłośników przyrody.

      „Dobry pies” Jona Katza to, jak już wspomniałam, niezwykła historia o nieprawdopodobnie silnej więzi między psem a człowiekiem. O cierpliwym budowaniu relacji, nie takiej powierzchownej, ale tej trwającej latami, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, która jest w stanie przetrwać wszystko, i której nie jest w stanie zmienić ani czas ani nawet śmierć. To mądra opowieść o przyjaźni nie znającej żadnych granic.

      Ta książka jest mi wyjątkowo bliska, bo sama dwa lata temu, podobnie jak autor, musiałam stanąć przed diabelnie trudnym wyborem. Choć serce bolało i rozdzierało się na pół, a dusza płakała, musiałam podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. I do dziś, choć doskonale znam odpowiedź, zastanawiam się czy aby na pewno dobrze zrobiłam? Czy nie było innego wyjścia? Na te same pytania po cichu próbuje sobie odpowiedzieć Katz. Być może nie jestem obiektywna w ocenie tej książki. Trudno. Przy jej lekturze przypomniało mi się wszystko to, co przeżywałam w czerwcu 2015 roku.

      Dziękuję  mojej znajomej – Dagmarze-  za możliwość przeczytania tej historii i za to, że przysłała mi ją w momencie, gdy poczułam, że cały mój świat legł w gruzach i że cząstka mnie uciekła gdzieś bezpowrotnie. I choć przeczytałam ją dopiero teraz, kiedy ból minął a została jedynie tęsknota, nie żałuję poświęconych dni i godzin na tę książkę. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że niemalże jesteśmy skazani na to uczucie, że nasz świat runął z hukiem i że nikt i nic nie jest w stanie go odbudować,  bo niejednokrotnie da nam przecież o sobie jeszcze znać. W moim przypadku tak było i zapewne będzie, oby nie za prędko.

      Jeżeli więc macie ochotę na lekturę pełną emocji, wzruszeń, dostarczającą refleksji nad tym co nieuniknione, jesteście w stanie przeżywać trudne chwile z bohaterami, serdecznie polecam Wam książkę Jona Katz’a „Dobry pies”. Gwarantuję, że spędzicie czas pożytecznie i do tego dowiecie się wielu ciekawych rzeczy.

      Powieść napisana jest prostym językiem. Czyta się ją lekko, choć wydarzenia w niej opisywane sprawiają, że czytelnik czuje, że na jakiś czas musi się zatrzymać, chociażby po to, by przemyśleć pewne fakty, wybory, jakich dokonują główne postaci. Tej książki nie pochłoniecie, moim drodzy, w jeden wieczór, choć biorąc pod uwagę ilość stron, nic nie stałoby na przeszkodzie. Niesie ona bowiem za sobą zbyt duży ładunek emocjonalny. Jesteście w stanie go udźwignąć? Sięgnijcie po tę opowieść. Warto!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 19 stycznia 2019 11:48
  • czwartek, 17 stycznia 2019
    • #74 Stephen King „Colorado Kid”

      Wiele słyszałam o Stephenie Kingu. Blogerzy książkowi zachwycają się jego twórczością. Postanowiłam więc wypożyczyć z biblioteki książkę „Colorado Kid”i sprawdzić, czy powieść tego pisarza wpasuje się w mój gust czytelniczy.

      Powieść „Colorado Kid” wypożyczyłam z biblioteki. Stała sobie na regale opatrzonym napisem kryminał. A ponieważ ostatnio chciałam przeczytać coś z tego gatunku, poprosiłam panią bibliotekarkę, by wpisała w komputer, że biorę tę konkretną książkę. Gdy jeszcze dodatkowo przeczytałam notkę wydawniczą, która mówiła o tym, że bohaterami powieści są dziennikarze, serce zaczęło mi bić mocniej, nabrałam przekonania, że to świetny wybór i z pewnością nie będę żałowała swojej decyzji.

      Miał być kryminał, a wyszła opowieść obyczajowa. Są w niej dziennikarze, a jakże. Znalazłam na kartach tej książki opisy takie, jakich się spodziewałam, czyli o tajnikach dziennikarstwa. Świetnie. Tylko, że to nie wystarczyło, żeby wbić mnie w fotel, a ściślej mówiąc w siedzenie mojego wózka inwalidzkiego. Byłam przyzwyczajona, że powieść kryminalna musi mieć w sobie jakąś intrygującą historię, tajemniczą zbrodnię, zagadkę, którą ktoś próbuje krok po kroku rozwiązać, oczywiście śledztwo, aż wreszcie finał z wielką pompą. Oczekiwałam nagłych zwrotów akcji, plątaniny wydarzeń. Niestety, niczego takiego nie dostałam. Pogubiłam się, czy oddałam się lekturze kryminału czy obyczajówki. Bo jeśli książkę „Colorado Kid” miałabym zakwalifikować do powieści obyczajowych, to mogę powiedzieć, że  raczej spełniła moje oczekiwania. Historia kryminalna pozostawia niestety mnóstwo do życzenia i nie wystawiłam jej wysokiej oceny.

      Dwóch doświadczonych dziennikarzy, Vince Teaugue i Dave Bowie, zostaje poproszonych przez praktykantkę Stephanie McCann o opowiedzenie niewyjaśnionej tajemnicy, z którą mogli się zmierzyć pracując w swoim zawodzie. Mężczyźni przystają na propozycję Stephanie i przytaczają historię Colorado Kida, martwego mężczyzny, który został znaleziony na jednej z wysp Moose Lookit. Policja nie miała wątpliwości, co do śmierci tego człowieka, dziennikarze jednak rozpoczynają prywatne śledztwo, aby dowiedzieć się, jak było naprawdę. Próbują odtworzyć godzina po godzinie ostatni dzień życia zmarłego.

      Odniosłam wrażenie, że Stephen King bardzo chciał napisać coś, co porwie czytelników, ale na dobrych chęciach się skończyło. Akcja wlecze się do granic możliwości, główne postaci rozwlekają swoją opowieść, okraszając ją zbędnymi komentarzami, które tylko pełnią funkcję zapychacza fabuły. Poza tym, panowie dziennikarze mają taki irytujący ton podczas szkolenia dziewczyny. Zachowują się jak nauczyciele, którzy chcą wyciągnąć uczennicę na dwójkę, bo wstyd im postawić jedynkę w dzienniku. A głupiutka praktykantka jak w zegarku odpowiada im na każde pytanie. Bardzo nie podobało mi się to, jak King wykreował swoich bohaterów.  Tacy mało wyraziści, z nieskomplikowaną osobowością, rodem z brazylijskich tasiemców, a przecież tak poczytny pisarz powinien wiedzieć, jak skonstruować postać, by była ona interesująca dla czytelnika.

      Książkę, a właściwie książeczkę czyta się dość szybko, bo ma zaledwie sto dwadzieścia stron. I całe szczęście, bo gdyby miała więcej, to nie wiem, czy przeczytałabym ją do końca. Opowieść, którą snuli starsi panowie (jeden w wieku sześćdziesięciu pięciu lat, drugi dziewięćdziesiąt lat) pędziła niczym pendolino, a jej koniec był znany chyba tylko samemu autorowi, bo ja go nie poznałam, nie dlatego, że nie doczytałam książki – po prostu tak została wysnuta ta opowieść. Jakie było rozwiązanie kryminalnej zagadki – nie mam pojęcia. Być może ktoś z Was je dostrzeże albo zrobił to wcześniej. Gdyby Wam się to udało, proszę o kontakt.

      Winna jestem jeszcze informację, jaką ocenę wystawiłam książce „Colorado Kid” Stephena Kinga. Uznałam, że najuczciwiej będzie jak dam jej notę 4 na 10 możliwych punktów. Trzy to byłoby troszeńkę za mało, a z kolei na piątkę zdecydowanie nie zasłużyła ta lektura.

      Stephen Edwin King (ur. 21 września 1947 w Portland) – amerykański pisarz, autor głównie literatury grozy. W przeszłości wydawał książki pod pseudonimem Richard Bachman, raz jako John Swithen. Jego książki rozeszły się w nakładzie przekraczającym 350 milionów egzemplarzy, co czyni go jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie.

      Jest autorem horrorów, które przeszły do klasyki gatunku, jak np. „Lśnienie”, „Smętarz dla zwierzaków” (w nowym wydaniu jako „Cmętarz zwieżąt”),”Miasteczko Salem”, „Podpalaczka”. Nie ogranicza się jednak do jednego gatunku, czego przykładem są: „Cztery pory roku”, „Zielona mila”, „Oczy smoka”,” Bastion” oraz 8-tomowy cykl powieści fantastycznych „Mroczna Wieża.”

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 stycznia 2019 13:47
  • poniedziałek, 14 stycznia 2019
    • #73 Angela Becerra „Przeminęło z czasem”

      Lubię Paryż, choć nigdy jeszcze nie byłam w tym mieście. Dlatego tym chętniej sięgnęłam po powieść Angeli Becerry „Przeminęło z czasem”

      „Przeminęło z czasem” to niezwykła opowieść o sztuce, miłości, o skrywanych sekretach z przeszłości. Jej akcja dzieje się w Paryżu, ale autorka pozwala czytelnikowi poznać także inne zakątki świata takie jak: Katalonię, marokańską pustynię, Nowy York czy Wenecję.

      Główną bohaterką powieści jest Mazarine, młoda dziewczyna, studentka malarstwa, zafascynowana twórczością sławnego paryskiego malarza znanego jako Cadiz. Któregoś dnia ów artysta zgadza się udzielać studentce lekcji w swoim atelier.

      Mazarine jest sierotą, skrytą samotną kobietą o ogromnej wrażliwości, wyjątkowej urodzie. Z jednej strony wyalienowana, niezrozumiana, z drugiej strony spragniona bliskości, uczucia, które ją porwie, szukająca szczęścia, a z drugiej niczym dzika kotka uciekająca od swoich pragnień, skrytych głęboko fantazji.

      Pewnego zimowego dnia na jej drodze pojawia się chłopak, który za wszelką cenę chce ofiarować Mazarine swoją miłość, najczystsze uczucia, opiekę i czułość, ona nie chce się z nim spotykać, toczy wewnętrzną walkę z samą sobą, bo gdzieś w środku czuje, że kocha swojego Mistrza – Cadiza, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że to tylko takie platoniczne uczucie, będące jednocześnie jej inspiracją do tworzenia.

      Cadiz natomiast to twórca tzw. dualizmu wyuzdanego, sześćdziesięcioletni mężczyzna, pochodzący z Hiszpanii, urodzony w Kadyksie, a jego prawdziwe nazwisko brzmi Antequera. Malarz od wielu lat jest żonaty ze sławną panią fotograf – Sarą Miller. Z nią ma syna Pascala.

      Życie Cadiza ulega zmianie po spotkaniu z Mazarine. Już nic nie jest takie jak było wcześniej. Mazarine jest jego marzeniem, natchnieniem, lekiem na niemoc twórczą, odpowiedzią na wszystkie targające nim wątpliwości, balsamem na zbolałą duszę.

      Kim jest chłopak adorujący Mazarine i co go łączy z Cadizem? Jak kobieta poradzi z zazdrością targającą Cadizem?

      Mazarine nosi ze sobą pewien medalion pochodzący ze średniowiecza. Ten z pozoru zwykły medalion z dziwnymi znakami jest dla niej amuletem, dzięki któremu pasja tworzenia nie gaśnie w przyszłej malarce.

      Jeśli chcecie poznać historię Mazarine, koniecznie przeczytajcie książkę „Przeminęło z czasem” autorstwa Angeli Becerry. Jest to opowieść nietypowa, inna niż te, które czytałam do tej pory. Kryje w sobie wiele zagadek, niejasności, a zarazem jest w niej coś magicznego, niemalże baśniowego. Gdy czytałam tę powieść przyszło mi na myśl określenie, że jest to taka proza z pogranicza jawy i snu.

      Nie za bardzo lubię książki z elementami historii, ale akcja tej naprawdę mnie wciągnęła. Przeniosła w czasie.

      Polecam książkę osobom interesującym się historią, a zwłaszcza średniowieczem, wszystkim, którzy lubią  w literaturze tajemnice, niedopowiedzenia swego rodzaju mroczne klimaty. Jestem w stu procentach pewna, że opiniowana przeze mnie powieść spełni Wasze oczekiwania. Udanej lektury!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 stycznia 2019 12:05
  • piątek, 11 stycznia 2019
    • #72 Recenzja książki „Seniorzy w natarciu”

      Dzisiaj chciałabym spróbować zrecenzować, a właściwie napisać opinię o książce autorstwa Cathariny Ingelman-Sundberg. Zapraszam serdecznie do lektury.

      Powieść „Seniorzy w natarciu” rozpoczyna się niebanalnie. Jedna z bohaterek, Martha, ma sen. A że sny wyśnione przez seniorkę zazwyczaj się sprawdzają, ta traktuje sprawę całkiem serio. Śni jej się napad, ale najciekawsze jest to, że Martha także bierze w nim udział. Nie myśląc za dużo, kobieta namawia czwórkę swoich przyjaciół, mieszkających podobnie jak ona, w domu opieki, by senne marzenie wcielić w życie. Rozpoczyna się organizowanie napaści, która ma wstrząsnąć całą społecznością. Emeryci są szalenie podekscytowani. I jeśli ktoś z Was myśli, że zwariowani seniorzy nie wiedzą, jaki będzie finał tej ryzykownej zabawy, to grubo się myli. Bowiem cała piątka doskonale wie, że za tego typu akcje grozi więzienie. Oni jednak niewiele się tym przejmują. Twierdzą naiwnie, że w więzieniu będzie im znacznie lepiej niż w domu spokojnej starości. Czy rzeczywistość będzie zgodna z wyobrażeniami? Czy zaznają luksusu?

      Autorka dość mocno skupiła się na kreacji bohaterów. Są spragnieni przygód, aktywni życiowo i absolutnie nie myślą o starości. Nie siedzą w fotelach z robótką w ręku lub pilotem. Oni plan szybko zmieniają w czyn. Ich przebiegłość, werwa i determinacja zadziwić może niejednego trzydziestolatka. Uważają, że życie jest jedno, a oni są pełnoprawnymi obywatelami i należy im się wszystko to, co dobre, a na spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno. Jedni o lasce, inni o chodziku wyruszają na podbój świata.

      Akcja powieści nie należy do skomplikowanych. Próżno szukać tu nagłych zwrotów akcji, trudnych problemów do rozwiązania. Na samym początku książki mamy jednak coś, co pozwala nam wgryżć się w fabułę. Opisane są refleksje i odczucia bohaterów związane z pobytem w rzeczonym już wcześniej przeze mnie domu opieki. Uważny czytelnik dowie się, jakie, nie boję się tego napisać – kontrowersyjne – zabiegi są stosowane przez tych, którzy opiekują się starszymi ludźmi. Mnie ta kwestia mocno zainteresowała i, mówiąc szczerze, dowiedziałabym się czegoś więcej na ten temat. Niestety, w pewnym momencie te rozważania zostają przerwane na rzecz rozrywkowego wątku. Ogromna szkoda.

      Wszystkie sytuacje, które powieściopisarka opisuje na kartach swojej powieści są nieprawdopodobne. Nawet postaci są przerysowane. Nie raz mam okazję przysłuchiwać się dyskusjom osób w wieku sześćdziesiat pięć plus i wiem, że położenie, w którym się znajdują wcale nie przedstawia się tak różowo, jak to nam przedstawiła Ingelman-Sundberg.  Te osoby są przecież przeważnie schorowane, zmęczone, przynajmniej większość. Nie wiem, dlaczego autorka zdecydowała się na tak rzucające się w oczy podkoloryzowanie całości, która z realizmem ma naprawdę nie za wiele wspólnego. Warto zaznaczyć, że nasi staruszkowie mają od 75 lat wzwyż. Jesteście w stanie wyobrazić sobie z realnego świata, starszą panią napadającą na bank z uśmiechem na ustach? Chyba znam odpowiedź. Udzieliłabym takiej samej.

      Kolejna rzecz, która przeszkadzała mi, to ciągnące się opisy, przez co strasznie nużąca była dla mnie ta powieść.Takie dłużyzny nie wróżą nic pozytywnego dla literatury, zwłaszcza takiej, która miałaby być określana mianem dobrej. Momentami zastanawiałam się, o czym teraz czytam, bo gdzieś po drodze zdążyłam się już zagubić. Nie lubię takiego odczucia przy lekturze, bo od razu mnie od niej odrzuca. I tak na przykład, wiem od koleżanki, a potem przeczytałam na okładce, że są kolejne części „Seniorów w natarciu”. Ale nie jestem przekonana, czy po nie sięgnę. Nie chcę po raz kolejny przedzierać się przez labirynt zbędnych informacji zaserwowanych przez pisarkę tylko po to, by przekonać się, co tym razem wymyśliły poszczególne postaci. Chyba zamiast tego wolałabym wypożyczyć i przeczytać coś, co rzeczywiście mnie zajmie i sprawi, że zatracę się w lekturze. W tym przypadku tego powiedzieć nie mogę, bo musiałabym Was okłamać. A tego nie chcę. Jestem zawiedziona tą książką. Zdecydowanie spodziewałam się innej historii.

      Żeby nie przedłużać tego tekstu…Nie polecam Wam tej powieści, ale odradzać jakoś za specjalnie też nie zamierzam. Jest w niej kilka fragmentów, gdzie można się uśmiechnąć. Nie będą to jednak salwy śmiechu. No, chyba że ja nie mam poczucia humoru, nie wiem…

      Jeżeli ktoś z Was czytał już tę książkę, to koniecznie dajcie znać, jakie macie o niej zdanie, czy spełniła Wasze czytelnicze oczekiwania? Napiszcie również co aktualnie czytacie, co polecacie?

      Dodam, że książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Sonia Draga.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 11 stycznia 2019 19:20
  • niedziela, 06 stycznia 2019
    • #71 O książce Ireny Matuszkiewicz

      Długo zbierałam się do tego, by przeczytać jakąkolwiek  książkę autorstwa naszej włocławskiej pisarki Ireny Matuszkiewicz. Pamiętam jak kiedyś moja mama kupiła jedną z jej książek. Zachwycała się stylem, jakim posługuje się autorka, śmiała do rozpuku z treści. Postanowiłam, że i ja sięgnę po książkę. Jeśli mojej rodzicielce się spodobało, to mnie też powinno. Pomyliłam się bardzo. Zaczęłam czytać tę powieść, po czym stwierdziłam, że to tylko strata mojego cennego czasu. Przeczytałam trzydzieści stron i nie wiedziałam o czym jest historia opowiadana przez panią Matuszkiewicz. Wszystko było jakieś rozmyte, wręcz rozmydlone. Dialogi, owszem – błyskotliwe, humorystyczne. To plus. Ale na tym zalety tego czytadła się kończyły. Odłożyłam książkę na półkę i przyrzeklam sobie, że nigdy nie sięgnę po lektury tej pisarki.

      Ale ostatnio gdy byłam w bibliotece coś mnie tknęło, żeby dać tej twórczości jeszcze jedną szansę. Wypożyczyłam ” Gry nie tylko miłosne” oczywiście nie kogo innego jak Pani Ireny Matuszkiewicz. Po raz drugi zawiodłam się boleśnie i tym razem z ręką na sercu powiedziałam, że NIGDY WIĘCEJ takich książek.  Do tej pory nie wiem o czym tak naprawdę traktowała opowieść. Zdążyłam „ustalić”, że bohaterką jest Julia Blenda – inżynier informatyki, która po studiach w stolicy wraca do rodzinnego Włocławka. Julia to zwykła gęś mowiąc kolokwialnie. Ubiera się strasznie staroświeckie, nosi zbyt workowate ubrania, ma dlugie, naturalne włosy i ani myśli ich ściąć. Dopiero za namową przyjaciółki dokonuje tego czynu. Kobieta naiwnie marzy o księciu z bajki. Wierzy, że znajdzie ukojenie w silnych, męskich ramionach (tere fere kuku). Julia nieustannie żałuje, że uległa presji rodziny i zamieszkała razem z matką i ojcem we Włocławku, gdzie dostała pracę za zaledwie 800 złotych miesięcznie, z czego i tak powinna być szczęśliwa, bowiem co czwarty mieszkaniec jej miasta może nazwać się bezrobotnym. Magister inżynier brakuje wielkomiejskiego życia, natomiast jej szef jest antyfeministą, co nieraz odczuwalnie zauważyła. Dodatkowo w jej firmie zaczynają dziać się niepokojące rzeczy – jeden z pracowników znika i zaczynają pojawiać się anonimowe przesyłki, mające na celu wyłudzenie pieniędzy.

      Tyle wyłuskałam z tych całych wynurzeń naszej pisarki. Niewątpliwą zaletą jej twórczości są dowcipne i blyskotliwie dialogi. Autorka używa ciekawych porównań, nie rzadko komentuje kąśliwie rzeczywistość. I to wszystko.  Bez wątpienia książkę można zakwalifikować do kiepskiego czytadła. Trzeba mieć mnóstwo cierpliwości i determinacji, aby przebrnąć dobrnąć do ostatniej strony. Kiedy już to wytrwały czytelnik zdoła uczynić zapewne wydobędzie z siebie wielkie „uff, wreszcie koniec”. Tak też uczyniłam ja. I obiecałam sobie, że następnym razem gdy będę wybierala się do biblioteki, zabiorę ze sobą swój sekretny notesik, w którym mam spisane wszystkie ciekawe tytuły powieści. W ten sposób nie popełnię po raz kolejny tego samego błędu. Bo przecież nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 stycznia 2019 20:07
  • środa, 02 stycznia 2019
    • Gdybym była odważna…

      Według Wikipedii odwaga to postawa wobec niebezpieczeństwa charakteryzująca się dużą umiejętnością przezwyciężania strachu z nim związanego; śmiałość, męstwo.

      Do napisania dzisiejszego postu zainspirował mnie filmik wstawiony przez Jolę Szymańską z kanału hipster katoliczka.

      Gdybym była odważna najprawdopodobniej pisałabym tutaj felietony na przeróżne tematy. Zapewne często też te, uważane za kontrowersyjne lub wręcz tabu. Mam takich zagadnień w głowie mnóstwo i właściwie mogłabym każdego dnia opublikować tekst, pod którym być może byłoby mnóstwo komentarzy, a więc na moim blogu byłby stale ruch. Niestety, jestem osobą nieśmiałą i nie robię tego. A szkoda.

      Gdybym była odważna powiedziałabym mężczyźnie, o którym ostatnio ciągle myślę, że potrzebuję go, pogadałabym z nim od serca, poszlibyśmy na kawę, czy umówili się w domu. Wiedziałby wtedy również, że jestem nim zainteresowana. A tak, jest całkiem tego nieświadomy.

      Gdybym była odważna nie przerwałabym po ponad czterech latach gry na syntezatorze, czyli mówiąc potocznie na organach. Zawsze jak miałam coś zagrać chociażby dla rodziny, paraliżował mnie ogromny strach. Nie potrafiłabym występować publicznie, tak jak to robię śpiewając.

      Gdybym była odważna umiałabym częściej stawiać granice i nikt nie mógłby mnie zranić.

      Gdybym była odważna wydaje mi się, że byłabym znacznie bardziej samodzielną osobą niepełnosprawną. A nie jestem, bo mam wiele blokad w głowie, których sama nie umiem pokonać. Jeśli by mi się udało, to sądzę, że moje życie wyglądałoby dzisiaj nieco inaczej. Może nawet mieszkałabym w innym mieście i miała lepsze perspektywy na przyszłość?

      Gdybym była odważna byłabym bardziej otwarta na ludzi. Umiałabym ich bardziej skupić wokół siebie.

      Gdybym była odważna mówiłabym codziennie o swoich uczuciach, o tym co mam w sercu, zwłaszcza tym osobom, na których mi szalenie zależy.

      Gdybym była odważna nie miałabym żadnych (!!!) kompleksów, bo nie obchodziłoby mnie totalnie co o moim wyglądzie sądzą inni.

      Gdybym była odważna byłabym gadułą taką jak wtedy, gdy byłam mała. Wtedy chyba łatwiej nawiązywałabym nowe kontakty.

      Gdybym była odważna nagrywałabym na youtube filmiki o książkach, recenzje, zapowiedzi, itd.

      Gdybym była odważna poleciałabym balonem w przestworza.

      Gdybym była odważna nie wykluczone, że dzisiaj byłabym już czyjąś żoną.

      Gdybym była odważna nie miałabym  oporu żeby powiedzieć niektórym, że nie podoba mi się ich zachowanie.

      Gdybym była odważna dałabym sobie przekłuć uszy u kosmetyczki.

      Gdybym była odważna nie odwracałabym głowy jak pielęgniarka pobiera mi krew. Nie lubię tego widoku. Czuję przed nim lęk.

      Gdybym była odważna wiele lat temu zdecydowałabym się na pewną operację, która mogłaby mi pomóc osiągnąć niezależność. Myślałam za dużo o konsekwencjach i nie poddałam się jej.

      Gdybym była odważna każdego dnia ćwiczyłabym wprawki muzyczne, żeby rozciągnąć skalę głosu. No, ale nie przepadam jak ktoś słyszy gdy trenuję. Zamykam się wtedy w sobie.

      Gdybym była odważna chętniej bym się opalała i wystawiała ciało do słońca.

      A Wy, gdybyście byli odważni to co? Co by było inaczej? Podzielcie się swoimi propozycjami w komentarzach. Serdecznie dziękuję z góry tym, którzy będą mieli odwagę otworzyć się przede mną.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Gdybym była odważna…”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 02 stycznia 2019 18:30
  • poniedziałek, 31 grudnia 2018
    • Podsumowania roku 2018 - prywatnie i książkowo

      Mija nam 2018 rok. Niedługo nadejdzie nowy - 2o19. Jaki był ten mijający rok dla mnie prywatnie, a jaki pod względem czytelniczym? Zapraszam na moje pierwsze roczne podsumowanie na Kuferku Literackim.

      To był rok pełen emocji, wrażeń, wielu wyzwań, zaskoczeń i niespodzianek – tych dobrych ale i takich, które zwaliły mnie z nóg i sprawiły, że ruszyła lawina wniosków, refleksji. Dowiedziałam się na kogo tak naprawdę mogę liczyć oraz że nie zawsze osoby, które uśmiechają się słodko do nas, mówią nam miłe rzeczy i zapewniają nas o swoim wsparciu, rzeczywiście mają czyste intencje. Niestety, prawda czasem okazuje się bolesna. Ale to właśnie dzięki tym osobom już dzisiaj wiem, że idę dobrą drogą, że będę dążyć do tego, aby cele (nie robię postanowień!!), marzenia i wyzwania, które sobie postawiłam przed sobą,  zrealizowały się.. A wiem, że tak się stanie! Prędzej czy później, bo ograniczenia, blokady i bariery są TYLKO i aż w naszych głowach. Jeśli czegoś bardzo pragniemy, mamy wokół siebie pomocnych ludzi o wielkim sercu, jesteśmy zdeterminowani, to jesteśmy w stanie osiągnąć WSZYSTKO.

      Rok 2018 był dla mnie najlepszym, jak do tej pory, pod względem czytelniczym.

      Przeczytałam 28 (dwadzieścia osiem) książek, co stanowi 9237 przeczytanych stron. Dla mnie to naprawdę dużo, biorąc pod uwagę fakt, że czytanie książek to nie jest moja jedyna pasja.

      W nadchodzącym roku chciałabym swój wynik utrzymać lub, jeśli pozwoli mi na to czas i zdrowie, polepszyć go.

      Bezdyskusyjnie najlepszą, najpiękniejszą, najbardziej wzruszającą dla mnie książką, która zmieniła moje spojrzenie na pewne kwestie była powieść autorstwa Nicholasa Sparksa „I wciąż ją kocham”. Tuż za nią na podium stanęła książka „Życie teoretycznie”Magdaleny Zarębskiej, a na końcu umieściłam „Aleję Bzów” Aleksandry Tyl.

      Poniżej zamieszczam listę książek przeczytanych w tym roku. Mam nadzieję, że znajdziecie na niej coś dla siebie:

      1.       Hanna Cygler „Dobre geny” ocena 3/10

      2.      Karolina Wilczyńska „Wędrowne ptaki” ocena 1/10

      3.      Mila Rudnik „Miłość przychodzi z deszczem” ocena 9/10

      4.      Katarzyna T. Nowak „Rok na odwyku” ocena 4/10

      5.      Diane Chamberlain „Prawo matki” ocena 7/10

      6.      Magdalena Zarębska „Życie teoretycznie” ocena 10/10

      7.      Ewa Stec „Romans z trupem w tle” ocena 7/10

      8.      Cathy LaGrow „Czekałam na Ciebie” ocena 7/10

      9.      Deborah Levy „Gorące mleko” ocena 1/10

      10.    Anna Szczęsna „Trzykrotka” ocena 8/10

      11.     Lisa Salnson „Bella”ocena 1/10

      12.     Joanna Szarańska „Kłopoty mnie kochają” ocena 10/10

      13.     Richard Paul Evans „Miejsce dla dwojga” ocena 8/10

      14.     Nicholas Sparks „I wciąż ją kocham” ocena 10/10 (Książka roku 2018 wg. mojego prywatnego rankingu)

      15.     Anna Karpińska „Zostań ze mną” ocena 9/10

      16.     Joanna Szarańska „Kocha, lubi szpieguje”ocena 10/10

      17.     Marika Krajniewska „Och, Elvis” ocena 8/10

      18.     Nicholas Sparks „Od pierwszego wejrzenia” ocena 5/10

      19.     Denise Hunter „Tylko pocałunek” ocena 9/10

      20.    Agnieszka Rusin „Miłość w spadku” ocena 9/10

      21.     Dorota Mili „To jedno lato” ocena 10/10

      22.    Izabela Pietrzyk „Wieczór panieński” ocena 5/10

      23.    Aleksandra Tyl „Aleja bzów” ocena 10/10

      24.    Olga Rudnicka „Fartowny pech” ocena 5/10

      25.    Agata Przybyłek „Bez ciebie” ocena 10/10

      26.    Agata Przybyłek „Jeszcze raz” ocena 7/10

      27.    Nicholas Sparks „Noce w Rodanthe” ocena 8/10

      28.    Aleksandra Tyl „Szczęście pachnie bzem”

      A z okazji nadchodzącego Nowego Roku chciałabym życzyć Wam i sobie też przede wszystkim dużo zdrowia, bo jak jest zdrowie, to pozostałe rzeczy się ułożą-lepiej, gorzej, ale zawsze. I życzę także aby nie zabrakło nam nigdy odwagi i determinacji by spełniać swoje marzenia, realizować cele, które sami sobie wyznaczyliśmy.

      Przeżyjmy te dwanaście miesięcy najpiękniej jak umiemy i tak, jak tego pragniemy. Po swojemu!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 grudnia 2018 13:59
  • wtorek, 25 grudnia 2018
    • #70 Aleksandra Tyl "Szczęście pachnie bzem"

      "Szczęście pachnie bzem" Aleksandry Tyl to poruszająca powieść o zaufaniu, miłości i przyjaźni oraz o tym, ile jesteśmy w stanie zrobić dla naszych przyjaciół.

       

      W życiu dziennikarki Izabeli Wieniawskiej dzieje się dużo. Wyczekiwane mieszkanie jest już gotowe do odbioru. Udało się uzbierać potrzebną kwotę na operację małej Oliwki, która niebawem wylatuje z matką do USA. Ponadto, Iza ma nową pracę, w którą wkłada całe swoje serce i energię. Wolne chwile spędza z ukochanym mężczyzną. W zasadzie dziewczyna nie ma żadnych powodów do niepokoju i zmartwień. Niestety, ta sielanka nie trwa długo i życie naszej bohaterki zmienia się diametralnie. Będzie musiała podjąć kilka ważnych decyzji i zweryfikować swoje plany. Co się wydarzy? Jak sobie poradzi bohaterka? 

      "Szczęście pachnie bzem" to powieść obyczajowa z miłosnym wątkiem w tle. Jednak miłość nie jest jedynym poruszonym tu tematem. Tyl bowiem pisze też o zaufaniu i sile kobiecej przyjaźni. Pokazuje przewrotność ludzkiego losu. 

      Chociaż książka podobała mi się i uważam, że jest utrzymana na bardzo dobrym poziomie, to nie zachwyciła mnie tak, jak część pierwsza, czyli "Aleja Bzów", którą również recenzowałam dla Was.

      Momentami nudziła mnie ta część. Wspominałam Wam, że lubię powieści o dziennikarzach i o kulisach tego zawodu, ale w tej lekturze dla mnie ten wątek był za mocno rozbudowany. Odnosiłam wrażenie, że to on wysuwa się na plan pierwszy. Przyznam się, że niestety nie tego oczekiwałam. Broń Boże nie skreślam tej pozycji, ale mam do niej zastrzeżenia właśnie takie, o jakich napisałam w tym akapicie. 

      Nie byłam zachwycona też zakończeniem. Trochę nawet mnie ono zniesmaczyło i sprawiło, że gdy skończyłam czytać książkę,  na mojej twarzy pojawił się krzywy uśmiech. Zabieg zastosowany przez pisarkę, według mnie, jest czystym chwytem marketingowym i napędzaniem sobie czytelników, a tego nie powinno się robić w literaturze. 

      Kończąc moją ostatnią w tym roku recenzję, powiem Wam w ten sposób - książkę polecam, bo jest niezła, ale radzę czytać tę lekturę z dystansem, bo jeśli potraktujecie ją za poważnie i Wasze oczekiwania wobec niej będą nie wiadomo jak wielkie, to się zawiedziecie. 


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 grudnia 2018 20:10
  • środa, 19 grudnia 2018
    • #69 Kulisy zawodu dziennikarza

      O książce „Biblia dziennikarstwa” po raz pierwszy dowiedziałam się będąc na studiach. Wykładowczyni bardzo dużo opowiadała o tej pozycji i zachęcała nas, studentów filologii polskiej o specjalizacji dziennikarskiej, do przeczytania tej książki. Mnie długo zachęcać nie musiała. Ostatnio stwierdziłam, ze mam fioła na punkcie wszystkich publikacji opowiadającej o dziennikarstwie, kulisach tego zawodu. Uwielbiam, e tam uwielbiam, kocham czytać książki, ktorych bohater/bohaterka jest dziennikarzem/dziennikarką. (Tak na marginesie, znacie może takie pozycje? Jeśli tak, to bardzo proszę o napisanie tytułów w komentarzach. Z góry pięknie dziękuję. 

      Długo zbierałam się by zakupić sobie „Biblię dziennikarstwa”, a wszystko przez…cenę. Bardzo wysoka. Lepiej nie mowić. Ale uznałam, ze takie cudo warto mieć, bez względu na jego cenę. I ktoregoś pięknego dnia dostałam tę książkę od mojej mamy. Radość moja była ogromna. Możecie sobie wyobrazić. Zabrałam się za czytanie.

      „Biblia dziennikarstwa” pod redakcją Adama Skworza i Andrzeja Niziołka jest podzielona na trzy rozdziały a te na podrozdziały, w których omawiane są rózne gatunki dziennikarskie. Dla każdego znajdzie się coś, co może go zainteresować. Poza omówieniem głównych form dziennikarskich, takich jak: news, relacja, reportaż,  można znaleźć wiele ciekawych informacji, porad na temat dziennikarstwa podróżniczego, kulinarnego, fotograficznego. Można dowiedzieć się również na czym polega praca redaktorów i wydawców. Moim zdaniem cała książka jest zbiorem pożytecznych rad dla dziennikarzy, nie tylko początkujących.

      Na łamach książki wypowiadają się dziennikarze najlepsi w swoich dziedzinach. Chwalą się sukcesami, ale również opowiadają o swoich zawodowych porażkach. Podpowiadaj, co zrobić by ich uniknąć. Ciekawe jest to, że fachowcy prezentują nie  tylko strony pozytywne tego zawodu, ale także te, negatywne.

      Kolejną zaletą książki jest to, ze nie trzeba jej czytać w całości. I całe szczęście, bo jej rozmiary mogą odstraszyć potencjalnego czytelnika. „Biblię dziennikarstwa” można czytać od początku, od końca, albo od środka. Jak tylko Wam się podoba.

      Zachęcam zatem do przeczytania tej książki. Polecam ją zwłaszcza tym, którzy myślą poważnie o dziennikarstwie i chcą w przyszłości być dziennikarzami. Naprawdę warto!

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „#69 Kulisy zawodu dziennikarza”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 19 grudnia 2018 18:33
  • niedziela, 16 grudnia 2018
    • #68 Nicholas Sparks "Noce w Rodanthe"

      Nicholasa Sparksa chyba nikomu nie muszę przedstawiać. To autor takich popularnych powieśći jak: "List w butelce", "I wciąż ją kocham" czy "Pamiętnik". To autor, którego się twórczość albo uwielbiamy albo nienawidzimy. Ja należę do tej pierwszej grupy osób.

       

      Adrianne Wills jest kobietą dobiegającą sześćdziesiątki. Siedemnaście lat temu rozwiodła się ze swoim mężem i została samotną matką trójki nastolatków. Jej dzieci są już dorosłe i wyfrunęły z przysłowiowego gniazda. W najgorszej sytuacji jest niestety córka Adrienne - Amanda. Kobieta niedawno straciła męża, który przegrał walkę z nowotworem. Jest totalnie załamana. Adrienne nie może patrzeć na cierpienie własnego dziecka i decyduje się opowiedzieć historię z własnego życia. 

       

      Miała wówczas czterdzieści pięć lat i trafiła do małego nadmorskiego miasteczka Rodanthe, aby przez kilka dni zaopiekować  się pensjonatem swojej przyjaciółki. Jedynym gościem w tym czasie w Gospodzie był Paul Flanner, który wynajął pokój na pięć nocy. Co się wydarzyło podczas tych dni? 

      Adrienne i Paul to główni bohaterowie książki "Noce w Rodanthe". Niby różni, a jednak coś ich łączy...Ona i on wiele przeszli. Na swoich barkach dźwigają ciężki bagaż doświadczeń. Każde z nich znalazło się w tamtym miejscu w innym celu. Adrienne chciała odetchnąć po rozstaniu z mężem, nabrać dystansu do otaczającego ją świata, zaś Paul chciał zamknąć pewien rozdział swojego życia, który nie dawał mu spokoju. Nikt się nie spodziewał, że podróż do nieznanego miasta tyle zmieni i że tak wiele się wydarzy. 

      Ilekroć sięgam po powieści Nicholasa Sparksa, zawsze odnajduję w nich coś, co mnie porusza, co po zakończeniu książki siedzi we mnie i nie mogę się tego pozbyć, choć tak naprawdę, wcale nawet nie próbuję. Tym razem też tak było. Nie potrafiłam pozbyć się uczucia, że w pewnych fragmentach, ukryło się moje życie, moja historia. A jeśli już jej zabrakło, to przynajmniej widziałam w nich moje myśli, refleksje na temat życia, miłości i stosunków międzyludzkich. To niesamowite uczucie - coś, co właśnie przyciąga. To sprawia, że chcesz dalej zapoznawać się z tym, co tworzy autor. 

       

      "Noce w Rodanthe" to książka specyficzna, której nie da się zrecenzować tak, jak to zwykle robię w przypadku innych tytułów. Treść, którą proponuje nam Sparks, niemalże płynie. Cicho i niespiesznie, jakby swoim tempem. Jest tam pewna nostalgia, nieopisany smutek, ale także nadzieja na coś, co ma nadejść dopiero, do czego odlicza się dni razem z bohaterami. 

       

      Tę opowieść czyta się dobrze i nie nastręcza ona większych problemów. Mnie jednak przeszkadzało to, że tak mało w niej znalazło się dialogów. Odnoszę jednak wrażenie, że był to celowy zabieg literacki. 

       

      Komu polecam? Przede wszystkim fankom i fanom prozy Nicholasa Sparksa. Poza tym osobom lubiącym słodko-gorzkie opowieści obyczajowe. Myślę, że Wam się spodoba. 

       

      Dajcie znać czy czytaliście tę książkę i co o niej sądzicie? Podzielcie się także w komentarzach tytułami powieści, które teraz czytacie, a może, za które zamierzacie zabrać się w Święta. Bardzo chętnie poznam Wasze propozycje.


       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „#68 Nicholas Sparks "Noce w Rodanthe"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 grudnia 2018 14:20
  • wtorek, 11 grudnia 2018
    • #67 Katarzyna Enerlich„Kiedyś przy Błękitnym Księżycu”

      Wróć do mnie…Może nie jest już za późno…Spróbujemy jeszcze raz przegadać to, o czym przez lata milczeliśmy. Wróć. Tym razem posłucham cię i nie zwiążę się z żadnym niewłaściwym mężczyzną. Nie będę się już ciebie wstydzić i udawać, że nie ma mnie w domu. Wróć, jeszcze raz popatrzymy na niebo, tak jak wtedy wczesną jesienią na Mazurach. Wróć(…) Może kiedyś przy Błękitnym Księżycu, na nowo ułożymy skrzydlate baśnie naszego życia.

      To fragment książki autorstwa Katarzyny Enerlich pod tytułem “Kiedyś przy Błękitnym Księżycu”.

      Podczas lektury tej opowieści czytelnikiem targają niesamowite emocje. Różne…

      Niekiedy złość, że główna bohaterka znowu ma pod górkę, innym razem irytacja, że jej ojciec znowu siegnął do kieliszka choć juz wydawało się, że przestał pić na dobre. Aż w końcu czytającego przepełnia radość z sukcesów Barbary.

      “Kiedyś przy Błękitnym Księżycu” to opowieść czterdziestokilkuletniej kobiety, która przedstawia całe swoje życie. Opowiada o ojcu alkoholiku, który przez dłuższy czas nie pozwala kobiecie zapomnieć o jej dzieciństwie. Nocne awantury, ciągły smród bimbru, krew lejąca się z twarzy ojca – to obrazki, które Basia zapamiętała najlepiej, od których za wszelką cenę próbuje się uwolnić.

      Główna bohaterka bardzo wcześnie rozpoczęła swoje życie seksualne, bowiem w wieku osiemnastu lat. Uporczywie pragnęła znaleźć miłość, marzyła o tym, by ktoś ją pokochał. Czy to tak wiele? Niby nie…Jednak dopiero przy ostatnim, trzynastym partnerze, kobieta znajduje spełnienie nie tylko cielesne, ale także duchowe. To przy nim czuje się szczęśliwa. Wie, że może być panią swojego losu. “Mogę dążyć do samorealizacji i harmonii, bo mam do tego prawo” – twierdzi z przekonaniem.

      Wiecznie roztargniona, nostalgiczna, wrażliwa na krzywdę innych. Nieustannie wierzy, że odnajdzie spokój, prawdziwą miłość swojego życia.

      Barbara pomimo szarości, która pojawiła się w jej życiu, umie odnaleźć pozytywne barwy na egzystencjalnej palecie.

      Katarzyna Enerlich otwiera przed czytelnikiem pewnego rodzaju drzwi, które pozwalają nam przejść do zupełnie innej rzeczywistości. Można byłoby powiedzieć, że przecież doskonale wszyscy znamy ludzki umysł i wygląd naszego otoczenia. Jednak gdyby dokładnie temu wszystkiemu przyjrzeć się, użyć lupy bądź po prostu wytężyć wzrok, dostrzeglibyśmy rysy na twarzach mijanych przez nas ludzi.

      Autorka w mistrzowski sposób operuje słowem, niemalże smaga nim swoich czytelników w ten sposób, by zmusić ich do refleksji nad codziennością, przemijalnością, miłością.

      Doskonale potrafi wczuć się w to, co przeżywa bohaterka. W jej każdą rozterkę, radość, obawę. To niezwykle trudna sztuka, ale Katarzynie Enerlich się ona udała.

      Mimo że “Kiedyś przy Błękitnym Księżycu” nie jest książką łatwą, bo porusza trudny temat, to warto sięgnąć po tę powieść. Nie brakuje tutaj momentów nostalgicznych. Jednak lekturze tej przyświeca naczelna zasada: “Jestem tym czym moje myśli…Nawet kwiat może wyrosnąć na skale.” To piękne słowa, która zapewne motywują nas do tego, że bez względu na wszystko WARTO WALCZYĆ O SIEBIE, SWOJE SZCZĘŚCIE I MARZENIA, KTÓRE KAŻDEGO DNIA RODZĄ SIĘ W NASZEJ GŁOWIE. Tylko od nas zależy czy pozwolimy zadziałać mocy podświadomości i urzeczywistnić je, czy też zamkniemy się na jej działanie i będziemy czekać na to, co przyniesie los.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 grudnia 2018 18:36
  • niedziela, 09 grudnia 2018
    • #66 Agata Przybyłek „Jeszcze raz”

       Agata nie potrafi pogodzić się z odejściem Alana. Postanawia, że nie da za wygraną i odzyska ukochanego. Czy jej się to uda?

      „Jeszcze raz” autorstwa Agaty Przybyłek to kontynuacja losów Alana, młodego lekarza. Tych z Was, którzy jeszcze nie znają tej historii, odsyłam do mojej recenzji książki pt. „Bez Ciebie”, która jest już na blogu.

      Agata Przybyłek już od pierwszych stron zaczyna z wysokiego C, czym wbija w fotel swoich czytelników. Katarzyna odeszła, umarła. Nie powróci. Alan cały czas próbuje się pozbierać po tej tragedii, która go spotkała. Choć są przy nim przyjaciele, jego ciotka, to jest mu niewyobrażalnie ciężko. Najchętniej nie wychodziłby z kliniki, w której pracuje. Prawie nic nie je. Jest właściwie cieniem siebie samego. Bliscy nie mogą patrzeć jak się męczy. Chcą mu pomóc. Przyjaciel naszego bohatera, Bruno, decyduje się na ryzykowny krok – prosi byłą dziewczynę Alana o pomoc, bo jego zdaniem, tylko ona może sprawić, że chłopak znowu zacznie normalnie żyć. Czy ma rację?

      Ponownie autorka porusza w swojej powieści ważne tematy społeczne, a także prowokuje nas do głębokich refleksji nad nimi. Pisze o radzeniu sobie z rozstaniem – także tym ostatecznym i nieodwracalnym, o traumach, które tkwią w człowieku latami. Pokazuje złożoność ludzkiej natury. I przyznam szczerze, że robi to doskonale.

      W książce poświęca sporo miejsca na ukazanie dramatycznej przeszłości głównej bohaterki – Agaty. Dziewczyna mieszkała  w niewielkiej miejscowości niedaleko Bostonu. Matka była księgową, a ojciec dyrektorem jednej z lokalnych szkół. Ktoś by powiedział: „Wzorcowa rodzina. Tylko pozazdrościć”. Nikt się nawet nie spodziewał, co w tej niby przykładnej rodzinie się działo przez wiele lat. Przez jakie piekło musiała przechodzić Agata. Jak sobie z tym poradziła? Sprawdźcie sami! Uprzedzam- przygotujcie się na dużą dawkę emocji. Niejednokrotnie będziecie zaciskać zęby ze złości.

      Pisarka stworzyła galerię barwnych i bardzo wyrazistych postaci. Szczególną uwagę poświęciła Alanowi. Po mistrzowsku zbudowała portret psychologiczny lekarza, który przeżywa żałobę. Huśtawka emocjonalna, rozdzierający ból duszy, chaos w sercu, a do tego szara codzienność, której musi stawić czoła mężczyzna. To nie takie proste. Jak sobie poradzi z tym wszystkim Alan?

      Agata zaś jawi się jako silna i niezależna kobieta. Taką zakłada codziennie maskę. A kto kryje się pod nią? Pod maską widzimy kruchą, bezradną dziewczynę, ale jednocześnie taką, która nie cofnie się  przed niczym, by zaspokoić swoje zachcianki i pragnienia. Jest totalnie głucha na to, co radzą jej inni. Idzie po swoje. Czy dobrze robi? Może powinna powiedzieć stop, kiedy napotyka opór?

      Całość niewątpliwie porusza. Czytając „Jeszcze raz” Agaty Przybyłek niejednokrotnie zadawałam sobie pytanie, co ja zrobiłabym w danej sytuacji i czy zachowałabym się tak jak dana postać czy wręcz przeciwnie. Być może i Wy będziecie mieli podobne dylematy podczas czytania tej powieści. Na pewno nie jest to historia, którą czyta się w jeden wieczór, o nie! Nie da się jej połknąć na raz. Czasem trzeba nawet zatrzymać się, pomyśleć nad treścią. Uważam, że to zaleta dobrej literatury. Taka z pewnością zostaje z nami na dłużej.

      Ogólnie powieść oceniam jako bardzo dobrą i godną polecenia. Nie mniej jest coś, co niespecjalnie mnie ujęło. Chodzi mianowicie o zakończenie. Jest ono niejednoznaczne. Po przeczytaniu ostatniego zdania w myślach spytałam siebie: „Ale co dalej?” Nie wiem, być może jest to zabieg celowy zastosowany przez autorkę. Być może planuje napisać następną część, w której dopiero dowiemy się, jak potoczyło się życie konkretnych postaci. W każdym razie, ja poczułam lekki niedosyt i coś w rodzaju zawieszenia w próżni. A że życie tejże nie lubi, to liczę na to, że niebawem zostanie ona wypełniona i na rynku wydawniczym pojawi się kolejna książka spod pióra pani Agaty Przybyłek. Czego sobie i wiernym fanom jej twórczości życzę.

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 grudnia 2018 13:42
  • czwartek, 06 grudnia 2018
    • #65 Piotr Kołodziejczak "Puść już mnie"

      „Puść już mnie” to opowieść o relacjach damsko-męskich. Piotr Kołodziejczak opowiada historię toksycznego związku, w którym kobieta w pewnym momencie postanawia walczyć o swoją godność. Czy jej się to udaje?

      Bohaterką powieści jest 32-letnia Ewelina, odnosząca zawodowe sukcesy w odziedziczonej po matce firmie.

      Już na samym początku dowiadujemy się, że dziewczyna wychowywała się bez ojca. Być może dlatego w swoim dorosłym życiu nienawidzi mężczyzn. W firmie, którą prowadzi zatrudnia same kobiety, a w momencie, gdy dowiaduje się, że jej pracownica jest w ciąży – zwalnia ją.

      Zagłębiając się coraz bardziej w powieść dowiadujemy się, że Ewelina jest rozwódką. Małżeństwo z Rafałem, dobrze zapowiadającym się architektem, trwało zaledwie trzy lata. Ewelina często zastanawiała się, dlaczego ten na pozór idealny związek tak nagle się rozpadł. Kobieta kochała swojego męża ślepą miłością. Za wszystkie niepowodzenia w swoim małżeństwie obwiniała siebie. Uważała, że Rafał w zasadzie nie ma jej za co kochać, bo przecież jest beznadziejna. W końcu to on jest znany i ceniony, dobrze zarabia, a ona – co? By mieć jakieś pieniądze, utrzymać siebie i ukochanego zarabia jako sekretarka w kancelarii, dopiero później, dzięki matce, udaje jej się stanąć na własnych nogach.

      Tymczasem Rafał coraz później wraca do domu, nie dostrzega już walorów fizycznych swojej żony, nawet nie chce słyszeć o dziecku. Natomiast w rocznicę ich ślubu zjawia się kompletnie pijany z całkiem trzeźwym kolegą z wojska, który później zakrada się nocą do łóżka Eweliny i chce uprawiać z nią seks tylko po to, by zaspokoić fantazje Rafała. To zdarzenie powoli otwiera naszej bohaterce oczy, ale nie na tyle by powiedzieć temu wszystkiemu „dość”.

      Taką decyzję podejmuje dopiero gdy odkrywa, że jej wspaniały, ukochany małżonek spotyka się z inną kobietą. To moment przełomowy w życiu tej 32-latki. Postanawia zakończyć całą farsę i wziąć rozwód.

      Po rozstaniu z Rafałem dziewczyna przechodzi stopniową metamorfozę. Staje się niezależna, jest panią własnego losu. Jednak nadal nienawidzi płci przeciwnej.

      Sytuacja zmienia się, kiedy w salonie odnowy biologicznej poznaje Janka, również rozwodnika. Żona Janka zdradziła go z Włochem na kursach gastronomicznych.

       

      Ewelina początkowo traktuje Janka chłodno. Zbywa go, odpowiada zdawkowo. Zbiegiem czasu jednak przekonuje się do mężczyzny. Wszystko układa się gładko. Do chwili gdy znowu w życiu Eweliny nie pojawia się Rafał. Zjawia się z kwiatami, winem i ulubionymi czekoladkami bohaterki. Nastrój jest na tyle szampański i błogi, że…niewierny mąż zostaje aż do następnego dnia.

      Po tej upojnej nocy Ewelinę nachodzą wątpliwości, że może zbyt pochopnie zażądała rozwodu…Może mąż się zmienił i naprawdę ją kocha? Czy rzeczywiście tak jest? W czyich ramionach główna bohaterka książki „Puść już mnie” odnajdzie szczęście? Na te pytania uzyskacie Państwo odpowiedź, gdy zdecydujecie się sięgnąć po książkę i ją przeczytać.

      Kilka słów o autorze:

      Piotr Kołodziejczak zadebiutował na polskim rynku wydawniczym w roku 2004, publikując powieść „Wschody do nieba”. „Klępy śpią” i „Nie rób mi tego” to kolejne powieści w jego dorobku. „Puść już mnie” to czwarta powieść Kołodziejczaka, która ukazała się w roku 2009. W tym samym roku ukazała się też książka „Bo wiesz…”, a w ubiegłym roku na półkach księgarń pojawiła się „Kobieta niespodzianka”. Autor próbuje także swoich sił jako kompozytor.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „#65 Piotr Kołodziejczak "Puść już mnie"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 grudnia 2018 18:35
  • sobota, 01 grudnia 2018
    • #64 Katarzyna Rygiel "Pod powiekami"

      “Pod powiekami” Katarzyny Rygiel to książka, która na długo po jej zakończeniu, pozostaje w pamięci czytelnika. To opowieść o niespełnionej miłości, przyjaźni, o dojrzewaniu do podejmowania trudnych decyzji.

      "Pod powiekami” to wzruszająca opowieść o miłości, akceptacji, przyjaźni, dojrzewaniu do podejmowania trudnych decyzji, o często trudnych do przyjęcia konsekwencjach naszych wyborów. Historia, którą opowiada autorka mogła i może przydarzyć się każdemu z nas.

      Michała Tarnowskiego, głównego bohatera poznajemy, gdy jest już dojrzałym, czterdziestoletnim mężczyzną. Przybywa on do małej, malowniczo położonej miejscowości w górach. Pragnie odetchnąć od codziennych spraw, zgiełku, codziennego pośpiechu Tam zatrzymuje się u kobiety, która jest niewiele starsza od niego. Sympatyczna pani chętnie przyjmuje gościa pod swój dach i traktuje go jak kogoś z rodziny, co bardzo zaskakuje Michała.

      Właścicielka domu udostępnia tajemniczemu przybyszowi niewielki, ale przytulny pokoik. Tarnowski czuje się w nim jak u siebie w domu. Jego uwagę niemal od samego początku przykuwa wielkie czarno-białe zdjęcie, które wisi na ścianie. Początkowo zachwyca się profesjonalizmem, z jakim został wykonany portret. Podziwia kolory, grę świateł, ostrość. I to przyzwyczajenie wcale nie dziwi, gdyż dowiadujemy się, że mężczyzna jest fotografem.

      Jednak w duchu podziwia jeszcze coś. Postać, która jest na zdjęciu. Jest nią 24-letnia Marta, córka gospodyni. Michał ze wszystkich sił próbuje się oprzeć jej urokowi. Bezskutecznie. Dostrzega w Marcie atrakcyjną kobietę i pragnie poznać ją bliżej. Zastanawia się jaka jest, co lubi, o czym marzy.

      Myśli o niej nieustannie. Dzień i noc. Z jednej strony wstydzi się swoich myśli, pragnień, bo przecież jej matka przyjęła go pod swój dach. Z drugiej zaś strony, myśli są od niego silniejsze. Postanawia zdobyć Martę i odnaleźć klucz do jej serca. Czy uda mu się zrealizować ukryte marzenia? Kim okaże się Marta? Na te pytania znajdziecie Państwo odpowiedź w książce autorstwa Katarzyny Rygiel “Pod powiekami”.

      Nie chciałabym zdradzać całej fabuły, gdyż odebrałabym wówczas Państwu przyjemność czytania tej niewielkich rozmiarów książki. Jednak przybliżę nieco postać głównego bohatera tej opowieści, bo jest on nietuzinkowym człowiekiem i godnym uwagi.

      Michał zawsze był osamotniony. Nawet wtedy gdy brał do ręki blok rysunkowy i zapełniał go dziecięcymi rysunkami. Właściwie swoje dzieciństwo spędził przebywając najczęściej w kuchni bądź w pokoju, w którym spała jego mała siostra Ania. Czuł się za nią odpowiedzialny. Często wchodził na bosaka do jej pokoiku tylko po to, by sprawdzić czy śpi.

      Rodzeństwo Tarnowskich wychowywało się z matką. Ojciec zostawił ich twierdząc, że potrzebuje wolności. Pani Tarnowska nigdy nie wniosła pozwu o rozwód.

      Kiedy Michał nauczył się czytać jego ulubionym miejscem stała się biblioteka. Tam szukał ucieczki od problemów, rzeczywistości. Twierdził, że w książkach można znaleźć to, czego nie odnajdujemy w realnym świecie.

      Obok historii przedstawionej przez Katarzynę Rygiel nie można przejść obojętnie. To opowieść, która zapada w pamięci na bardzo długo już po jej lekturze. Rygiel operuje językiem barwnym, ale jednocześnie zrozumiałym dla potencjalnego czytelnika.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 01 grudnia 2018 18:22
  • czwartek, 29 listopada 2018
    • #63 Agata Przybyłek „Bez ciebie”

      Zauważyłam, że w moje ręce coraz częściej trafiają książki, po których przeczytaniu jeszcze długo o nich myślę, które dotykają każdej struny mojej duszy.

      Tak było również tym razem, gdy sięgnęłam po powieść Agaty Przybyłek „Bez ciebie”.

      Katarzyna od początku swojego istnienia nie miała łatwego życia, dlatego gdy tylko nadarzyła się okazja, wyjechała do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu swego szczęścia. Gdy spotyka Colina ma wrażenie, że teraz już tylko będzie cudownie i że nic jej nie grozi. Mężczyzna jest czuły, opiekuńczy, zapewnia wszystko, czego kobieta może zapragnąć. Pozornie. Nikt nie wie, co dzieje się w mieszkaniu tej pary. Nagle sielanka, swoiste niebo na ziemi zamienia się w piekło, z którego trudno się wydostać. Colin staje się zaborczy, a na domiar złego swoje niepowodzenia w pracy wyładowuje na biednej Katarzynie, znęcając się nad nią psychicznie i fizycznie. Kobieta boi się dotyku własnego męża, jego podniesionego głosu. Mimo to nadal kocha Colina i nie potrafi się z nim rozstać. Na szczęście wszystko wychodzi na jaw, bo skatowaną kobietę znajduje jej teściowa i pomaga Kasi wyrwać się z domu.

      To było moje pierwsze, i już wiem, że nie ostatnie spotkanie z twórczością Agaty Przybyłek.

      Przemoc w rodzinie to ciągle wstydliwy temat. Nie lubimy o niej mówić. Ofiary przemocy milczą, bo się boją co będzie dalej. Często jest też tak, że łudzą się, że oprawca się opamięta. Ten zaś zawsze się tłumaczy i obiecuje, że już więcej nie uderzy ofiary. Do następnego razu. I tak w kółko.

      Pisarka podejmuje ten drażliwy temat. Swoim czytelnikom nie szczędzi scen, które mrożą krew w żyłach. „ Bez ciebie” to powieść pełna emocji. Skłania do refleksji i wielu przemyśleń. Chociaż główny wątek nie należy do najprzyjemniejszych, to książkę czyta się szybko, z ciekawością, co jeszcze czeka bohaterów. A zakończenie…wbija w fotel i sprawia, że człowiek nie może pozbierać się po lekturze. Powieść pochłania od pierwszej do ostatniej strony. Jest to jedna z tych historii, po przeczytaniu której stwierdziłam, że sytuacje opisywane przez Przybyłek są mi szalenie bliskie, a z wykreowanymi postaciami utożsamiam się. Czytając „Bez ciebie” pod nosem mówiłam sobie: „Boże, przecież mnie coś takiego też się przydarzyło.

      Czuję, że ta historia na długo ze mną zostanie. Tyle pytań podczas jej czytania się pojawiło w mojej głowie. Wniosków wcale nie mniej. Niektóre słowa czy zdania wypowiedziane przez bohaterów na tyle mnie poruszyły, że zaczęłam analizować poszczególne zdarzenia, które przeżyłam i stwierdziłam, że muszę coś zmienić, ruszyć pewne sprawy z miejsca.

      Komu polecam książkę Agaty Przybyłek? Każdemu! Uważam, że jest ona adresowana zarówno do płci pięknej, jak i do mężczyzn. A może właśnie do nich przede wszystkim? W końcu to Wy, Panowie, macie problemy z okazywaniem nam uczuć. Choć i panie nie zawsze są w tej materii wylewne. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że autorka daje swoim czytelnikom do zrozumienia, że absolutnie nie powinniśmy niczego odkładać na potem, bo potem może nie nadejść. Nie czekajmy na lepsze okazje. Teraz jest najlepszą okazją. Słuchajmy głosu swojego serca. To bezbłędny doradca, bo to, co ukryte jest na jego dnie, wypływa przecież z nas samych.

       

       

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „#63 Agata Przybyłek „Bez ciebie””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 listopada 2018 20:01
  • wtorek, 27 listopada 2018
    • #62. Olga Rudnicka „Fartowny pech”

      O książkach Olgi Rudnickiej czytałam różne opinie na blogach literackich. Jedne głosiły, że warto sięgnąć po powieści tej autorki, inne zaś, że lepiej omijać je szerokim.

      Postanowiłam sama wyrobić sobie zdanie i sięgnęłam po "Fartowny pech”.

      Filip Nadziany, policjant, staje się ofiarą podstępu swojej kochanki. W akcie zemsty dziewczyna przypina go do łóżka. Żeby by było zabawnie przypina go kajdankami i tu i ówdzie przystraja czerwoną kokardką. Jakby tego było, mało cały proceder zostaje uwieczniony na zdjęciu, a fotka z kolei wpuszczona do Internetu, dzięki czemu wszyscy dowiadują się o preferencjach Nadzianego i jego zabawach poza miejscem pracy. Jeśli ktoś myśli, że to koniec przygód pechowego policjanta, to się bardzo myli. Bowiem z sanatorium nagle wraca mamusia naszego bohatera i zastaje synalka takiego jak go Pan Bóg stworzył. Oczywiście musi się starszej pani wytłumaczyć. Policjant ma już dość tego, że stał się pośmiewiskiem wśród znajomych i postanawia poprosić szefa o przeniesienie. Chce przeprowadzić się na wieś, bo ma nadzieję, że tam odnajdzie spokój i uda mu się zapomnieć o niechlubnym wydarzeniu.

      Mamy także Krystiana Dzianego. Kolejną ofiarę losu. Zostaje on pobity przez dwunastoletnią dziewczynkę. Podobnie jak wyżej wymieniona postać stwierdza, że chce cos zmienić w swoim życiu. Marzy o karierze prywatnego detektywa. Czy spełnią się jego marzenia?

      I jest jeszcze Gianni, który obiecuje, że nigdy nie będzie pracował w Polsce. Jednak, jak doskonale wiecie, los bywa przewrotny i uwielbia płatać nam figle. Mężczyzna musi zostać w Polsce i przyjąć zlecenie. Nie wie, że przyjdzie mu pracować u gangstera.

      Mniej więcej nakreśliłam Wam o czym jest książka. Więcej jednak nie zdradzę.

      Prawdę mówiąc to mam spory problem z tą powieścią i nie wiem co mam o niej myśleć. Bo z jednej strony lektura była to zabawna, nasycona komizmem sytuacyjnych, zabawnymi dialogami, przy czytaniu których uśmiałam się do łez, ale…coś było niestety nie tak. Czegoś było za dużo, a czegoś znów za mało. Nie była to powieść, o której będę pamiętała jeszcze przez długi czas albo może przez wiele miesięcy czy lat. Nie poczułam, żeby coś zmieniła we mnie, w moim światopoglądzie. Ot, taka historyjka, którą mogę potraktować na zasadzie „przeczytać, pośmiać się i zapomnieć”. Wiele powieści już przeczytałam, przede wszystkim polskich autorek i autorów i mam prawo oczekiwać od literatury czegoś więcej niż jedynie rozrywki, bo tę niewątpliwie autorka mi zaserwowała. Nic poza tym.

      W tym miejscu zapewne zniecierpliwieni pytacie „No ale polecasz czy nie?” Ani tak, ani nie. To już zależy od Was. Jeżeli szukacie rozrywki, lubicie lekkie kryminały i nie jesteście wymagającymi czytelnikami, to tak, polecam Wam tę książkę.

      Ale jeśli poszukujecie czegoś z wyższej półki, co Was maksymalnie wciągnie, zaintryguje, to zdecydowanie skierujcie swój wzrok na inny tytuł. Myślę, że spokojnie znajdziecie coś co zaspokoi Wasz czytelniczy gust.

      Muszę się przyznać, że mam dylemat, który mam nadzieję, że pomożecie mi rozwiązać. Otóż zapisałam sobie  w moim zeszycie bodajże jeszcze dwie pozycje autorstwa Olgi Rudnickiej. Nie wiem tylko, czy po nie sięgnę, bo nie chcę po raz kolejny się rozczarować. Jest przecież tyle interesujących książek do przeczytania. W związku z tym mam pytanie, czy czytaliście coś już tej autorki? Jakie są Wasze wrażenia? Co polecacie?

      Dajcie znać, co ostatnio przeczytaliście. Może chcielibyście, żebym  jakąś książkę zrecenzowała tutaj? Czekam na Wasze komentarze i podpowiedzi.

      Tymczasem do następnej recenzji, która już niebawem na moim blogu się pojawi.


       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 listopada 2018 18:33
  • poniedziałek, 26 listopada 2018
    • #61. „Zielone drzwi” Katarzyny Grocholi – recenzja książki

      “Zielone drzwi” autorstwa Katarzyny Grocholi to niezwykła książka, wobec której nie można przejść obojętnie. W swojej bardzo osobistej powieści autorka udowadnia, że w życiu z każdej sytuacji jest wyjście.

       

      Nasze życie pisze najlepsze scenariusze. Ono potrafi zaskakiwać najbardziej nieoczekiwanymi zwrotami akcji. To właśnie w książce “Zielone drzwi” Katarzyna Grochola próbuje udowodnić swoim czytelnikom. I z całą pewnością jej się to udaje.

       

      W sposób prosty, zwyczajny, ale także błyskotliwy i nie pozbawiony humoru pisarka opowiada historię swojego życia. Zaczynając od narodzin, czasów szkoły podstawowej, czasów licealnych, a kończąc na dorosłości, kiedy to jest już znaną pisarką, ma dorosłą córkę, własnoręcznie wybudowany dom. Strony rodzinne, spełnione i niespełnione marzenia, pierwsze przyjaźnie, miłości, oświadczyny, podróż do Libii, narodziny córki, romans rozwód, aż wreszcie kolejna wielka miłość i równie wielkie rozstanie, choroba nowotworowa – wszystko to opisuje Grochola w książce. Nie stroni też od trudnych tematów, takich jak śmierć. Ze szczegółami opowiada o pracy w szpitalu w charakterze salowej, o trudnej przyjaźni z nieuleczalnie chorymi pacjentami, o tym, jak pomagała im godnie odejść. Ma odwagę opowiedzieć o stracie pracy oraz o tym, jak pewnego dnia zorientowała się, że brakuje jej pieniędzy na życie.

       

      Jednak każdą z tych sytuacji pisarka kwituje jednym stwierdzeniem – “wszystko jest po coś”. Od każdego człowieka, którego napotkałam na swojej drodze nauczyłam się czegoś nowego, niezwykle istotnego – pisze. – Dostaję do odrobienia kolejne lekcje, a jeśli ich nie odrabiam, powtarzają się do znudzenia.

       

      Z opowieści, jaką snuje Katarzyna Grochola dowiadujemy się, że nie miała łatwego życia. Jednak nigdy się nie poddała. W każdym momencie towarzyszyła jej wiara w lepsze jutro. Wiedziała i wie do tej pory, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Autorka z uporem przekonuje nas, że nawet z najbardziej beznadziejnej sytuacji jest wyjście. Kiedy autorka stanie oko w oko z kolejnym problemem powie: “Wolę napis wstęp wzbroniony, aniżeli wyjścia nie ma”.

       

      Ktoś mógłby zapytać – po co znana pisarka pisze książkę, w której opisuje własne życie, nie pomijając najbardziej bolesnych, często traumatycznych chwil? Odpowiedzi udziela sama Katarzyna Grochola: “Ku pokrzepieniu serc. Chciałam sobie przypomnieć rzeczy, które mnie spotkały, nie otwieram na oścież zielonych drzwi, tylko je uchylam…”

       Być może jedni odbiorą tą lekturę jako swoistą spowiedź kogoś, kogo dotychczas znali tylko ze szklanego ekranu, może ktoś uzna “Zielone drzwi” za następne czytadło – gusta są różne, każdy ma prawo do własnej opinii. Ja jednak książkę polecam bardzo gorąco zwłaszcza tym, którym wydaje się, że w życiu wszystko już przeszli, wszystko zobaczyli. Tym, którzy twierdzą, że nic już ich złego spotkać nie może, że życie już niczym ich nie zaskoczy. Po przeczytaniu tej wzruszającej, pełen emocji historii dowiedzą się, że wszystko się jeszcze może zdarzyć i że trudne nas umacnia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „#61. „Zielone drzwi” Katarzyny Grocholi – recenzja książki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 listopada 2018 17:32
  • sobota, 24 listopada 2018
    • #60. Recenzja książki „Ono” Doroty Terakowskiej

      Czy ONO słyszy? A jeśli słyszy i przestraszy się tego wszystkiego i nie chce wyjść? Co jeśli usłyszy wszystkie przekleństwa, obelgi?

      „Ono” to historia dziewiętnastoletniej Ewy. Do niedawna dziewczyna żyła marzeniami, miała swój świat. Była dziewczyną bez przyszłości, bez żadnych perspektyw. Jej życie bardziej przypominało egzystencję.

      Dziewczyna marzy o lepszym świecie, o dobrej pracy. I wtedy „niejasne, wzięte z filmów wyobrażenia dziewczyny zderzają się z brutalną rzeczywistością”. W jednej chwili sięga gwiazd i zostaje wybrana na dziewczynę millenium. Tańczy, bije od niej seksapilem. Wszystkie oczy kierują się na nią…Tymczasem ona dostrzega trzech, z pozoru miłych chłopaków. Uśmiechają się do niej zalotnie.

      Ewa naiwnie myśli, że chcą jej pomóc wyrwać się z małego miasteczka, w którym mieszka. A może nawet im się podobam? – myśli bohaterka. Nic z tego! Pudło!

      Dziewiętnastolatka zostaje zgwałcona i …zachodzi w ciążę. Od tej pory jej świat zaczyna walić się. Co zrobić? Urodzić? Wychowywać samotnie czy szukać ojca dziecka? Na te pytania bohaterka próbuje znaleźć odpowiedź. Czy ją znajdzie? Jaka będzie jej decyzja? Przekonajcie się Państwo sami czytając książkę Doroty Terakowskiej pt: „Ono”.

      To niezwykle wzruszająca opowieść o miłości, przyjaźni, wzajemnej akceptacji.

      Jest to opowieść, która dostarcza nam wiele emocji. Napisana jest językiem zrozumiałym. Nie brakuje w niej ciekawych opisów stanów emocjonalnych, w których znajdują się bohaterowie.

      Książkę przeczytałam w ramach wyzwania „Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „#60. Recenzja książki „Ono” Doroty Terakowskiej”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 24 listopada 2018 17:57
  • czwartek, 22 listopada 2018
    • #59. „Kruchość porcelany” Moniki Sawickiej

      „Kruchość porcelany” to debiut literacki Moniki Sawickiej. I to właśnie tak książka jest uważana za najlepszą w dotychczasowym dorobku autorki.

      Bohaterką tej opowieści jest trzydziestokilkuletnia Zuzanna Maks. Ma ona dziewięcioletnią córeczkę Amelkę, która zadaje pytania, których zdecydowanie nie powinna zadawać mała dziewczynka. Kobieta posiada też psa, koty, samochód i wieczny bałagan w sypialni. Niby nic takiego. Ja jednak odczytałam ten wieczny bałagan jako ilustracje życia bohaterki, czyli nic innego jak galimatias, nieuporządkowanie.

      Co jeszcze ma Pani Maks? Pani Maks ma też męża. Męża, który od dziewięciu lat maltretuje swoją ukochaną żonę. Męża, który czas umila sobie w towarzystwie prostytutek.

      Zuza żeby jakoś przejść przez to swoje trudne życie tworzy sobie we własnej wyobraźni kochanka, którego nazywa nie inaczej jak właśnie Wymyślonym. To z nim rozmawia, uprawia seks, śmieje się, płacze. Maks żyje ciągle w nierealnym świecie. To jej odskocznia od szarej rzeczywistości. Być może dzięki temu nie wylądowała jeszcze w wariatkowie?

      Zuzanna Maks ma jednak w każdym aspekcie życiowym pod górę. Niby wszystko układa się w jej życiu dobrze, córka przynosi ze szkoły same czwórki i piątki, ona ma swojego ukochanego Wymyślonego…I nagle dowiaduje się, że ma również raka piersi. Świat Maks znowu zaczyna się walić. Ból, strach, niepewność – to jest wszystko to, w czym teraz tkwi bohaterka książki „Kruchość porcelany”.

      Czy poradzi sobie ze sobą, z własnym życiem? Czy spotka wreszcie kogoś, kto nie będzie tylko wytworem jej wyobraźni? Na te i inne pytania znajdziecie Państwo odpowiedź w książce Moniki Sawickiej.

      Warto spędzić popołudnie lub wieczór z tą książką. Gwarantuję Wam, że nie pożałujecie czasu poświęconego tej historii.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 listopada 2018 14:41
  • poniedziałek, 19 listopada 2018
    • POMÓŻ ALI, KUP KSIĄŻKĘ DLA DZIECI

      Nie ma zbyt wielkiej kwoty, by wyrwać dziecko śmierci, jest za to czas, który kurczy się z dnia na dzień. Jeśli komuś uda się ocalić życie tej dziewczynki, to tylko nam i tylko wtedy, jeśli będziemy ratowali ją wszyscy razem...

      Najbardziej bolało, gdy patrzyłam bezsilnie na jej łzy. W buzi cały czas trzymała smoczek, zagryzała go z bólu, na który nie pomagały żadne leki. Po operacji usunięcia nowotworu z nadnercza, na sali pooperacyjnej wciąż miała w ustach swój smoczek, tyle zostało z dzieciństwa. Odkładała go tylko na chwilę, kiedy wymiotowała krwią po pierwszych dawkach chemii...

      Różowy smoczek nie pasuje do sterylnej zieleni oddziału intensywnej terapii, dzięki temu momentalnie przykuwa wzrok. Tak stanęła do najtrudniejszej walki w życiu i o życie – 2-letnia Ala i okrutny nowotwór – ten, który wciąż zabija dzieci…

      Tylko rodzic wie, jak łatwo można zauważyć, że z dzieckiem dzieje się coś złego, bo 2-letnia dziewczynka błyskawicznie reaguje na ból. Alusię bolały nóżki, a gorączki nie udawało się zbić żadnymi lekarstwami. Jestem pewna, że już pierwszy lekarz, który ją zobaczył, zdawał sobie sprawę, że to będzie szalona, ale bardzo krótka walka. Na początku tygodnia Alusia śmiała się i cieszyła, przybiegała do łóżka, dosłownie wypełniała cały dom. Na końcu tygodnia siedziała smutna i zapłakana na izbie przyjęć, a lekarze robili badania. Nikt się nie uśmiechał, nikt nie dawał nam złudzeń, a ja potrzebowałam wtedy choć jednego słowa otuchy...

      Dostałam za to diagnozę, która zmieniła życie w koszmar walki o życie. Alusia umiera, rak – neuroblastoma, jest niemal wszędzie, bo lewego nadnercza przedostał się do szpiku i kości. O jej życiu zdecyduje kilka najbliższych miesięcy. To najgorsze słowa, jakie może usłyszeć rodzic. Pamiętam, jak dbałam o nią, kiedy była jeszcze w brzuchu, jak chciałam dla niej jak najlepiej.

      Teraz moje 2-letnie dziecko umiera, a lekarze zastanawiają się, z której strony uderzyć w raka. Od czterech miesięcy robimy wszystko by wytrwać, by zmusić jej maleńki organizm do heroicznej walki, na której końcu będzie śmierć albo życie. Te pięć miesięcy rozpięte pomiędzy klinikami w Warszawie i Wrocławiu, z których właściwie nic nie pamiętam, wypełnił ogromny ból i strach. Od pięciu miesięcy nie śpię, bo moja córeczka nie wyszła właściwie ze szpitala. Gdyby było wiadomo, że przetrwamy tę chemię, przeszczep i naświetlenia, zacisnęłabym zęby i nadal przy niej trwała z pokorą. Jednak wiem, że Neuroblastoma to zabójca, choroba podstępna, taka, która zabrała już wiele dzieci.

      Jestem przy niej, kiedy ból przekracza jej granice, kiedy chemia wypala nie tylko raka, ale i jej ciało, jestem, kiedy płacze i kiedy śpi po godzinach walki. Urodziłam ją po to by żyła, nie po to by umierała i nigdy nie pogodzę się z cierpieniem, które ma iść na marne. Alusia przeszła już wszystkie bloki chemii i doszła do tej ostatniej – megachemii, która zniszczy jej odporność, by maksymalnie podnieść szansę udanego przeszczepu szpiku.

      To będzie kluczowy moment, po którym okaże się, czy wygraliśmy. Jeśli nowotwór powróci, zabije moją córeczkę, bo 2-letnie dziecko nie poradzi sobie ze wznową. Lekarze nazwali naszą największą szansę – immunoterapia – leczenie, które podniesie nasze szanse i sprawi, że wygramy. Bardzo skuteczne i bardzo drogie – za bardzo, jak dla nas...

      Bez pomocy to wszystko, co przeszliśmy, nie będzie miało sensu, nasza córka nie wygra, a jedyne co po niej zostanie to wspomnienia i różowy smoczek, który pomagał ukoić ból.

      Na podjęcie leczenia ostatniej szansy mamy bardzo mało czasu. Megachemia, zwana też chemią zerującą, to wyjątkowo potężna dawka chemioterapii, po której dziecko rozpoczyna ostatnie starcie. Od mojej córeczki pobrano już szpik. W maju przejdziemy radioterapię i zaczniemy czekać na cud. Naszym cudem jest właśnie leczenie przeciwciałami anty GD2.

      Już na samym początku leczenia, można podnieść szanse mojego dziecka o 20%!

      Kiedy było naprawdę źle, szeptałam jej do ucha, że damy radę i wyjdziemy ze szpitala w Warszawie razem, że zabiorę ją do domu, że będziemy razem czekały, aż dorosną jej włosy. To wszystko może się ziścić, ale trzeba zapłacić za to ogromną cenę.

      Błagam Was jako matka dziecka, które trwa w zawieszeniu, pomiędzy życiem i śmiercią. Pomóżcie mi uratować moje dziecko. Marzę, by wreszcie wykraść ją z objęć raka, by ochronić i być może, będę miała jedyną w życiu szansę. Błagam, nie pozwólcie jej odejść…

      Taki listo opublikowała mama Alicji na stronie Siepomaga, która jest zaangażowana w pomoc dziewczynce. Nie potrafiłam wobec tego apelu przejść obojętnie. Postanowiłam linki do poniższych stron opublikować na moim prywatnym profilu na FB i Was zachęcić do tego, abyście zechcieli pomóc Alicji. Zwłaszcza, że to wcale nie jest takie trudne. Szczegóły zamieściłam poniżej. 

      Ty również możesz pomóc małej Ali. Jak? Kupując książki dla dzieci! Aukcję książek dziecięcych znajdziecie na FB pod adresem @aukcjaksiazek  Zachęcam do brania udziału w licytacji! Dajmy szansę małej Ali!

      Zajrzyj tutaj: https://www.siepomaga.pl/aukcja-dla-ali

      Zachęcam do wzięcia udziału w aukcji. Uczmy nasze dzieci, że czytanie jest ważne a pomaganie jeszcze ważniejsze!

      Zbiórka jest prowadzona przez fundację Siepomaga. Poniżej link:

      https://www.siepomaga.pl/ratujemy-ale

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „POMÓŻ ALI, KUP KSIĄŻKĘ DLA DZIECI”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 listopada 2018 20:10

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

  • Literatura polska

  • Literatura zagraniczna

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa