Z książką przez życie

Wpisy

  • poniedziałek, 29 stycznia 2018
    • #21. Katarzyna Grochola „Podanie o miłość”

      Chociaż lubię prozę, to nie przepadam za wszelkimi zbiorami opowiadań. Nudzą mnie. Poza tym zazwyczaj poirytowana jestem tym, że brakuje w nich pewnej ciągłości. W przypadku „Podania o miłość” Katarzyny Grocholi te uczucia odsunęłam na bok.

      Katarzyna Grochola jest córką polonistki i prawnika. Ukończyła VII Liceum Ogólnokształcące im. Juliusza Słowackiego w Warszawie. Zanim zajęła się literaturą pracowała jako salowa, o czym pisze w jednej ze swoich książek (mojej ukochanejm, polecam bardzo gorąco!) zatytułowanej „Zielone drzwi”. Była również konsultantką w biurze matrymonialnym oraz jako pomocnik cukiernika. Współpracowała m.in. z czasopismami „Jestem” i „Poradnik Domowy.” W 2010 Grochola uczestniczyła w dziewiątej edycji programu telewizyjnego Taniec z gwiazdami, w którym zajęła trzecie miejsce razem ze swoim partnerem – Janem Klimentem. Jej córką jest Dorota Szelągowska

      Do tej pory miałam okazję przeczytać trzy książki tej autorki i w każdej znalazłam coś dla siebie. Jak już wspomniałam w powyższej notce, najbardziej wartościową i mądrą powieścią, do której pragnęłabym wrócić raz jeszcze jest książka „Zielone drzwi. To niejako autobiograficzna historia, w której czytelnik znajdzie wszystko – począwszy od humoru, zabawnych sytuacji, świetnie nakreślonej charakterystyki poszczególnych bohaterów, po nostalgię, zadumę i żal. Nie zawiedziecie się, gwarantuję!

      Recenzowana przeze mnie dziś pozycja spod pióra autorki „Ja Wam pokażę” czy „Osobowości ćmy” wcale nie jest gorsza. Inna od pozostałych, ale nie mniej ciekawa.

      Nie spodziewałam się, że Katarzyna Grochola znowu ukaże mi się jako pisarka nostalgiczna, refleksyjna, taka która nie boi się trudnych emocji a do tego genialnie umie zobrazować je słowem przed swoimi czytelnikami. Pochyla się nad człowiekiem takim, jakim on jest – bez upiększeń, z jego licznymi zaletami ale i wadami. Wie, że przedstawione przez nią postaci niejednokrotnie dźwigają ciężkie bagaże doświadczeń,  a mimo to stara się wniknąć do wnętrza, przygląda się, wciela się w rolę psychologa. Obserwuje, ale nikogo nie ocenia i nie osądza. Uważam, że to zabieg celowy, gdyż to my, czytelnicy, winniśmy sami dokonać oceny konkretnych postaci.

      Mamy tu dziesięć kilkustronicowych utworów. Z pozoru zupełnie różnych, choć uważni dostrzegą, że można znaleźć kilka elementów, motywów, które misternie łącze ze sobą te historyjki. Zaznaczyć trzeba, że w każdym najważniejszy jest człowiek i jego problemy, a raczej małe i wielkie tęsknoty, dramaty, rozczarowania, kłopoty.

      Niektórzy mogą zarzucić, że Grochola zwraca uwagę na sprawy błahe, drobiazgowe czy wręcz banalne. Ale w tej drobazgowości, w szarej codzienności tkwi autentyzm tego zbioru. Przekonujemy się, że z tych małych, czasem głupich spraw, składa się nasze życie, które jest tak mocno dalekie od idealnego.

      Komu polecam „Podanie o miłość”? W pierwszej kolejności miłośnikom krótkich form literackich. Myślę, że ci, którzy szukają niezobowiązującej książki, przy ktorej można się zadumać o tym, co najistotniejsze – także będą zadowoleni.

      Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko życzyć Wam wspaniałych wrażeń czytelniczych i interesujących wniosków podczas czytania. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 stycznia 2018 16:16
  • piątek, 26 stycznia 2018
  • czwartek, 25 stycznia 2018
    • #20. Marta Grzebuła "Dotyk przeznaczenia"

      Toksyczny związek to coś, co wypełnia życie cierpieniem, walką i poczuciem bezradności. Niektórzy tkwią w takich relacjach latami, nie wiedząc jak je uzdrowić lub sprawnie zakończyć – czytamy na stronie michalpasterski.pl. Z podobnym problemem zmagała się Helena Chodowska, bohaterka książki „Dotyk przeznaczenia” autorstwa Marty Grzebuły.

      Helena, troskliwa matka i dobra żona. Od wielu lat znosi najróżniejsze upokorzenia ze strony męża Jerzego, toleruje nawet jego zdrady. Życie kobiety jest monotonne, brak w nim jasnych i ciepłych barw. Żadnych zmian, ciągle te same schematy powtarzane dzień po dniu, reakcje, słowa, które zdążyły wryć się doskonale w pamięć, choć przynoszą coraz większy ból, są udręką. Swoisty labirynt a w nim zaplątała się tajemnica, skrzętnie skrywana. Gdy wyjdzie na jaw, nic nie będzie takie samo. Czy Helena, Jerzy, Patrycja i Adam udźwigną ciężar własnych decyzji? Czy wystarczy im odwagi aby odmienić swoje losy?

      Przeznaczenie – jakaś siła, której nie możemy dotknąć ani zobaczyć. Zazwyczaj poddajemy się jej, bo coś nas ciągnie do przodu. Tutaj zdecydowanie nie ma miejsca na negocjacje, dyskusje czy zastanowienie. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie, jak to jest – jesteśmy kowalami własnego losu? A może gdzieś w przestrzeni (niektórzy mawiają, że w gwiazdach) każdemu zapisano co do niego należy? Odpowiedzi jest nieskończona ilość. W zasadzie tyle, ile nas samych na ziemi.

      Często nieumiejętność odpowiedzenia na te pytania popycha ludzi  w ślepy zaułek, jakim jest obwinianie innych za to, co nas spotyka. Próbujemy z uporem zrzucać winę na innych i do tego obarczyć odpowiedzialnością. Sami zaś jesteśmy czyści jak łza. Niestety, błędne myślenie, zwykła ułuda. Podobnie dzieje się w historii przedstawionej przez panią Martę Grzebułę.

      Helena choć jest już po czterdziestce, to nadal jest zahukaną, zakompleksioną kobietą, która wiecznie potrzebuje czyjegoś wsparcia, nie umie być silna i niezależna. Albo nie chce. Nigdy nie bierze spraw w swoje ręce, w zamian za to czeka, co też zgotuje jej los, a ten przecież bywa bezlitosny. Nieustannie przepraszająca cały świat i tłumaczy się jak uczennica, często zupełnie niepotrzebnie. Poddana małżonkowi, cichutka. Zamiast rozkwitać, ona praktycznie więdnie. Staje się cieniem samej siebie. Z jednej strony spełniona, ale z drugiej nie ma na nic siły i na nic już nie czeka. Uśmiech, od czasu do czasu pojawiąjący się na jej twarzy, jest jedynie maską zakrywającą rozpacz, bezgłośne wołanie o pomoc i tęsknotę za bezpowrotnie minionym i utraconym. Czy długo da radę odgrywać takie przedstawienie? Jaką cenę zapłaci za tę grę?

      Chylę nisko czoła przed autorką tej powieści i jednocześnie dziękuję pięknie, że mogłam zapoznać się z „Dotykiem przeznaczenia”. Chyba wielokrotnie pisałam w moich recenzjach o tym, że kocham książki trudne, z zawikłanymi wątkami, w których postaci są nieodgadnione, skłaniające czytelnika do myślenia. A ta bez dwóch zdań wspaniale wpasowuje się w tę charakterystykę. Mnóstwo tu odniesień do psychologi, do wnętrza ludzkiej psychiki, duszy. Możemy także poznać szczegółówy opis dwóch światów – kobiety i mężczyzny. Z pewnością zwrócimy uwagę na to, że jedno i drugie zupełnie inaczej rozumuje, różnie patrzy na zagadnienia życiowe.

      Autorka po mistrzowsku przelała na papier ferię emocji – od tych dobrych, aż po te, od których pragniemy uciec. Myślę, że zabieg ten został użyty celewo, by snuta opowieść była bardziej realistyczna, jak i bohaterowie w niej występujący. Przecież nie wie nikt, czy obok nas nie mieszka osoba o podobnych przeżyciach, jakie miała główna bohaterka. Sekret, o którym wcześniej wspomniałam, był dodatkowym atutem tej opowieści. Pełno w niej niedopowiedzeń, niezamkniętych rozdziałów.

      Przyznam szczerze, że po przeczytaniu całości miałam łzy w oczach i w głowie od razu pojawiło się mnóstwo refleksji i odniesień do mojego życia. Trochę gorzkich, ale i takie muszą się też pojawiać. Jedno ze stwierdzeń, dobrze zresztą znanych, które zaświtało brzmiało: „Prawda zawsze wychodzi na jaw”. Tak, dlatego nie powinniśmy karmić się wzajemnie niedopowiedzeniami albo wręcz kłamstwami. Nic dobrego one nie przynoszą.

      Jedynym minusem zaserwowanej przez Panią Martę historii jest jej zakończenie, które według mnie, było zbyt naciągnięte, cukierkowate i oderwane klimatycznie od wcześniejszych wątków. Mimo tego maleńkiego zgrzytu końcowego oceniam „Dotyk przeznaczenia” na szóstkę, ponieważ lektura jest niezwykła, warta poznania, mądra. Kto ją przeczyta, gwarantuję, że nie zapomni o niej szybko. I taki powinien być wyznacznik dobrej literatury.

      Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Pani Marcie Grzebule z nadzieją, że będę miała jeszcze okazję zrecenzować i polecić fanom tego bloga kolejne, cudowne pozycje literackie spod Pani pióra.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 stycznia 2018 14:32
  • poniedziałek, 22 stycznia 2018
  • sobota, 20 stycznia 2018
    • #19. "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" - recenzja książki

       Dzisiaj chciałabym napisać Wam co nieco o książce, którą już dość dawno planowałam przeczytać i wejść w jej posiadanie. Tylko szczerze mówiąc nie miałam czasu jej poszukać.

      Jednak w naszym życiu są Dobre Duszki, które odgadują nasze myśli, nasze pragnienia i co więcej – spełniają je. W tym przypadku moim Dobrym Duszkiem okazała się moja rodzona siostra, Wiola. Mówiąc w skrócie, sprezentowała mi książkę autorstwa Sherry Argov „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?” plus jeszcze drugą część tej książki „Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy?” Nikomu chyba nie muszę pisać, jak wielką radośc sprawiła mi tym prezentem. Od razu zabrałam się do czytania i postanowiłam, że gdy tylko skończę czytać, zrecenzuję Wam ją.

      Muszę się przyznać, że ilekroć idę do księgarni lub mojej zaprzyjaźnionej biblioteki i staję przed regałami, na których ustawione są poradniki, ogarnia mnie niepewność, niewiadoma i strach. Nigdy nie wiem, czy warto skusić się i wypożyczyć dany poradnik.  Czy przypadkiem lektura jego nie okaże się czasem straconym? Zazwyczaj książki tego typu są napisane na jeden styl. Autorzy zazwyczaj wcielają się w rolę moralizatorów, ich „ton” przypomina ten, który posługuje się ksiądz, głoszący kazanie w kościele. Nie brakuje w nich sloganów typu: „Harmonia ciała i umysłu sprawi, ze poczujesz się szczęśliwa”, „Bądź dobra dla innych, bo tylko dobro zostanie wynagrodzone” i tego typu bzdury, w które większość z nas (niestety!!!!!) wierzy. Zupełnie jakbyśmy nie mieli swojego własnego rozumu.

      Jakież było moje zdziwienie, kiedy na kartach „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” nie znalazłam rad podanych powyżej. Wprost przeciwnie. Książkę Sherry Argov określiłabym poradnikiem dla niegrzecznych dziewczynek albo „Jak być rogatą duszą i nie dać sobie w kaszę dmuchać?” Sądzę, że to jest bardzo przydatna wiedza, nie tylko dla kobiet (chociaż przede wszystkim), ale przyda się ona także tym, którzy dotychczas wyznawali zasadę „Pokorne ciele dwie matki ssie”. Autorka udowadnia, że kobieta nie musi być wcale najlepszą przyjaciółką kobiety, a przynajmniej nie w relacjach z mężczyznami.

      Właściwie teraz powinnam przejść do tego, kim jest tytułowa „zołza”? Zołza kojarzy nam się z kobietą, a w zasadzie zgryźliwym babsztylem, wiecznie nadąsanym i kłapiącym ozorem. Tu nie chodzi o taką osobę. Tytułowa zołza to dziewczyna/kobieta , która ma życzliwe usposobienie, ale jest silna i nie da wejść sobie na głowę. Taka kobieta nie zrezygnuje z własnego życia tylko po to, aby zadowolić mężczyznę, o nie! Ona ma swoje życie, swoje zainteresowania, i jeśli tylko ma ochotę na rozwijanie swoich pasji, to będzie to robiła. Ona nie będzie uganiała się za nim, gdy on zapomni przyjść na umówioną randkę. Gdy będzie chciał ponownie się spotkać, uśmiechnie się słodko i powie: „Och wybacz mi, ale tym razem ja nie mogę, bo mam akurat areobik (czy cokolwiek innego). Ale możemy się spotkać w przyszłym tygodniu. Co Ty na to?” W ten oto sposób daje do zrozumienia jemu, że ceni swój czas i to ONA dyktuje warunki, a nie on.

      Autorka tego poradnika pisze wyraźnie: „Sukces w miłości nie zależy od wyglądu, ale od naszej postawy.” My, kobiety same decydujemy na co pozwalamy naszym mężczyznom, a na co nie. Argov uczy, że nikt nie będzie miał do nas szacunku, jeśli my same nie będziemy go mieć dla siebie.

      „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?” to poradnik napisany z humorem. Wszystko to, o czym pisze autorka jest wiarygodne, gdyż przytacza ona wiele rozmów z mężczyznami, w których Ci, opowiadają, co tak naprawdę przeszkadza im w zachowaniu kobiet i dlaczego ich związki rozpadły się albo dlaczego tkwią w związku z brzydką, niebogatą kobietą, na którą nikt w rzeczywistości by nie spojrzał. A ten mężczyzna akurat wybrał sobie ją za żonę. Dlaczego? Dlatego, ze ona jest kobietą nieosiągalną. Ceni się wysoko, a to jest wyraźny znak, że zna swoją wartość i nie pozwoli, aby mężczyzna traktował ją jak pierwszą lepszą.

      Po przeczytaniu pierwszej części zabrałam się od razu za drugą „Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy?” I tu nastąpiło wielkie rozczarowanie. Sherry Agrov powiela schematy, rady, które zaprezentowała we wcześniejszym tytule. Właściwie druga część to taki replay tej pierwszej. A szkoda, bo przecież relacje damsko-męskie to temat rzeka, który można by rozwijać jeszcze w wielu książkach. Tymczasem Argov poszła na łatwiznę, nie wysiliła się, aby zgłębić temat jeszcze bardziej.

      Dobrze, że chociaż pofatygowała się i nakreśliła temat w swojej pierwszej książce, która mimo różnych opinii moich koleżanek, uważam, że jest fenomenalna i nie byłoby mi szkoda na nią pieniędzy, czego niestety nie mogę powiedzieć o książce „Dlaczego kobiety poślubiają zołzy?”

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 20 stycznia 2018 13:23
  • środa, 17 stycznia 2018
  • wtorek, 16 stycznia 2018
    • #18. Barbara Iskra Kozińska „Dom nad Borkiem”

      Książek o miłości przeczytałam w swoim życiu bardzo dużo. Jedne zachwyciły mnie i oczarowały, nad innymi zaś nie rozmyślałam wiele. Historii, które po prostu mną potrząsnęły, poruszyły wszystkie struny mojej duszy poznałam niewiele. Dlatego tym większa moja radość, że właśnie taką opowieść zaserwowała mi Barbara Iskra Kozińska.

      Większość z Was powie, że miłość to strasznie oklepany temat i wyczerpany w całości. A co byście powiedzieli gdyby teraz ktoś przedstawił Wam czuły, nieupiększony i poruszający każdą strunę duszy, obraz miłości? Ja rzekłabym – wchodzę w to! I tak też zrobiłam. Sięgnęłam po „Dom nad Borkiem” Barbary Iskry Kozińskiej. No i zostałam wciśnięta w siedzenie. Takich uczuć, emocji, gwałtownej lawiny wspomnień oraz wzruszenia nie podarowano mi dawno. Dodatkowo akcja dzieje się w mieście, o którym swego czasu sporo się nasłuchałam. Czegóż więcej mogłam chcieć?

      Autorka „Domu nad Borkiem”  to pisarka i poetka. Czytelnicy mogli ją poznać dzięki dwóm, wcześniej wydanym powieściom historycznym: „Czerwone niebo nad Wołyniem” i „Maria”. Barbara Iskra Kozińska prowadzi jeszcze pensjonat „Sosnówka”, który znajduje się nad jeziorem Borek przy granicy z Niemcami. I to właśnie ten zakątek Polski postanowiła opisać w swej najnowszej książce pisarka.

      Do Kosarzyna, swojej rodzinnej wioski, przyjeżdża latem na odpoczynek Majka wraz ze swoim dorosłym synem. Bohaterka jest kobietą po przejściach. Małżeństwo z psychicznie chorym alkoholikiem zdążyło odcisnąć piętno na jej życiu. Majka twierdzi, że nic cudownego  jej nie spotka. Nie oczekuje niczego. Przypadkowe spotkanie dawno nie widzianego kolegi ze szkolnych lat – Janusza – sprawia, że świat naszej bohaterki zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Można by zapytać – może w końcu uśmiechnęło się szczęście?

      Książkę „Dom nad Borkiem” w stu procentach należy zaliczyć do gatunku powieści obyczajowej z elementami romansu. Dwójka bohaterów w średnim wieku, nie spodziewają się prezentu od losu, a jednak ten postanawia zrobić im niespodziankę. Czy zdecydują się ją przyjąć? Jak zareagują?

      Kozińska ciekawie zarysowała główne postaci, czyli Majkę i Janusza. Psychologicznie zwracają na siebie uwagę. Są realistyczni – tacy jak ja i Ty. Czytelnicy mogą spokojnie utożsamiać się z nimi.

      Jak już wspomniałam, motywem przewodnim tej lektury jest miłość. Ta szalona, zwariowana, nagła, namiętna, czasami trudna, która motywuje do przemian, porzucenia swego dotychczasowego życia i pójścia przed siebie, a zostawienia daleko w tyle tego, co złe. Czytając tę książkę zauważyłam, że autorka nie moralizuje, nie ocenia. Od tego są ci, którzy wezmą do ręki powieść „Dom nad Borkiem”. Ich Kozińska prowokuje do myślenia, ukształtowania własnej opinii.

      Nie bez znaczenia są tutaj także opisy przyrody. Bardzo plastyczne zresztą, co oddziałuje na zmysły czytających. Zamykasz oczy i widzisz ścieżki w Kosarzynie, którymi prowadzi nas autorka a zarazem główna bohaterka – Majka. Jeziora, łąki – tam możemy wędrować. Miejscem, ktore często wspomina kobieta, jest Gubin. On odgrywa tutaj również swoją rolę. Żałowałam jedynie, że tak mało dowiedziałam się o tej miejscowości, pragnęłam dogłębniej ją poznać. Mam nadzieję, że kiedyś to nadrobię.

      Język, jakim posługuje się Barbara Iskra Kozińska jest prosty, lekki i płynny. Czytając tę powieść, czułam się jakbym płynęła. Szalenie podobał mi się ten sielski klimat Kosarzyna. Te nieśpieszne wędrowanie. Zapachy, smaki, ćwierkanie ptaków i coś, w czym jestem zakochana bezgranicznie, śpiew i dźwięki gitary – odczuwałam całą sobą, przeżywałam to tysiąc razy intensywniej.

      Nie wiem, czy znajdę jakiekolwiek słowa, które oddadzą to, co myślę o tej powieści. Odebrałam ją nader osobiście. Każdy element fabuły był dla mnie niezmiernie istotny. Chwilami zastanawiałam się nawet co się ze mną dzieje, bo przecież to tylko fikcja literacka. Nie szkodzi! Absolutnie nie zmieni ten fakt mojej opinii. I nie pogniewam się, jeśli będę  miała w bliższej bądź dalszej przyszłości okazję, zapoznać się z podobnymi historiami literackimi. Są one miodem na moje serce.

      Komu polecam „Dom nad Borkiem”? Wszystkim, bez wyjątku – kobietom, mężczyznom, zakochanym i nie, singlom, żonom, mężom i tym, którzy z uporem maniaka wmawiają sobie i innym - ja to już wszystko przeżyłem! Doprawdy?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 stycznia 2018 17:34
  • niedziela, 14 stycznia 2018
  • sobota, 13 stycznia 2018
    • #17. Kolorowanki dla dorosłych – o co chodzi?

      Na czym polega fenomen kolorowanek dla dorosłych? Czy przynoszą tyle frajdy, jak zapowiadają wydawcy? Dzisiaj miałam okazję poszukać odpowiedzi na te pytania.

      Wszyscy oszaleli na punkcie malowanek antystresowych. Kolorują już nie tylko dzieci, ale także dorośli. Moi znajomi ciągle opowiadają o zaletach tych nietypowych książek, relacjonują swoje postępy w kolorowaniu. Postanowiłam i ja zmierzyć się z nimi, a przy okazji przypomnieć sobie, jak to było, gdy miałam kilka lat i bawiłam się w malarkę. Przyznam się do jednego – dawno tak świetnie się nie bawiłam i nie wyluzowałam. A to całe zamieszanie spowodowała moja siostrzenica, która postanowiła zrobić mi prezent, bo zdradziłam jej w luźnej rozmowie, że chętnie stałabym się właścicielką antystresowego „wynalazku”. W końcu egzaminy zbliżają się wielkimi krokami.

      Źródło radości i relaks dla kobiet w każdym wieku, niezależnie od upodobań - taką zachętę przeczytałam na okładce. Pomyślałam sobie – całkiem fajnie się zaczyna, wchodzę w to. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. I nie załuję!

      Moja kolorowanka nosi tytuł „Kolory szczęścia”. A w środku mnóstwo rysunków, które dopracowane są w najdrobniejszych szczegółach. Obrazki mają maleńkie elementy do pokolorowania. Niektórym osobom wypełnienie ich kolorem może sprawić nie lada problem, gdyż trzeba być niesamowicie precyzyjnym, nawet w doborze barw oraz w ich właściwym poprowadzeniu. Zauważyłam, że cały kłopot polega na tym, że w tej zabawie należy być konsekwentnym i uważnym, a przyniesie to niesamowite efekty. O cierpliwości nie wspomnę.

      Naukowcy głoszą, że kolorowanie pobudza fale mózgowe alfa, co sprawia, że znajdujemy się w stanie relaksacyjnym. Skupiamy się na tej czynności, wyciszamy się, a także poprawiamy sobie humor, co według mnie, jest wielkim plusem. Poza tym, podobno kolorowanki dla dorosłych znakomicie sprawdzają się w terapii zaburzeń psychicznych, szczególnie u ludzi z depresją. Wypełnienie pustej przestrzeni wymaga koncentracji, a dzięki temu uwalniamy głowę z natłoku natrętnych myśli.

      Mnie taki sposób na odstresowanie szalenie się podoba. I co najważniejsze – działa. Sprawdziłam od razu, gdy tylko dostałam książkę do ręki. Po oderwaniu się od rysowania miałam wrażenie, jakbym była w zupełnie innym świecie – lepszym. Myślę więc, że w stu procentach spełnia swoje zadanie.

      Kolorowanki dla dorosłych z czystym sumieniem polecam przede wszystkim osobom pełnoletnim. Nie dlatego że treść zawarta w wyżej wymienionej jest niedozwolona dla dzieci i młodzieży, nic z tych rzeczy. Jednak my, dorośli, znacznie częściej potrzebujemy spojrzenia na otaczający świat z zupełnie innej perspektywy, z dystansu, przysłowiowego zresetowania się. Jak już wspomniałam wcześniej, dopiero zaczęłam swoją przygodę z tą wyjątkową książką, ale mogę stwierdzić, że jestem jej fanką i chętnie zapoznam się z następnymi publikacjami z tej serii.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „#17. Kolorowanki dla dorosłych – o co chodzi?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 13 stycznia 2018 18:19
  • środa, 10 stycznia 2018
    • #16. Joanna Jurgała – Jureczka „Tajemnice prowincji”

      Lubicie poczuć od czasu do czasu dreszczyk emocji podczas czytania? A może mieli byście ochotę odkryć jakąś tajemnicę? Jeżeli na jedno i drugie pytanie odpowiedzieliście twierdząco, to zachęcam do przeczytania powieści „Tajemnice prowincji” Joanny Jurgały-Jureczki.

       

      Pośród starych drzew zdziczałego parku stoi wielki pałac – własność hrabiny. Przechowuje on pamięć arystokratycznej rodziny Doenhoff. Grube mury kryją echo minionej świetności. Tuż obok pałacu, znajduje się  Domek Leśniczego, stanowiący dziś obiekt żywej historii jako obecne Muzeum Hrabiny Franciszki, która nieustannie strzeże z zaświatów dziedzictwa. Los zmarłej arystokratki skrzyżuje się z drogą głównej bohaterki recenzowanej książki – Justyny Skotnickiej.

      Justyna powraca w rodzinne strony, gdzie pracuje jako miejscowy kustosz muzeum hrabiny. Ma jeszcze jedno, niełatwe zadanie – ma pełnić rolę opiekunki swoich dwóch niesfornych chrześniaków – zbuntowanego nastoletniego Maćka i młodszego Kuby. Kobieta wcale nie wiąże przyszłości z Brzozowem, chce się tu zatrzymać jedynie na rok, by wreszcie zatrudnić się w galerii artystycznej w Krakowie.  Jednak monotonny wypoczynek na prowincji zostaje ubarwiony intrygującymi wydarzeniami, a dotychczas spokojne Brzozowo przeobraża się w metropolię. Skotnicka poznaje nietypowych mieszkańców, którzy skutecznie urozmaicają dziewczynie pobyt. W tym miejscu nie można pominąć postaci Jana – bliskiego krewnego hrabiny. Ten nie zyskuje sobie sympatii naszej bohaterki.

      Justyna poznaje dobrze dzieje rodziny Kossaków, a pewien obraz stanie się inspiracją do kolejnych zmian w jej życiu, ich skutki odbiją się echem w lokalnych mediach. Jak wszystko się zakończy? Tego dowiecie się, gdy przeczytacie „Tajemnice prowincji” Joanny Jurgały – Jureczki.

      Autorka przybliża czytelnikowi Śląsk Cieszyński – jego mieszkańców, zwyczaje. Robi to subtelnie i nie narzucając nic odbiorcy. Razem z Justyną Skotnicką mamy okazję obserwować uroki miasteczka, wszystkie blaski i cienie społeczności małomiasteczkowej. Narracja jest płynna, co według mnie, podkreśla jeszcze bardziej sielskość i swobodny styl życia ludzi mieszkających na prowincji. Ponadto, pisarka pozwala nam na to, abyśmy zachwycili się przyrodą, zmiennością pór roku, niejako poczuli tamtejszy klimat.

      Na uwagę zasługuje fakt, że w powieść nie koncentruje się wyłącznie na wątkach historycznych. W całość Jurgała-Jureczka wpotła również wątek miłosny czy chociażby intrygę, dzięki której akcja znacznie nabiera tempa. Uważam, że zastosowanie takiego zabiegu literackiego dodało książce atrakcyjności i w stu procentach spełniło swoje zadanie.

      Jestem przekonana, że opowieść zaciekawi najbardziej wybrednego czytelnika, a szczególnie tych, którzy pasjonują się historią. I tej właśnie grupie chciałabym szczerze polecić tę książkę. Udanej lektury!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 10 stycznia 2018 15:59
  • poniedziałek, 08 stycznia 2018
  • niedziela, 07 stycznia 2018
    • #15. Monika Szwaja "Zatoka trujących jabłuszek"

      Istnieje naprawdę, w przeciwieństwie do Klubu Mało Używanych Dziewic, który ożył tylko na kartach książek Moniki Szwai. Jego „matki założycielki” zdobyły sobie wszakże taką sympatię Czytelników, jakby były najprawdziwsze w świecie.

      Fani książek Moniki Szwai pewnie doskonale pamiętają i wiedzą, że powieść, o której chciałabym dzisiaj trochę napisać, jest trzecią częścią z serii opowiastek o kumpelkach z LO, które po latach postanowiły spotkać się ponownie po to, by zbawiać świat i uszczęśliwiać siebie i wszystkich dookoła. Jak wiadomo, niektóre kobiety nie osiągną pełni szczęścia do momentu, aż nie znajdą sobie księcia z bajki, przy którym będą mdleć z rozkoszy.

      W „Zatoce trujących jabłuszek” autorka zabiera swoich wiernych Czytelników w podróż na Karaiby katamaranem. Jest tam słodko, miło, kolorowo i pachnąco.  Gdy zapoznajemy się z przygodami, jakie przeżywają bohaterzy biorący udział w wycieczce życia, przez chwilę odczuwamy coś w rodzaju błogostanu. Szum fal, lekki wiatr, plusk nadpływających ryb – sprawia, że sami chętnie znaleźlibyśmy się w podobnej scenerii. Tylko, że po jakimś czasie ze zdumieniem możemy stwierdzić, że właściwie zaczyna się robić nudno i mdło. Bo o czym w zasadzie można rozmawiać z ludźmi, których widzimy na okrągło, z którymi przerobiło się już chyba wszystkie możliwe tematy? Czasem człowiek potrzebuje również pobyć sam na sam z własnymi myślami.

      Niestety, tej sielanki i przesłodzonej atmosfery Szwaja zaserwowała nam w ogromnej ilości, gdyż przygodzie na oceanie, perypetiom wodnym pisarka poświęciła najwięcej miejsca w tejże pozycji. Powiem zupełnie otwarcie, że gdybym od początku do samiutkiego końca miała czytać o tym, co się działo zanim towarzystwo z Klubu Mało Używanych Dziewic dopłynęło do celu, to bez krępacji i wyrzutów sumienia rzuciłabym tą powieścią gdzie popadnie. Nie zdzierżyłabym tego. No, ale pani Monika urozmaiciła fabułę o jeszcze jeden wątek, czyli losy dyrektorki liceum – Agnieszki, jej partnera, a potem męża,  oraz uczniów kobiety, a szczególnie jednej uczennicy – Oli.

      Ta historia naprawdę mnie zainteresowała i wciągnęła. Kibicowałam nastolatce, śledziłam bacznie każdą jej decyzję, zaciekawiona byłam, jak sobie poradzi ze swoim problemem. W głowie widziałam już, jak to wszystko się zakończy. A tu klops! Zupełnie inaczej potoczyły się losy młodej dziewczyny. Poczułam się tak, jakby ktoś wpuścił mnie celowo w maliny. Pokazał światło i zupełnie przypadkiem, bez uprzedzenia, zgasił je. A podobno, jak twierdzi Szwaja, przypadków nie ma. Czyżby tak miało być? Cóż…nie ma co teraz się nad tym rozwodzić. Sami przekonajcie się, co też takiego się wydarzyło w życiu licealistki. A działo się,  działo!

      Wiecie co stwierdziłam po lekturze „Zatoki trujących jabłuszek”? Otóż doszłam do wniosku, że jestem zmęczona książkami, gdzie wszystko układa się pięknie, postaci są mądre, ułożone, postępują według ustalonych zasad i boją się złamać którąkolwiek. Na ten moment mam serdecznie dosyć happy endów, miłosnych uniesień, ochów i achów do księżyca i tym podobnych. W zamian za to z przyjemnością wejdę do zakazanego świata, pełnego intryg, niedomówień, kłamstw, zmylonych tropów, głównych bohaterów ze skrzywioną osobowością i czarnym charakterem. Mam przeczucie, że muszę wyjść z tego literackiego raju. Nie wiem jeszcze na jak długo. Uprzedzam więc, że przez pewien okres będą się tu pojawiać opinie literatury z pazurem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 stycznia 2018 20:03
  • sobota, 06 stycznia 2018
    • #14. „Jak miło spędzić czas” Jenny Eclair

      Są książki, które budzą w nas skrajne emocje.Oto jedna z tych pozycji.

       

      Chciałabym napisać Wam o książce, która wywołuje we mnie dość sprzeczne emocje. Z jednej strony bardzo mi się podoba, bo można traktować ją jako psychologiczną, opisuje psychikę człowieka, jego zachowanie w różnych sytuacjach życiowych. Napisana jest przestępnym językiem, postaci są takie z życia wzięte, ale… No właśnie,  po jej przeczytaniu mamy jakieś ale… Coś, co jakby uwiera nas od środka.

      Chodzi mi o książkę autorstwa Henny Eclair „Jak miło spędzić czas”. Schody w zasadzie zaczynają się już na samym początku. Stwierdzam, że tytuł książki nijak się ma do jej treści. Doslownie!

      Jest to historia dwóch par – jedna już po rozwodzie, a druga znajduje się na „najlepszej” drodze do tego by zakończyć związek. Dwie kobiety, dwaj mężczyźni, dwie kochanki. Jedna i druga para ma dwoje dzieci. Tak jakby autorka dawała nam do zrozumienia „do dwóch razy sztuka”.

      Joe Dobson często wraca do przeszlości, wspomina swoje małżeństwo. Kobieta, z którą aktualnie jest i dla której dopuszcza się zdrady jest wyrachowana, kapryśna i nieco dziecinna. Joe’go i Ninę (jego kochankę) różni wszystko – nie tylko wiek, zainteresowania, temperament, ale nawet poziom inteligencji. Jakby tego było mało, temperaturę w ich związku studzi mała Freya – owoc zdrady. Bohaterowie nieustannie wszystko kalkulują, przeliczają, zupełnie jakby to miało zadecydować o ich szczęściu.

      Alice i Guy to także ciekawa para. Są jak minus i plus, ogień i woda. Uważny czytelnik szybko stwierdzi, że ona i on w ogóle do siebie nie pasują. Alice to obrośnięta tłuszczem, obleśna baba. W ogóle o siebie nie dba. W zasadzie az trudno się dziwić, że Guy znalazł sobie inną kobietę.

      Żeby nie popsuć Wam przyjemności (choć nie wiem czy w tym przypadku to trafne określenie) tej powieści, więcej nie napiszę o bohaterach.

      Musicie się przygotować na to, że Eclair operuje specyficznym językiem. Nie stroni od wulgaryzmów, otwartych opisów stanów fizjologicznych (co mnie przy lekturze bardzo przeszkadzalo) i emocjonalnych. Narrator nie traktuje jednak poważnie bohaterów książki. Można rzec, ze lekko wyśmiewa się z nich, przedstawia w krzywym zwierciadle, ujmuje groteskowo.

      Uprzedzam, że historia opowiedziana przez Jenny Eclair wcale nie jest prosta w interpretacji. Nie jest to książka z gatunku „lekkich i przyjemnych”, takich „do kawy, do herbaty”. Co to, to nie! Zatem jeśli macie ochotę na wysiłek intelektualny, pobawienie się w „interpretatora” z czystym sumieniem  mogę polecić Wam powyższą pozycją. Natomiast jeśli szukacie książki na jeden wieczór, takiej przy której będziecie zaśmiewali się do łez, błyskotliwej – radzę nie sięgać po tę książkę, bo możecie czuć się zawiedzeni.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 06 stycznia 2018 17:27
  • piątek, 05 stycznia 2018
    • Wyślij kartkę do dziecka w szpitalu onkologicznym

       Strach, ból, samotność i niepewność – choremu dziecku i jego rodzinie podczas leczenia w szpitalu onkologicznym towarzyszą trudne emocje. Członkowie fundacji „Gdy Liczy się Czas” postanowili zainicjować akcję pisania kartek dla dzieci „WYLOSUJ ANIOŁA”, która ma na celu wsparcie oraz wywołanie uśmiechu na twarzach małych pacjentów.

      Akcja WYLOSUJ ANIOŁA powstała z inicjatywy rodziców dzieci leczonych na oddziale Hematologii, Onkologii i Transplantologii Dziecięcej Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Lublinie.

      – Jesteśmy grupą rodziców, którzy postanowili „odczarować” smutek i trud leczenia onkologicznego oraz „zaczarować” czas spędzany przez dzieci w szpitalu. Pokazać im, że są ludzie, którzy z drugiej strony okna, myślą o nich, modlą się za nich i piszą do nich kartki. Akcja jest bezterminowa.  Rotacja dzieci na oddziale onkologicznym jest ogromna, dlatego potrzebujemy stały „zastrzyk” kartek – tłumaczą organizatorzy z Fundacji  „Gdy Liczy się Czas”.

      Dzieci losują kartki, które dotrą na ręce Fundacji. Na oddziale onkologii panuje duża rotacja. Dzieci otrzymują chemioterapię lub naświetlania, wyjeżdżają do domu, a kolejne dziecko przyjeżdża na leczenie. Organizatorzy zachęcają również do anonimowej modlitwy za dziecko, które otrzyma przygotowaną przez nadawcę kartkę.

      - Kilka lat temu moja córka zachorowała na złośliwy nowotwór. Kiedy miała swoje 12 urodziny, podczas choroby, wśród moich znajomych narodził się pomysł, żeby wesprzeć ją wysyłając kartki urodzinowe. To bardzo nam pomogło, dało dużo sił. Teraz staramy się wspierać innych poprzez naszą akcję – tłumaczy Natalia Voytsel, pomysłodawca projektu WYLOSUJ ANIOŁA.

      Gorąco zapraszamy do udziału i propagowania akcji WYLOSUJ ANIOŁA!

      Szczegóły:Fundacja „Gdy Liczy się Czas”

      Polub fan page akcji na Facebooku: WYLOSUJ ANIOŁA – FACEBOOK

      AKCJA WYLOSUJ ANIOŁA – JAK WYSŁAĆ KARTKĘ DO CHOREGO DZIECKA?

      Poniżej kilka wskazówek dla osób zainteresowanych przyłączeniem się do akcji WYLOSUJ ANIOŁA

      1.Kartkę można wykonać własnoręcznie lub zakupić gotową

      2. Zastanów się do kogo ma być ona adresowana (do dziewczynki lub chłopca) i zaznacz to na kopercie.

      3. Napisz kilka pozytywnych słów wsparcia i życzenia zdrowia dla dziecka, który leczy się na chorobę nowotworową. Możesz dodać informacje o sobie oraz kontakt (być może dziecko zechce się później skontaktować z Tobą).

      4.Kartki mogą być pisane zarówno przez osoby dorosłe, jak i przez dzieci.

      5.  Wyślij gotową kartę na adres:

       Fundacja „Gdy Liczy się Czas”

      ul. Nowy Świat 30a/6

       20-418 Lublin

      „Anioł” może też zakupić drobny upominek dla wybranego dziecka. Na stronie akcji na Facebooku zamieszczane są informacje o marzeniach „Dzielnych Wojowników”, wraz z krótkim opisem dziecka.

      Gorąco zachęcam wszystkich moich Czytelników do przyłączenia się do tego wspaniałego przedsięwzięcia. Dla nas wysłanie kartki czy drobnego upominku to niewielki wysiłek, a dla tych dzieci ogromna radość i pomoc zarazem.

      Liczę na to, że wielu z Was wesprze czynnie tę akcję, a także rozpowszechni ją dalej wśród swoich znajomych i rodziny.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wyślij kartkę do dziecka w szpitalu onkologicznym”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 05 stycznia 2018 18:58
  • czwartek, 04 stycznia 2018
    • Znaczę coś więcej

      Codziennie rano spoglądasz w lustro. I widzisz w nim zwyczajną dziewczynę. Taką jak wszystkie. To Twoje obserwacje. On widzi kogoś znacznie bardziej wartościowego.

      Ktoś zapukał do drzwi. Nie chciało mi się wstać. Nie otworzyłam. Powtórzył czynność ze dwa razy. Poirytowana, ale jednocześnie zaciekawiona, postanowiłam sprawdzić, kto tak usilnie chce przestąpić próg mojej domowej twierdzy. Musi mu chyba mocno zależeć na spotkaniu ze mną skoro cierpliwie stoi i czeka aż go wpuszczę do środka – przemknęło mi przez myśl. To byłeś Ty.

      Po kilkunastu minutach przypominam sobie, że wiele razy tu przychodziłeś. Tylko jakoś nie potrafiłam znaleźć dla Ciebie czasu. Nie pytaj, proszę, dlaczego. Nie znajdę racjonalnej odpowiedzi, która zadowoliłaby Nas dwoje.

      Wolałam twierdzić, że wszystko, czego doświadczam to przypadek, a nawet gotowa byłam posądzać samą siebie o to, że mam omamy, że śnię na jawie albo moja wyobraźnia rozhulała się na dobre. Ty robiłeś swoje. Nie poddałeś się ani przez moment. Poduszką zasłaniałam uszy, żeby nie słyszeć tych głosów nie wiadomo skąd dobiegających. Ewidentnie uparł się i nie odpuści póki nie wygra. Uciekłam na dwór. Może późno-jesienne powietrze trochę otrzeźwi umysł, który nie chciał ze mną współpracować.

      Smagana zimnym wiatrem po twarzy zrozumiałam, że dostałam znaki. Nie, nie jeden a chyba z milion albo trylion. Niektóre maleńkie, ledwie dostrzegalne gołym okiem. Inne widoczne od razu. Dlaczego wcześniej ich nie odczytałam? Powrót do domu był trudny, bo z bagażem wyrzutów, ale poczułam się lżej, że z moją psychiką wszystko w należytym porządku. I że wreszcie wiem, którędy iść. I że gdziekolwiek wyruszę, nie będę nigdy sama. A może znów wysuwam mylne wnioski? Ty się przecież nie mylisz – puszczam w przestrzeń zdanie wypowiedziane z dozą niepewności. Słuchasz tego. Jesteś blisko. Łagodny, aczkolwiek przekonujący. Milczymy wymownie. I nawet w tej chwili słyszę, że próbujesz coś powiedzieć. Mam wrażenie, że znajduję w tym sens i dociera do mnie przekaz tych szczególnych słów. Po policzkach spływają łzy. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu płaczę. Wcale się nie krępuję. Nie potrafię przestać.

      Silna. Tak mówią o mnie znajomi bliżsi i dalsi. Ja chciałabym być jak skała, nie do zdarcia. Czy umiem? Raczej średnio. Przynajmniej na dzień dzisiejszy. Dziwnie patrzysz. Kpisz albo wyrażasz oburzenie. Wybieram drugą opcję. Pytasz, dlaczego pragnę być kimś, kim w rzeczywistości nie jestem. Poza tym, wysyłasz bezgłośny komunikat, że siła jest w słabości. Nie śmiem polemizować, a tym bardziej kłócić się. Walka trwa. Wierzyć? Nie wierzyć?

      Nie ma ideałów. Nikt nie jest doskonały. Dla mnie jesteś piękna, wspaniała. *Gdyby każde z Moich dzieci chciało przede wszystkim mnie zadowolić, strach przed oceną poszedłby w niepamięć, próby zaimponowania innym – także. Skup się na drodze przed Tobą, na tym, który Cię nigdy nie opuszcza („Jezus mówi do Ciebie” Sarah  Young) – mówisz delikatnie.

      Masz przecież to, czego Ci trzeba- cudownych rodziców, siostry, ludzi, którzy Ci kibicują. A jeśli czegoś jeszcze nie otrzymałaś, bądź spokojna i uzbrój się w cierpliwość. Opłaci się! Żyj tu i teraz. I miej oczy i uszy szeroko otwarte. Życie jest przygodą. Jeśli zdecydujesz się i odważysz przeżyć ją ze Mną i zdasz się na Mnie, nie pożałujesz – gwarantuję! Wiedz, że chcę być Twoim towarzyszem.

      Zasługuję na jeszcze więcej? Nie boisz się co z tym zrobię? A jeżeli zmarnuję szansę, a raczej źle spożytkuję kredyt zaufania, którym mnie obdarzasz? Dziękuję – proste słowo, ale ponoć dla Ciebie jedno z ważniejszych. Dziękuję więc, że w Twoich oczach znaczę coś więcej i nie jestem puchem marnym i zwyczajną wśród niezwyczajnych.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 stycznia 2018 18:30
  • środa, 03 stycznia 2018
    • #13."Rok we mgle" Michelle Richmond

      Pewnego dnia, podczas spaceru na plaży, Michelle Richmond spotyka dziewczynkę, która zbierała małże i wrzucała je do małego wiaderka. Po wymianie kilku zdań z dzieckiem, Richmond odwróciła się w drugą stronę, gdyż akurat zwróciła uwagę na martwą fokę. Gdy po chwili spojrzała w kierunku dziecka, małej już nie było. Rozpłynęła się we wszechobecnej i wszechpotężnej mgle.

      Chyba próbą zagłuszenia wyrzutów sumienia było ubranie tej całej historii w fikcję literacką.

      Powiem krótko – naprawdę szkoda czasu na tę książkę. To takie literackie flaki z olejem.

      Już dawno nie spotkałam się z tak głupią i niemrawą bohaterką. Ileż można czytać: „To moja wina, to przeze mnie Emma zginęła”. No oczywiście, że przez Ciebie – przechodziło mi niejednokrotnie przez myśl.

      Widać, że autorka kompletnie nie miała pomysłu na swoją książkę. Nawet przez moment ta historia mnie nie wciągnęła. Dobrnęłam ( z wielkim trudem) do strony dwusetnej z hakiem i aż sama siebie podziwiałam, że katowałam się tym „czymś” tak długo. W końcu stwierdziłam, że nie jestem przecież masochistką i nikt mnie nie zmusi do przeczytania czegoś, co mnie kompletnie nudzi. Zamknęłam książkę bez wyrzutów sumienia i ucieszona zabrałam się za kolejną lekturę, ale o niej w następnej notce.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 03 stycznia 2018 17:41
  • wtorek, 02 stycznia 2018
    • #12. Anna Gavalda "Po prostu razem"

       Dzisiaj chciałabym Wam zaproponować recenzję książki Anny Gavaldy „Po prostu razem”.

      Książka „Po prostu razem” Anny Gavaldy to opowieść, w której splatają się ze sobą losy kilku bohaterów: Philiberta, pochodzącego z arystokratycznej rodziny sprzedawcy pocztówek.

      Wrażliwej malarki i anorektyczki Camilii, która wykonuje niezbyt pasjonującą pracę, bo sprząta biura;

      Prostego chłopaka i kucharza Francka, miłośnika motocykli. Gbura, nałogowego podrywacza.

      Jest wreszcie Paulette, która czuje się potwornie osamotniona. Kobieta nijak nie może pogodzić się z ograniczeniami, jakie nakłada na nią starość.

      Życie tych bohaterów z pewnością nie było i nie jest usłane różami. Każdy z nich jest pokaleczony przez los i otoczenie. Są zagubieni, bezradni, ale kiedy los łączy ich drogi, sprawia że zamieszkują razem, stają się silni ponieważ mają siebie.

      Tak samo jak skomplikowane są historie tych ludzi, tak samo skomplikowana jest książka Anny Gavaldy.  Autorka pisze trudnym stylem. Często opisuje  obszernie jakiś wątek, następnie urywa go, zaczyna inny, by potem znowu powrócić do poprzedniego. To niewątpliwie utrudnia czytanie i skupienie się na akcji właściwej. Jednak nie ona jest chyba tutaj najważniejsza. Ważne są emocje, uczucia, które targają tą czwórką. Istotne jest to, co wpłynęło, że zachowują się tak a nie inaczej.

      Anna Gavalda udowadnia nam, że jeśli jesteśmy razem z najbliższymi, jeśli mamy wsparcie przyjaciół, pokonamy każdą przeszkodę. Dowodzi, że każdy człowiek potrzebuje bliskości, niezależnie kim jest, w jakim jest wieku, skąd pochodzi. Każdy ma marzenia, pragnienia. Potrzeba tylko odrobinę chęci by je spełnić.

      Powieść traktuje o sprawach codziennych, opisuje szarą rzeczywistość, jednak ani przez moment nie trąci ona banałem. Jest wzruszająca, szczera, czasem bawi, a chwilami zmusza do głębszej refleksji. Jest różnorodna niczym nasze życie.

      Na pewno nie jest to powieść na jeden wieczór, o nie! Wymaga ona skupienia, głębszej refleksji. Ale kto ją przeczyta, zapewne poczuje się wewnętrznie ubogacony. Serdecznie polecam!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 stycznia 2018 20:41
  • poniedziałek, 01 stycznia 2018
    • Warto stanąć z boku

      Z natury jestem raczej osobą towarzyską. Lubię otaczać się ludźmi, rozmawiać z nimi, wymieniać się poglądami. Czasami jednak potrzebuję wyciszenia, odsunięcia się od reszty świata, by pobyć sama ze sobą.

      Ciszy łaknę jak kania dżdżu głównie wtedy gdy wokół mnie piętrzą się problemy najróżniejszego kalibru. A, jak wiecie z jednego z wcześniejszych wpisów, z takimi zmagam się ja i moi najbliżsi od czerwca tego roku. Najchętniej zaszyłabym się w jakiejś głuszy, gdzie diabeł mówi dobranoc. Mogłabym być otoczona tylko zwierzętami i roślinami. One najlepiej łagodzą skołatane serce i nadszarpnięty układ nerwowy.

      Zastanawialiście się, dlaczego Polacy są tacy znerwicowani i nie rzadko sfrustrowani? Bo non stop tkwimy w hałasie – grający telewizor, radio, mp3  czy chociażby krzyk wydawany przez innych, te czynniki wpływają na to, że podnosi się nam poziom agresji, hormonów stresu, a nawet zmniejsza się odczuwanie empatii.

      W szponach hałasu

      Mam wśród znajomych osoby, które ciągle spragnione są atrakcji, nie potrafią normalnie funkcjonować bez tego,  są nakręceni na imprezowanie. Co weekend gdzieś wyjeżdżają, wychodzą, urządzają spotkania towarzyskie oczywiście zakrapiane alkoholem i okraszone muzyką, bawią się do białego rana, po czym wstają do pracy, na uczelnię. Dla nich spokój jest czymś nudnym, co przeznaczone jest jedynie dla starszych i schorowanych. Doprawdy nie wiem, jak długo jeszcze zniosą ten tryb życia, kiedy się ockną, że tak się nie da na dłuższą metę?

      Kiedyś trzeba odpocząć. Zrobić stop, wziąć głębszy oddech. Jeśli tego nie uczynimy, prędzej czy później nasz organizm upomni się by o niego zadbać odpowiednio.

      Poza tym, ile jesteśmy w stanie działać na pełnych obrotach, z naładowanymi  w pełni akumulatorami, bateriami? Kiedyś  nasz wewnętrzny motor się wyeksploatuje i nie ruszymy z miejsca. Czy naprawdę chcemy doczekać tej chwili?

      W ciszy doskonale usłyszymy drugiego człowieka – jego głos, potrzeby, wołanie. Wówczas będziemy mogli zbudować trwałą, prawdziwą relację, która jest cenniejsza od wirtualnej, dziś mocno gloryfikowanej przez media, ale głównie przez nas samych.

      Zdaję sobie sprawę doskonale z tego, że ci, którzy są przyzwyczajeni do wrzawy, będą mieli trudno przestawić się na inny tryb. Wyciszyć, uspokoić… Zapewne poczują złość, wściekłość, ogromny brak „czegoś”, co do niedawna wypełniało rzeczywistość. Jakby alkoholikowi odstawić nagle napoje wysokoprocentowe. Wykonalne? Jasne, że tak! Da się przetrwać, ale trzeba wielkiej siły woli i determinacji.

      Mogę się założyć, że wielu czytających ten felieton, zapyta z oburzeniem – a gdzie ja, w tym cholernie zabieganym świecie, znajdę teraz ciszę i wytchnienie? Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Powiem więcej – cisza jest skarbem, więc żeby ją złowić, musisz o nią zawalczyć. Jak o skarb. Dlatego, proponuję, żebyś stanął, mój Czytelniku, z boku. Zdystansuj się.

      Znajdź ustronne miejsce. Nie chcę wymieniać, bo każdy lubi inne. Ważne, by nic ani nikt Ci nie przeszkadzał. Nie bierz telefonu i innych dobrodziejstw współczesności. Zostaw, nie zginą.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 stycznia 2018 12:11

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

  • Literatura polska

  • Literatura zagraniczna

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa