Zakładki:
Literatura polska
Literatura zagraniczna
Tagi
czwartek, 17 maja 2018

 FARSA

za cienką zasłoną

dymu papierosowego

zakrywasz twarz

w uszach skrzypią godziny

spędzone razem

a jednak osobno

od lat

jak w teatrze

odgrywacie swoje role

na casting zgłosiłeś się

razem z nią

nie zdążyłeś doczytać

że to będzie czysta farsa

w labiryncie zdarzeń

drepczesz szukając wyjścia

zapominając że

w tej sztuce

zastępstwa są niedozwolone

 

ˆAgnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 17.05.2018 r.

środa, 16 maja 2018

Długo zastanawiałam się, czy napisać coś o niedawno przeczytanej książce czy też zostawić tę lekturę bez echa. Niestety, moja obowiązkowość i lojalność wobec Was, Czytelników, zwyciężyła. Przecież prowadzę bloga literackiego, więc od czasu do czasu (chcę czy nie) muszę podzielić się swoimi refleksjami po przeróżnych powieściach, które czytam.

Zanim przejdę do meritum, chcę jeszcze uprzedzić, że na moim blogu nie zawsze będą pojawiały się recenzje. Będzie też tak, że będę zamieszczała coś, co raczej powinno się nazywać refleksjami, spostrzeżeniami czytelniczymi. Tak zrobię i tym razem. Mam nadzieję, że nikt z odwiedzających i czytających się nie pogniewa. A teraz do rzeczy…

„Azyl” Izabeli Sowy to książka niepozorna. Właściwie można przeczytać ją w jeden wieczór…Na upartego…

Wiktoria, główna bohaterka, przez przypadek znajduje w komputerze zdjęcie, które całkowicie wywraca jej życie do góry nogami. Nikomu nie tłumacząc się, pakuje walizkę i wyjeżdża do Chorwacji. To miejsce przywołuje w niej miłe wspomnienia jeszcze z dzieciństwa. Tu kobieta chce odpocząć, ale przede wszystkim wejść wgłąb siebie i rozliczyć się z przeszłością.

W Dubrowniku Wiktoria szybko odnajduje swój kąt. Nawiązuje nowe znajomości, próbuje żyć „normalnie”. Czy jej się to udaje?

Praca w schronisku dla psów, poznanie właścicielki, znajomość z Andrzejem – to tylko niektóre wątki, które porusza w swej powieści Izabela Sowa. W „Azylu” wątków jest naprawdę dużo. Jedne mniej rozbudowane, inne bardziej. Czytelnik musi mocno być skoncentrowany, żeby posplatać je w zgrabną całość. Chwilami, czytając, czułam się jakbym błądziła w labiryncie.

Na początku tego tekstu napisałam, że na upartego można przeczytać „Azyl” w jeden wieczór. Jeśli umiesz, drogi Czytelniku skupić swoją uwagę maksymalnie, lubisz książki, gdzie jeden wątek niemalże pogania drugi, dasz sobie radę z lekturą, a czas z nią spędzony nie uznasz za stracony. W moim przypadku było dokładnie odwrotnie. Czułam się strasznie zmęczona tą pozycją. Byłam nią rozczarowana do granic możliwości.

Być może po raz kolejny zupełnie niepotrzebnie po spojrzeniu na okładkę i po zerknięciu na opis stwierdziłam: - O, to będzie ciekawa książka! Takie lubię”. Teraz mogę powiedzieć głośno i wyraźnie: - Nie, nie takie!!!!

niedziela, 13 maja 2018

 Jakąkolwiek decyzje podejmiesz, będzie ona dobra tylko wtedy, kiedy będzie naprawdę Twoja.

Wkroczenie w dorosłe życie nie jest proste. Gdy wyfruwamy z rodzinnego gniazda, spod opiekuńczych skrzydeł matki i ojca, musimy już żyć na własny rachunek, myśleć o przyszłości, a co chyba najtrudniejsze – zmierzyć się samodzielnie z wątpliwościami i najróżniejszymi decyzjami, które przeważnie nie należą do najłatwiejszych. Właśnie w momencie startu w dorosłość poznajemy główną bohaterkę książki Magdaleny Zarębskiej „Życie teoretycznie”.

Sabina Przybysz dopiero ukończyła studia na kierunku rehabilitacja i postanowiła starać się o pracę w najbardziej luksusowym ośrodku – w domu „Pod Dębami”. To nie taki zwykły dom. Jest to dom spokojnej starości, a jego mieszkańcami są najbogatsze i najbardziej znane osobistości kraju. Kiedy dziewczyna dowiaduje się, że przeszła pozytywnie rekrutację i udaje jej się zdobyć wymarzoną pracę, jest przeszczęśliwa. Pełna zaangażowania, z głową pełną pomysłów przystępuje do pracy, zupełnie nie biorąc pod uwagę, że na swojej zawodowej drodze może spotkać jakiekolwiek przeszkody. Szybko się jednak okazuje, że obraz tego miejsca, jaki Sabina wytworzyła sobie w wyobraźni, nijak się ma do tego, co zastaje w rzeczywistości. Zamiast uśmiechniętych staruszków, plotkujących przy herbatce i ciastku, spotyka wrednych, zmanierowanych bufonów, którzy żyją w przekonaniu, że jeśli mają pieniądze, to wszystko mogą mieć i  należy się im każda jedna rzecz, a innych mogą traktować z wyższością i pogardą. Oni nie wiedzą co to jest wdzięczność, o nie! Uważają, że te duże ilości papierków w portfelu zapewnią im młodość, powodzenie w każdej dziedzinie.

Powieść Magdaleny Zarębskiej jest naprawdę świetna. Pisarka po mistrzowsku wykreowała postaci, nadała im wyraziste cechy charakteru. Widać, że autorka bardzo dobrze zna się na psychice ludzkiej, bo na kartach tej książki nie zabrakło interesujących i intrygujących osobowości. Niestety, mojej sympatii na pewno nie wzbudziła Sabina, czyli bohaterka, której perypetie są opisywane w tej książce. Nie pojmuję jak można być taką osobą bez wyrazu, bez ikry. Nie rozumiem kompletnie, jak kobieta, która jest dorosła i za taką się uważa, może być tak mało asertywna, zorganizowana, a do tego wręcz chorobliwie uzależniona od swoich rodziców?! Sabina za wszelką cenę chce zadowolić wszystkich, przy tym całkowicie zapomina o sobie. Mam wrażenie, że nie ma nawet bladego pojęcia co to jest zdrowy egoizm. Wymyśliła sobie swój świat, który jest idealny, bez żadnych wad, a gdy napotyka trudności codzienne, całkiem się gubi, rozkłada ręce i zaraz płacze z bezsilności, nie próbując zaradzić zaistniałej sytuacji. Z każdym problemem dzwoni do mamusi jak malutka dziewczynka. Dodatkowo, przyjmuje postawę „przepraszam, że się urodziłam”. Wszelkie niepowodzenia w pracy tłumaczy, że to jej wina, boi się przeciwstawić, tupnąć nogą, jak to robią normalni ludzie, którzy są pełnoletni.

Mimo tego, że nie polubiłam Sabiny i najchętniej wysłałabym ją na księżyc albo, żeby było bardziej wiarygodnie, uśmierciła, książka mnie zachwyciła, wciągnęła i chętnie zapoznawałam z treścią i z tym, co czeka młodą rehabilitantkę. Chciałam dowiedzieć się, jak tym razem poradzi sobie z kłopotami i piętrzącymi się wyzwaniami. 

Książkę polecam zwłaszcza rodzicom, których pociechy za chwilę przekroczą próg dorosłości i usamodzielnią się lub już dawno to zrobiły.

Z tej książki wypływa niejedna nauka na przyszłość – zarówno dla młodych ludzi, jak i ich rodziców. Uważny czytelnik z pewnością je dostrzeże, ale czy weźmie je do serca i zastosuje, gdy przyjdzie mu zmierzyć się z podobnymi problemami, tego już nie wiem. To już musi zdecydować każdy indywidualnie, kto zdecyduje się sięgnąć po pozycję „Życie teoretycznie”, która niewątpliwie jest warta uwagi i tego, by spędzić z nią czas. 

 

piątek, 11 maja 2018

BEZ PRZYWILEJÓW

skreśl mnie z listy oczekujących

nie lubię tłoku

w powiewie letnich sukienek

nie chcę stać

boję się że zmarznę

od przeciągu

a nie ogrzeję się

w ognisku Twoich ramion

za daleko stoję

w tej kolejce

nie jestem uprzywilejowana

 

ˆAgnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 11.05.2018 r.

 

 

 

sobota, 05 maja 2018

Dość dawno tę książkę miałam w swoim sekretnym zeszycie z napisem „Chcę przeczytać”. Długo widniał tam ten tytuł, ale jakoś nie mogłam się zabrać za lekturę. Być może musiał przyjść na nią odpowiedni moment. I przyszedł. Na całe szczęście, bo wbrew opiniom przeczytanym na przeróżnych stronach, mnie tak książka spodobała się niesamowicie.

„Nielegalne związki” rozpoczyna akt seksualny dwojga bohaterów. Czytelnik więc już może wyrobić sobie zdanie początkowe, że powieść będzie mocno przesycona seksem. I się nie pomylił! Choć nie jest to jedyny wątek i aspekt, który porusza autorka.

Plebanek bacznie przygląda się mężczyznom, a zwłaszcza jednemu – Jonathanowi, który ma bardzo ciekawą i jednocześnie złożoną osobowość. Dlaczego? Drzemią w nim dwie osoby. Pierwsza to mężczyzna nieustannie poszukujący podniet, śliniący się na widok kobiet ruszających ponętnie pupami. Z drugiej zaś strony, to przykładny ojciec, całkowicie podporządkowany żonie. Która wersja jest prawdziwa?

Nasz bohater w zasadzie już oswoi się z myślą, ze jest facetem pełnym sprzeczności. I jest tego świadom. Poniekąd jest to dla niego nawet wygodna postawa. Staje się swoistym aktorem.

Autorka mocno rozwija też problem wychowania dzieci, poczucia odpowiedzialności za rodzinę, dom. Nie jest jej obcy także temat emigracji.

Książka jest świetna, choć jak przystało na erotyczną powieść, nie zabrakło w niej rozbudowanych scen z życia intymnego. Dokładne opisy zbliżeń, niekiedy nawet wyuzdane, niektórych czytelników mogą przestraszyć i zniesmaczyć.

Historia przedstawiona w „Nielegalnych związkach” być może jest przerysowana, ale zabieg ten został zastosowany, moim zdaniem, celowo przez autorkę. Chciała ona bowiem ukazać jak najwyraźniej główny temat, jakim jest zdrada, jej konsekwencje, to jak wpływa na poszczególnych członków rodziny.

We mnie ta opowieść wywołała niesamowite emocje. Z pewnością zapamiętam ją na długo. Nie wykluczam, że jeszcze kiedyś wrócę do niej.

 

piątek, 04 maja 2018

Są książki, które zapamiętuje się na bardzo długo. Takie, które choć często o nich nie wiesz, nosisz w sercu. Powieści, w których czytasz historie, jakby niemalże były wyjęte z Twojego życia, a główna bohaterka jest Twoim lustrem.  Z pełnym przekonaniem taki opis można przypisać prozie Katarzyny Enerlich, mazurskiej pisarki, którą parę lat temu miałam możliwość poznać za pośrednictwem Facebooka. To niezwykle sympatyczna, mądra, wrażliwa na ludzi i otaczający ją świat kobieta.

Tym razem oddałam się lekturze „Prowincji pełnej szeptów”. Już jak przeczytałam sam tytuł wiedziałam, że będzie tu mowa o szeptuchach, magii. Pamiętam, jak Pani Kasia zbierała na wspomnianym przeze mnie wcześniej  portalu, że zbiera ciekawe historie do swojej powieści. Dziś mamy owoc tychże poszukiwań. I to jaki cudny!!

Wiadomość o śmierci świeżo poślubionego męża Wojtka burzy spokój Ludmiły. Bohaterka nie potrafi sobie poradzić ze  swoim smutkiem, nie umie zająć się swoją małą córeczką Zosią, popada w depresję. Z tego ciemnego tunelu uparcie próbują ją wyciągnąć przyjaciele, którzy pragną by na twarzy kobiety znów zagościł uśmiech, a także by wróciła do pisarstwa. Wdowa nie spodziewa się również, że otrzyma od Wojtka prezent, a ten zmieni jej życie nie do poznania.

Jeżeli, drodzy Czytelnicy myślicie, że „Prowincja  pełna szeptów” to historia przepełniona jedynie smutkiem, łzami, żałobą i przygnębienie, to z radością donoszę iż jesteście w wielkim błędzie i mile zaskoczycie się.

Katarzyna Enerlich to autorka optymistyczna, kochająca życie i ludzi, emanująca pozytywną energią, którą emanuje, rozdając wszystkim dookoła. Takie same są jej powieści. Przy nich się odpoczywa, nabiera dystansu do pewnych spraw. Zdania zapisane na kartach zostają nie tylko w pamięci, ale także sercu i duszy. Potrafią przewartościować nasz sposób myślenia nie nachalnie, ale mądrze i subtelnie, jakby ktoś delikatnie wachlował nad naszym wnętrzem czarodziejską różdżką, która sprawi, że staniemy się piękniejsi i lepsi. To esencja prostoty i sielskości. Enerlich uczy krok po kroku, jak żyć pełną piersią świadomie, dać się ponieść życiu, jego  nurtowi, żyć tu i teraz, nie bać się własnych marzeń i śmiało spełniać je.

Ja zakochałam się w tej filozofii mazurskiej pisarki. Lubię tą jej podróż do samej siebie, a także te lekcje, które daje nam, Czytelnikom.

Książka uzmysławia, że nawet po największej tragedii można jeszcze odnaleźć sens życia, cel, radość. Trzeba tylko odnaleźć nową drogę, którą będziemy podążać. Oczywiście wspaniale by było gdyby w tej wędrówce towarzyszyli nam bliskie osoby – rodzina i przyjaciele.

Za każdym razem gdy kończę książki pani Kasi towarzyszy mi smutek, że czas tak szybko minął i już muszę rozstać się z bohaterami „Prowincji…” Chciałabym przenieść się do tego świata i trwać w nim i trwać. Ale kto wie…Może kiedyś Pani Kasia wplecie jakąś opowiastkę z mojego życia do jednego z tomów? Podobno marzenia wypowiedziane lub napisane, szybciej docierają do wszechświata i stają się faktem. Zatem, wszechświecie, czyń swą powinność!

środa, 02 maja 2018

 Dużo dobrego słyszałam o powieściach autorstwa Diane Chamberlain. Dlatego gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce książkę spod jej pióra postanowiłam sprawdzić, czy i mnie spodoba się to, co serwuje  autorka.

Głównym bohaterem jest Andy Lockwood. Chłopak cierpi na zespół alkoholowy płodu tzw. FASD. Nie myśli tak, jak jego zdrowi rówieśnicy. Nie zawsze wie, jak ma się zachować, często mówi bezmyślnie to, co mu ślina na język przyniesie. Jego matka, Laurel, nie może wybaczyć sobie, że piła podczas ciąży i teraz jej synek jest taki, a nie inny. Gdy chłopiec się urodził, został oddany do rodziny zastępczej. Do matki wrócił dopiero rok później, gdy ta, po odbyciu odwyku alkoholowego, była już zdolna do opieki nad dzieckiem. Teraz stara się wynagrodzić synowi wszystko. Przesadnie się o niego troszczy i jest wręcz nadopiekuńcza. Laurel ma jeszcze starszą córkę, Maggie. Znacznie bardziej dojrzałą od Andy’ego.

Pewnego dnia Laurel postanawia wypuścić swojego syna na zamkniętą zabawę w pobliskim kościele. Po jakimś czasie przychodzi wiadomość, że w miejscu, gdzie miała odbyć się impreza dla nastolatków, wybuchł pożar. Jest wielu rannych. Jednak piętnastolatek nie ucierpiał. Wręcz przeciwnie –pomaga wydostać się z płonącego kościoła swoim kolegom i koleżankom. To wszystko sprawia, że miejscowi nazywają go bohaterem.

Ta sielanka nie trwa niestety długo. Wkrótce okazuje się, że całe zajście nie było nieszczęśliwym wypadkiem. Policja podejrzewa, że to podpalenie i zaczyna się szczególnie interesować rodziną Lockwoodów. Kto jest głównym podejrzanym?

W powieści mamy przedstawione przede wszystkim losy Laurel. Poznajemy ją w momencie, gdy wychowuje dwójkę dzieci. Ale autorka nie skupia się jedynie na teraźniejszości, bowiem wraca również do tego, co działo się z kobietą wcześniej. Mamy okazję przekonać się, jak poznała Jamie’ego, dowiadujemy się, że cierpiała na depresję poporodową, a potem stała się alkoholiczką. Szczerze mówiąc bardzo irytował mnie ten zabieg retrospekcji. Nie znoszę książek, w których raz ukazana jest przeszłość i to dość obszernie, a potem nagle pisarka lub pisarz przenosi nas do czasu teraźniejszego. Nie potrafię skupić się wówczas nad akcją, gubię się.

Zdecydowanie bardziej zainteresowałam się akcją, gdy urodziła się Maggie. Zmagania z depresją poporodową, trudy macierzyństwa, a nawet wręcz brak instynktu macierzyńskiego – te tematy wydały mi się bliższe i ciekawsze.

Mamy w tej książce też wątek kryminalny, gdyż cały czas zastanawiamy się wraz z jedną z postaci, którą jest Marcus, kto też podpalił kościół.

W „Prawie matki” autorka pokazuje jak wiele rodzice są w stanie zrobić dla własnego dziecka. Nie ma większej miłości niż matczyna.

Mimo że Diane Chamberlain poruszyła wiele interesujących tematów, stworzyła niebanalne postaci, starała się połączyć różne wątki – obyczajowy z kryminalnym, co lubię, to ta książka nie zachwyciła mnie i nie powaliła na kolana. Wolę czytać powieści, gdzie wydarzenia przedstawione są z perspektywy jednego bohatera. Poza tym, nie podobał mi się sposób narracji. Jakoś całość była dla mnie strasznie chaotyczna i zagmatwana.

Kiedyś zapisałam sobie w notesie kilka tytułów książek autorstwa Chamberlain, bo nawet miałam ochotę po nie sięgnąć. Dzisiaj, po zapoznaniu się z prozą tej pisarki stwierdzam, że powinnam porzucić swoje plany i zacząć rozglądać się za powieściami innych autorów. Wtedy może nie będę miała poczucia, że czas spędzony z książką, był stracony i mogłam spożytkować go w zupełnie inny sposób lub z zupełnie inną pozycją w dłoni. Niestety, w tym przypadku towarzyszy mi taka myśl.

Jeżeli ktoś z Was ma chęć zapoznać się z „Prawem matki” – nie zabraniam, a tym bardziej nie odradzam. Spróbujcie i wyróbcie sobie swoje zdanie. Może akurat Wy znajdziecie w tej historii coś, co Was poruszy i zachwyci. Tego Wam życzę!

 

wtorek, 01 maja 2018

Z „Chustką” a raczej z blogiem Joanny Sałygi miałam możliwość zapoznać się jakieś półtora roku temu. Od tamtej pory nie potrafiłam przestać myśleć o tej historii. Gdy dowiedziałam się, że zostanie ona spisana w formie książki, obiecałam sobie, że koniecznie ją przeczytam. Udało się!

 

Jeśli ktoś spytałby mnie, żebym w kilku słowach lub zdaniach szybko opisała o czym jest ta książka powiedziałabym, że to historia umierania, heroicznej walki o życie, o każdą godzinę, minutę i sekundę. Jednak ta definicja tylko połowicznie jest prawdziwa. Ona nie oddaje w pełni, jeżeli w ogóle oddaje, treści, tego, z czym czytelnicy stykają się podczas lektury. „Chustka” to prawdziwy i bezpośredni zapis zmagań z chorobą trzydziestokilkuletniej kobiety, przeplatany ogromną miłością do kilkuletniego synka, męża, a przede wszystkim do życia, które przecież niebawem może się skończyć. Joanna nie skupia się na tym. Ona smakuje chwile, które jeszcze jej zostały. I gdzieś podświadomie cały czas wierzy, że pokona raka, zobaczy jak jej ukochany synek dorasta, z podlotka stopniowo staje się mężczyzną. Marzy, że kiedyś zatańczy na jego weselu…

Joanna Sałyga nie rozczula się nad sobą, nie częstuje nas patosem, jaki zazwyczaj towarzyszy odchodzeniu. Nic z tych rzeczy. Jest po prostu szczera, często do bólu własnego, a także naszego, czyli czytających książkę. Dzieje się tak chociażby w chwili, gdy pisze list do syna. To czysta, niczym nie skażona miłość matczyna. Ten list jest tak intymny i osobisty, że chwilami zastanawiałam się, czy aby na pewno powinnam się z nim zapoznawać. Po kilku minutach doszłam do wniosku, że „Chustka” (bo tak też nazywano Joannę) publikując swoje intymne notatki na blogu ma pełną świadomość, że przeczytają je tysiące, a może i więcej osób. Warto dodać, że stronę Joanny odwiedzały i odwiedzają do tej pory, bo zostawiła ona po sobie swoiste świadectwo, tłumy internautów. Aż trudno ich zliczyć.

Wracając znów do pytania, o czym jest ta historia…z całą pewnością mogę przyznać, że to jedna wielka apoteoza życia. To piękny poradnik, jak cieszyć się z drobnostek. O tym, że nie powinniśmy czekać aż w naszym życiu wydarzy się coś spektakularnego i wtedy dopiero być szczęśliwym. Nie! Mamy być szczęśliwi TU I TERAZ! Bo przecież za moment wszystko może pęknąć i wtedy nie będzie już niczego. Dlatego powinniśmy czerpać garściami to, co otrzymujemy od losu. I być nieustannie wdzięczni, o czym wielokrotnie pisałam tutaj w swoich felietonach.

Nasza bohaterka w zaskakujący i dla nas trochę nietypowy sposób pokazuje nam, że odczuwanie radości jest naprawdę proste, tylko trzeba tego chcieć i przestać wiecznie narzekać. Bo ona nie marudzi, nie stęka, a jeśli już, to robi to tylko wtedy, kiedy ból jest nie do wytrzymania.

Na mnie ta opowieść zrobiła przeogromne wrażenie, a przede wszystkim wiele mnie nauczyła. Staram się wcielić w moje życie to, co chciała pokazać swoją postawą i zachowaniem Joasia. Myślę, że właśnie takie jest przesłanie tej opowieści, by nauczyć się żyć.

Blogowe notatki Joanny Sałygi ukazały się dzięki Wydawnictwu Znak.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

W życiu na każdego czeka nie tylko wiadro porażek, ale też miseczka szczęścia. Trzeba ją tylko odnaleźć. To cytat z książki Anety Rzepki „Miseczka szczęścia”. Opowieści, przy której odpoczniecie i zrelaksujecie się.

Przeważnie, jak pojawiam się w osiedlowej bibliotece, to doskonale wiem co chciałabym przeczytać. Mam swój sekretny zeszycik, w którym spisuję tytuły interesujących mnie książek. Ostatnio zjawiłam się bez kajetu. Nie miałam sprecyzowanych planów czytelniczych. Pragnęłam tylko oddać się jakiejś miłej lekturze o miłości, przyjaźni, niezbyt wymagającej ale i nie głupiej. Pani bibliotekarka, wysłuchawszy moich kryteriów, szybko pobiegła do jednego z regałów i przyniosła mi książkę „Miseczka szczęścia” autorstwa Anety Rzepki. Spojrzałam na okładkę i uśmiechnęłam się, bo czułam, że to jest to, czego wówczas szukałam. I Bogu dzięki nie myliłam się ani trochę.

Zanim przejdę do recenzowania, chcę napisać jeszcze, że uwielbiam, gdy w książkach splecionych jest kilka wątków, np: miłosny, sensacyjny, komediowy, itd.  Słowem – w jednej historii czytelnicy znajdują coś dla siebie. Jesteśmy różni i każdy z nas lubi co innego. Powieści (nawet te o mniejszej objętości) są według mnie wtedy pełniejsze. I ogromnie się cieszę i jestem usatysfakcjonowana, jako czytelniczka, że autorka zaserwowała mi taką opowieść.

Jest to przede wszystkim doskonała propozycja dla osób, które szukają w literaturze miłości niebanalnej, chcą pomarzyć, oderwać się na jakiś czas od codzienności, poprzeżywać to samo, co bohaterzy.

Życie Patrycji nie jest łatwe. Boryka się ona z różnymi problemami. Dziewczyna ciężko pracuje, chce wyjść ze skomplikowanej sytuacji rodzinnej, uwolnić się od matki alkoholiczki, wiecznie potrzebującej pieniędzy. Zależy jej na samodzielności, niezależności i życiu na własny rachunek. Czy uda się jej osiągnąć ten cel?

Patrycja nie wierzy w siebie. Jest osobą zakompleksioną. Wierzy, że już nic dobrego w jej życiu się nie zdarzy, że wszyscy zasługują na wspaniałego mężczyznę, ale nie ona. Jest pewna, że nie spotka miłości życia. A może i na nią szczęście czeka za rogiem? Jak zareaguje bohaterka, gdy los postawi przed nią przystojnego, ale mocno poturbowanego życiowo Radka? Czy tych dwoje da sobie szansę na związek, mimo tajemnic ukrytych głęboko w sercach?

Poznajemy także Renatę, matkę słodkich bliźniaczek. Kobieta znosiła wiele lat upokorzenia, cierpienia, doświadczała przemocy ze strony męża. Długo milczała, była ofiarą. Lecz któregoś dnia postanowiła, że zakończy tę gehennę i zacznie bezpiecznie żyć bez małżonka. Na szczęście stabilizację zawodową nie czeka długo, bowiem znajduję dobrze płatną pracę. W sferze uczuć też czekają zmiany, których nawet się nie spodziewa. Miejsce byłego męża zajmuje ktoś nowy. Ów człowiek dostarczy Renacie ogrom emocji. Czy Piotr jest osobą godną zaufania? Co łączy Renatę z Radkiem, chłopakiem Patrycji? Jak będą układały sie relacje kobiet? Nie mogę i nie chcę odpowiadać na te pytania. Odpowiedzi poznacie, gdy sięgniecie po „Miseczkę szczęścia”.

Nie żałuję czasu spędzonego z tą książką, wręcz przeciwnie. Gdybym mogła, chętnie przeczytałabym ją po raz kolejny. Nie ma w niej przekłamania, lukrowania, tak charakterystycznego dla tego typu powieści. Czytelnik ma wrażenie, że wszystko jest na miejscu, harmonizuje ze sobą, akcja toczy się w zawrotnym tempie i, co najważniejsze, dla wielu moli książkowych, treść nie jest przewidywalna. Książka zasługuje na uwagę.

Dodatkowy atut to przesłanie płynące z tej opowieści. Jego treść przytoczyłam już na samym początku tego tekstu. Wszyscy, bez względu na wykształcenie, pochodzenie, sytuację materialną, zasługujemy na szczęście, miłość, szacunek. Nigdy nie powinniśmy tracić nadziei i mówić, że to nie dla mnie, już wszystko stracone. Nieprawda! Dzisiaj jest tak, ale za chwilkę może być zupełnie inaczej, lepiej. Warto otworzyć drzwi nieznanemu. Gorąco polecam!


wtorek, 24 kwietnia 2018

Łatwo wpaść w pajęczynę kłamstw. Jeśli raz skłamiemy, nie możemy przestać. Czy zawsze nam się to opłaca? 

 

W fabułę debiutanckiej powieści "Miłość przychodzi z deszczem" Mili Rudnik wpisane jest kłamstwo. To w zasadzie główny motyw tej książki. Ono łączy i jednocześnie dzieli bohaterów. 

Marek i Marcin to bracia. Jednojajowi bliźniacy. Podobni do siebie jak dwie krople wody, identyczni. Marcin jest żonaty, Marek wolny. Ten pierwszy pragnie zostać ojcem, ale niestety jest to niemożliwe. Mężczyzna jest tak zdesperowany, że w jego głowie rodzi się pomysł. Szalony. Rzekłabym nawet, że chory i szatański. Ma on być lekiem na małżeńskie problemy oraz plastrem na wszystkie wewnętrzne rozterki. By spełnić swoje marzenie, Marcin posuwa się do szantażu.  Nad rodziny Marka i Marcina nadciągają złowrogie, burzowe chmury. Czy obejdzie się bez grzmotów?

To nie jest lukrowana opowieść o losach rodziny. To dramatyczna historia, pełna przykrych niespodzianek, nagłych zwrotów akcji. Tutaj nic nie jest pod kontrolą, a wręcz przeciwnie - szybko się spod niej wymyka. Autorka pokazuje, że każda nasza decyzja powinna być bardzo dokładnie przemyślana, bo w przeciwnym razie cena, jaką przyjdzie nam płacić, będzie naprawdę wysoka. Może nawet za wysoka dla niektórych. 

Lektura zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie potrafiłam się od niej oderwać, bo byłam ciekawa, co dalej się wydarzy, jakie będą konsekwencje postępowania braci. Czasami miałam ochotę wydać ocenę o danej postaci, ale gdy zagłębiłam się w treść, przeczytałam kilka stron więcej stwierdziłam, że to nie miałoby najmniejszego sensu. Poza tym, tutaj trudno wydawać opinię o kimkolwiek. Myślę, że byłoby to niezwykle krzywdzące.Pisarka w mistrzowski sposób uzmysławia, że w życie, czy tego chcemy czy nie, jest przewrotne, potrafi płatać nam figle i ukazywać przed nami najróżniejsze swe odcienie. 

"Miłość przychodzi z deszczem" to piękna i mądra książka dla ludzi o wrażliwym sercu. Akcja toczy się w dwóch przestrzeniach czasowych i ani na chwilę nie zwalnia. Postaci wykreowane przez Rudnik są realistyczne i wyraziste. 

Serdecznie polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią trudne powieści, dające do myślenia. 

 

 


czwartek, 19 kwietnia 2018

DROGA DO CIEBIE

 

dłonie mam dziś jak sople lodu

od niedotyku wątłe

w tęsknotę odziane

na wargach cierpki smak oczekiwania

aż skosztować będę mogła

owocu z raju

do niego wiele wyboistych dróg

pokonam każdą

by dotrzeć do Ciebie

 

ˆAgnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 19.04.2018 r.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Gdy sięgnęłam po pierwszy tom cyklu V.C. Andrews nie sądziłam, że „Kwiaty na poddaszu” zrobią na mnie az takie wrażenie. Wiedziałam, że będzie to książka o nietypowej tematyce, a ja takową uwielbiam. Lubię książki poruszające tematy tabu.

Nie mogłam się oprzeć. Musiałam szybko zapoznać się z dalszymi losami rodzeństwa Dollangagerów.

Po tragicznej śmierci najmłodszego członka rodziny, Chris i Cathy podejmują decyzje o ucieczce z poddasza. Realizacja tego planu zajmuje im wiele miesięcy, w trakcie których przygotowują się na każdą ewentualność. Gromadzenie środków zajmuje im sporo czasu, jednak żadne z nich się nie poddaje, tylko cierpliwie wyczekują chwili, której będzie im dane spełnić swoje marzenia. W końcu ich prośby zostają spełnione i rodzeństwo oddala się od miejsca, które przez wiele lat stanowiło dla nich prawdziwe więzienie. Z każdą kolejną chwilą znajdują się coraz bliżej miasta, z którym wiążą ogromne nadzieje. Niestety w trakcie jazdy autobusem, młodsza siostra nastolatków dostaje dość poważnego ataku i czym prędzej musi znaleźć się pod fachową opieką. Dollangangerom pomaga w tym czarnoskóra kobieta, która okazują się być gospodynią w domu dr Sheffielda. Mężczyzna bardzo szybko nawiązuje kontakt z nieufnym rodzeństwem i daje im poczucie bezpieczeństwa, o którym do tej pory mogli tylko pomarzyć.

„Płatki na wietrze” to świetna opowieść, która porusza wiele problemów. Jest tutaj wątek kobiety, która nade wszystko kocha pieniądze i zrobi dla nich wszystko – dosłownie. Jest także ukazane do czego może prowadzić nadmierny luksus. Jest też motyw zastraszenia.

Chyba najlepiej w tej książce jednak podobał mi się motyw miłości brata do siostry, ale jest ona tutaj przedstawiona w bardzo nietypowy sposób. W jaki? To już musicie sami przekonać się sięgając po „Płatki na wietrze”.

 

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

„Kwiaty na poddaszu” to historia pewnej, z pozoru zwykłej, rodziny. Piękna mamusia, kochający i scalający rodzinę w całość tatuś i czwórka słodkich dzieciaczków: Chris, Cathy i bliźniaki – Cory i Carrie. Żyją sobie sielankowo, nie są bogaci, ale to jakoś nie spędza im snu z powiek za bardzo.

Niestety, nic nie może wiecznie trwać. Sielanka kończy się także. Ukochany tatuś ginie w tragicznych okolicznościach, a matka jest życiową niedorajdą i nie potrafi poradzić sobie z utrzymaniem rodziny po śmierci męża. Postanawia wrócić do rodziców, którzy mają forsy jak lodu i żyją w ogromnym domu.

Jest jednak pewien problem – w momencie ślubu została wydziedziczona i musi się bardzo postarać, żeby ojciec przyjął ją z powrotem. W dodatku stary ojciec nigdy nie ma pojęcia o istnieniu dzieci i nie zanosi się na to, że mógłby je zaakceptować. Matka wraz z oschłą babką postanawiają więc ukryć dzieci w jednym z licznych pokoi do czasu, aż dziadek wybaczy ich całej rodzinie. Początkowo ma to być tylko kilka dni…

„Kwiaty na poddaszu” to okrutna i przerażająca baśń, ale za to strasznie wciągająca.

Dzieci mają dostęp do ogromnego strychu i to on tak naprawdę staje się ich jedynym kątem, gdzie mogą przebywać, rozmawiać ze sobą i jakoś egzystować. Są odizolowane od świata. Nikt nie może ich odwiedzać, jedynie stara, bezwzględna i okrutna babka i równie wstrętna (jak się później okazuje) matka, która okłamuje swoje pociechy.

W dodatku oni sami zaczynają dostrzegać dziwne zmiany w swoim zachowaniu. Zwłaszcza dotyczy to najstarszej dwójki. Dorastają, ich ciała się zmieniają. Muszą też coraz częściej pełnić rolę rodziców wobec bliźniaków, które powoli zapominają o innym życiu. Brat z siostrą niebezpiecznie zbliżają się do siebie…

Narratorką jest Cathy, jedna z bohaterek. To jej głosu słuchamy, jej zwierzenia (nawet te najintymniejsze) czytamy na kartach powieści. Ona opowiada nam co przeżywała na poddaszu wraz z rodzeństwem. Wszystko to okropnie przeraża Czytelników.

Trzeba podkreślić, że postaci wykreowane przez autorkę są wyraziste, ciekawe, dostarczają czytelnikom wielu wrażeń i emocji. Tutaj bohaterów można podzielić na tych dobrych, którzy niosą ukojenie oraz na tych zlych, których najchętniej wtrąciloby się do piekła albo od razu zabiło za ich wredne i nieludzkie postępowanie.

Uprzedzę Was, że historia opowiedziana przez Andrews kończy się dobrze, ale ma swój ciąg dalszy w innych tomach. Ja jestem pewna, że sięgnę po następne i zobaczę co wydarzy się w życiu postaci przedstawionych w tomie pierwszym.

Jeśli ktoś z Was czytając tą moją recenzję jeszcze nie odpowiedział sobie zdecydowanie na pytanie „czy przeczytać tę książkę”, to podpowiem Wam – przeczytać koniecznie. Tylko ostrzegam – książka jest gruba. Jednak czyta się ją bardzo szybko, druk jest dobry. Akcja zarysowana wyraziście, szybko się toczy. Polecam wszystkim!

 

sobota, 14 kwietnia 2018

 Joy Fielding jest autorką takich powieści jak „Laleczka”, „Grand Avenue”, „Ta druga” i „W pajęczej sieci”. Tą ostatnią książkę miałam okazję już kiedyś przeczytać, pamiętam nawer, że recenzowałam Wam ją na blogu. Polowałam w bibliotece na nią dość długo, ale w końcu udało się i przyznac muszę, że byłam zachwycona, tym co napisała autorka.

Tym razem w moje ręce trafiła powieść „Pierwszy raz” Joy Fielding. I co? Znowu się nie zawiodłam. Wprost przeciwnie! Sądzę, że jest to jedna z lepszych książek, jakie ostatnio było mi dane przeczytać.

Książka opisuje relacje pewnego, pozornie udanego małżeństwa z szesnastoletnim stażem. Mattie i Jake żyją sobie jak początek w maśle.Mają wymarzoną pracę, szesnastoletnią córkę, piękny dom. Można powiedzieć: żyć nie umierać. Jednak to tylko pozory sielanki. Za tym wszystkim, a raczej pod tym wszystkim kryją się problemy: zdrady Jake’a, samotne noce Marthy zwanej Mattie, zagubienie ich córki Kim oraz brak ciepłych i normalnych relacji pomiędzy członkami rodziny.

Po kolejnej awanturze w domu Jake postanawia skończyć z tą domową farsą i wreszcie zamieszkać z kochanką. I wtedy wydarzy się coś, co zmieni na zawsze życie tej rodziny. Coś, co zbliży ich do siebie. Wtedy po raz pierwszy małżonkowie poczują, że są naprawdę bliscy sobie.

Sytuacja, w której zostaną postawieni, pomoże pokonać im lęki przeszłości (trudnego dzieciństwa) i stawić czoło trudnej przyszłości. Jake i Mattie odnajdą w sobiewielkie pokłady siły a ich relacje będą trwalsze niż kiedykolwiek. Los jednak nie będzie dla nich łaskawy, bo mimo wszystko, z zaistniałej sytuacji nie ma wyjścia…

 W treść tej książki doskonale wpisuje się prawda Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Po lekturze powieści dochodzimy do wniosku, że trzeba cieszyć się każdym dniem, że nie warto drzeć kotów o byle co.

Nie jest to lektura łatwa, bo dotyka trudnego tematu. Polecam ją jednak wszystkim tym, którzy pragną zatrzymać się chociaż na moment. Zapewniam Was, moi drodzy Czytelnicy, że naprawdę warto!

 

wtorek, 10 kwietnia 2018

 Gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce książkę "Pod słońcem Toskanii" bardzo się ucieszyłam, bowiem bardzo lubię film o tym samym tytule. Jest on moim ulubionym. Jednak czy lektura spełniła moje oczekiwania czytelnicze i okazała się tak samo świetna jak film?

Pod słońcem Toskanii” autorstwa Frances Mayes to powieść w formie pamiętnika, która opisuje perypetie pary Amerykanów po ich przeprowadzce do Italii.

Pod słońcem Toskanii” najogólniej rzecz ujmując to pamiętnik opisujący zmagania pary Amerykanów, ktorzy postanawiają przeprowadzić się do Italii.

Narratorką jest czterdziestokilkuletnia Frances – kobieta pogodna, szczera i bezpośrednia.

Pisarka snuje opowieść o przygodach w Toskanii, a także o tym, co spotkało ją w życiu zanim wyruszyła w swoją podróż. Mocno doświadczona przez los, zaleczyła rany po nieudanym małżeństwie, spotkała nową miłość i dostała pracę, która ją satysfakcjonuje. Wydaje się, że bohaterka ma już wszystko to, co może uczynić ją szczęśliwą i spełnioną. Niestety, Frances w głębi duszy czuje, że do pełni szczęścia jeszcze czegoś jej brakuje. Podczas jednej ze swoich podroży do Włoch kobieta odnajduje odpowiedź na nurtujące ją pytanie. Zauroczona Toskanią podejmuje nagłą decyzję, że właśnie tu chce się osiedlić.

W samym sercu Val di Chiana znajduje dom z jej marzeń. Przekonana co do słuszności własnego pomysłu, kupuje starą posiadłość i postanawia ją wyremontować.

Początkowo Frances jest bardzo poirytowana tym, że budowa przedłuża się w nieskończoność. Jednak trwa w swoim postanowieniu.

Co jeszcze robi Frances w Italii? Sadzi warzywa, zrywa zioła i cały czas gotuje przeróżne włoskie potrawy i co najważniejsze angażuje się w to zajęcie bardzo. Moim zdaniem za bardzo. Gdy czytałam tą książkę miałam wrażenie, że bohaterka chce zarazić swoją pasją wszystkich czytelników. Prawie na każdej stronie z przesadną dokładnością podaje przepisy na dania, ktore udaje jej się przyrządzić. Nie raz i nie dwa miałam wrażenie, że pomyliłam półki w bibliotece i że wypożyczyłam zamiast interesującej książki obyczajowej, wielką księgę kucharską.

Przyznam szczerze, że książka mocno mnie rozczarowała. Liczyłam, że przeczytam optymistyczną opowieść o moim ulubionym zakątku na Ziemii, jakim są Włochy, a tymczasem dostałam nudną, ciągnącą się jak guma opowieść o tym, jak wykonać risotto z ćwikłą, sorbet z mięty i bazylii czy inne smakołyki, które niekoniecznie chciałabym wziąć do ust.

Jeżeli oczekujecie, że przeczytacie w książce “Pod słońcem Toskanii” o zwyczajach Włochów, poznacie bliżej ten region, czy chociażby dowiecie się więcej o zabytkach, nie sięgajcie po tę powieść. Szkoda Waszego czasu.

 

piątek, 06 kwietnia 2018

 JESTEM TĘSKNOTĄ

uciekam

przed sobą

Tobą

milionem spadających gwiazd

zwiastujących eldorado

w lustrze oczu Twoich

widzę tęsknotę

od niej nie ucieknę

cała nią jestem

 

ˆ Agnieszka „MAGOU”Maciejewska, dn. 6.04.2018r.

wtorek, 20 marca 2018

 PRZEDAWKOWANIE

 Emilowi...

jej linie papilarne

jeszcze drżą

ćwierćnutami obecności

podarowanej bezgłośnie i w niewielkiej dawce

żeby nie przedawkować

ona wie że wtedy najłatwiej

stracić kontrolę

 

ˆAgnieszka „MAGOU”Maciejewska, 19.03.2018 r.

środa, 14 marca 2018

 DROGA DO SPEŁNIENIA

 

nieruchomieję

gdy wypełniasz przestrzeń

feromonami się komunikujemy

bo nam zwyczajnie brak odwagi

by odciąć pępowinę przeszłości

i zacząć żyć

bez znaków zakazu

spomiędzy krat zielone liście

kiełkują jak szalone

róża w wazonie

też jakaś śmielsza

jej płatki płoną

pamięta pewnie jeszcze Twój dotyk

tak jak ja

bo nie da się zapomnieć

drogi do spełnienia

 

ˆ Agnieszka „MAGOU” Maciejewska, dn. 14.03.2018r.

czwartek, 01 marca 2018

Do sennego miasteczka Salem Falls w Nowej Anglii przybywa przystojny Jack St. Bride. Kiedyś był nauczycielem w prywatnej szkole dla dziewcząt, ale jego życie legło w gruzach z powodu zakochanej w nim uczennicy.

W Salem Falls zatrudnia się jako pomywacz w restauracji należącej do Addie Peabody. Wkrótce między  właścicielką, a Jackiem rodzi się uczucie. Wydawać by się mogło, że nic nie zdoła zagłuszyć tej sielankowej atmosfery i spokoju tych dwojga. Życie jednak bywa bardzo przewrotne.

W miasteczku mieszkają cztery nastolatki, które obierają sobie Jacka za cel. Bardzo szybko zamieniają życie byłego nauczyciela i jego ukochanej w piekło. Chłopak zostaje posądzony o gwałt.

Addie oczywiście nie może w to uwierzyć. Jak to się stało, że taki spokojny i ułożony mężczyzna mógł dopuścić się tak haniebnego czynu. Kobieta nie jest w ogóle świadoma, że zanim Jack zatrudnił się u niej jako pomywać, także siedział w więzieniu za przestępstwo na tle seksualnym. Czy „przybysz” odsłoni tajemnice swojej przyszłości przed właścicielką restauracji?

W powieści mamy ukazanych wiele wątków magicznych, ale w żadnym wypadku nie jest ona ani powieścią fantasy ani horrorem. To opowieść o walce o własną godność, dobre imię, o walce z uprzedzeniami.

Książka liczy prawie pięćset stron. Czasami wydaje się nudna, bo opisy są dokładne i długie, ale uważam, że mimo wszystko warto ją przeczytać.

Autorka stworzyła galerię ciekawych i nietuzinkowych postaci, z których każda wnosi coś interesującego w akcję.

 

Fabuła książki „Czarownice z Salem Falls” nie trąci banałem. Wprost przeciwnie. Picoult powoli rozwija akcję, cały czas trzymając w napięciu, niekiedy stosując element zaskoczenia.

środa, 21 lutego 2018

MIM

nie wiem czy chcę

od … do…

z dnia na dzień

z godziny na godzinę

endorfinom pole do popisu dawać

a gdy światła zgasną

i pustka czterech ścian zajrzy w okna

w Penelopę się zamieniać

za Odysem wyglądać

poduszce mokrej od łez

teatralnym szeptem nieporadnie się spowiadać

 

echo własnych myśli słyszę

niczym bumerang powracają

mam dość

jak długo będę musiała tak stać

przyklejona do podłogi

w roli mima

 

 
1 , 2 , 3