Z książką przez życie

Wpisy

  • czwartek, 31 stycznia 2019
    • Było artystycznie i lirycznie. Podsumowanie stycznia 2019

      Za nami pierwszy miesiąc 2019 roku. Ci mniej wytrwali, którzy podjęli jakieś wyzwania czy postanowienia, pewnie właśnie mówią, że nic z tego nie wyjdzie. Może w następnym roku. Ci bardziej zdeterminowani pewnie zacierają ręce, bo udało im się zrealizować miesięczny plan. Ile ludzi, tyle pomysłów na życie.

      Ja na szczęście należę do tej drugiej grupy osób. Nie robię co prawda postanowień, ale planów mam zawsze bez liku a i wyzwań jakoś przestałam się bać ostatnio. Oczywiście zabieram się głównie za te, co do których mam pewność, że im sprostam choćby w pięćdziesięciu procentach.

      Nowy 2019 rok rozpoczął się dla mnie bardzo ciekawie.  Pierwszego stycznia po raz drugi rozpoczęłam technikę 21 dni. Moi czytelnicy, którzy interesują się rozwojem osobistym pewnie doskonale wiedzą na czym ta technika polega. Dla tych, co nie mają o niej bladego pojęcia już tłumaczę. Być może zachęcę kogoś do tego, by jej spróbować na sobie. Otóż na kartce wypisujemy w czasie teraźniejszym dziesięć swoich marzeń/pragnień. Od tych prozaicznych, po osobiste. Sami decydujecie. Gdy już sporządzicie taką listę, to przez trzy tygodnie przepisujecie te swoje marzenia czy cele. Dzień w dzień. Ważne, by były w czasie teraźniejszym, czyli nie "będę miała czerwonego cadillaca", tylko mam czerwonego cadillaca. Dlaczego tak? Bo wtedy nasz umysł łatwiej się programuje i przyswaja sobie to, czego bardzo chcemy. Kiedy już przez całe trzy tygodnie przepiszecie tę listę, to zapominacie o tym, co pisaliście, a kartkę, notes czy cokolwiek w czym to sobie notowaliście, chowacie głęboko. Nie wracacie do tego. Jeśli to było Wasze prawdziwe marzenie, gwarantuję, że się spełni. Mi już powolutku się urzeczywistniają niektóre punkty. Reszta wymaga czasu.

      Pozostając w sferze psychologii...Rozpoczęłam także robienie swojej osobistej afirmacji z mojego "Magicznego Zeszytu". Wstępnie umówiłam się sama ze sobą, że będę ją robić do Walentynek. A potem zobaczymy...Trzymajcie proszę kciuki, aby to, co afirmuję się spełniło.

      Wczoraj (30 stycznia 2019 roku) podjęłam  się wyzwania "Ukochaj siebie". Chcę się nauczyć większej miłości do siebie. Staję przed lustrem i mówię "Kocham Cię i akceptuję taką, jaką jesteś". Nie jest to takie proste. Ja na razie daję radę. Będę to czynić przez 60 dni. Ciekawe czy mi się uda?

      Jeśli cały rok będzie dla mnie tak dobry pod względem artystycznym, jak styczeń, to będę zachwycona. 12 stycznia brałam udział w niezwykle wzruszającym wydarzeniu. Mianowicie wtedy  w Centrum Kultury Browar B we Włocławku odbył się wieczór wspomnień o śp. Ryszardzie Seroczyńskim, pedagogu, resocjalizatorze, byłym opiekunie Klubu Więziennego "Bartnicka 10", a prywatnie moim wspaniałym Przyjacielu, który odszedł nagle 19 grudnia 2016 roku. Podczas wydarzenia zaśpiewałam dwa utwory "Łatwopalni" z rep. Maryli Rodowicz i piosenkę "Silna", do której napisałam słowa, a mój drugi Przyjaciel Jarek Adamus skomponował muzykę. To był piękny czas spędzony na scenie z wyjątkowymi ludźmi.  Zaś na drugi dzień wystąpiłam także dla włocławskiej publiczności w świąteczno-noworocznym koncercie w Pałacu  Bursztynowym. Zaśpiewałam cztery piosenki, w tym dwie autorskie. Ze spotkania wyszłam bardzo szczęśliwa i zmotywowana.

      Wiem też, że 29 marca br. wezmę udział w konferencji organizowanej przez Państwową Wyższą Szkołę Zawodową, w której zdobyłam tytuł licencjata. Całość będzie dotyczyła pasji i zainteresowań, a ja mam opowiedzieć o sobie i tym, czym się pasjonuję. Z pewnością opowiem o mojej miłości do książek i o blogowaniu.

      A propos literatury, bo przecież ten blog właśnie jej dotyczy. Jak do tej pory udało mi się przeczytać trzy książki, a jestem w trakcie czytania czwartej. Na razie najlepszą powieścią okazała się pozycja napisana przez Magdalenę Witkiewicz "Ósmy cud świata". Obecnie czytam "I to przeminie" Mileny Busquets, ale nie oczekujcie recenzji, bo nie jestem tym tytułem zachwycona. Przy okazji, czytaliście tę książkę? W kolejce zaś czeka "Szukaj mnie" Wojciecha Zawioły i "Happydays, czyli jak się robi szczęście w sto dni" Mateusza Grzesiaka. I znowu spytam - czytał ktoś z Was? Co o tych pozycjach sądzicie?

      Mam nadzieję, że ten rok nie będzie beznadziejny pod względem czytelniczym. Się okaże...

      A Wam jak minął pierwszy miesiąc 2019 roku? Zrobiliście coś ciekawego? A może sięgnęliście po fajną lekturę? Pochwalcie się w komentarza. 

      Kończąc, pragnę Wam powiedzieć, że ten wpis zainaugurował wprowadzenie przeze mnie nowej kategorii postów, jaką będą podsumowania miesiąca. W ten sposób będziecie mogli się dowiedzieć, co dzieje się u mnie literacko, ale też prywatnie. Dajcie proszę znać, czy chcielibyście czytać tego rodzaju posty. To dla mnie ważne. Z góry dziękuję. 

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 stycznia 2019 19:12
  • wtorek, 29 stycznia 2019
    • #78 Jacques Expert „Żona potwora”

      W chwili ślubu z przystojnym Simonem Dargetem miała zaledwie dwadzieścia dwa lata. Podziwiała jego siłę, urok, nie mogła uwierzyć, że wybrał właśnie ją. Kiedy po latach policja przyszła aresztować jej męża, nagle zainteresował się nią cały kraj. Taki opis przeczytałam na okładce książki Jacques’a Expert’a „Żona potwora”.

      Nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego po tej powieści. Ale w głębi duszy chciałam, by czas jej poświęcony nie okazał się całkowicie stracony. Mogę przyznać z czystym sumieniem, że naprawdę nie żałuję swego wyboru. Więcej zdradzę – to jedna z lepszych historii z dreszczykiem w tle z jaką miałam okazję się zapoznać.

      Simon Darget to niezwykłej urody mężczyzna. Można zaryzykować stwierdzenie – prawdziwy Casanova. Skończył dobrą szkołę, znalazł dobrze płatną pracę i założył rodzinę. Na pierwszy rzut oka niczego mu nie brakuje, idealny kandydat na męża, ojca, zdolny do wszelkich poświęceń dla najbliższych. Czy rzeczywiście tak było? Dlaczego ten z pozoru grzeczny, miły i uczynny człowiek zostaje nazwany potworem?

      Jak się domyślacie jednym z głównych wątków jest przestępstwo. Jakiego rodzaju? Na kim? Czy główny bohater okazał skruchę za popełniony czyn? Co na to jego dzieci i znajomi? Na te pytania nie odpowiem napewno, bo wówczas pozbawiłabym Was przyjemności czytania tej książki, a jest ona tego warta.

      „Żona potwora” to opowieść, w której ukazana jest historia młodej kobiety, ktora przez szesnaście lat tkwiła w związku małżeńskim z mężczyzną o dwóch twarzach. Tak, nie ma w tym ani krzty przesady. Simon to anioł dobroci ale i diabeł wcielony.

      Przez wszystkie lata tej chorej relacji kobieta usprawiedliwiała męża, była na jego usługi (dosłownie!), spełniała nawet najbardziej niedorzeczne zachcianki, usilnie zapobiegała jego wybuchom złości.

      Gdy czytałam tę książkę, to zupełnie nie wiedziałam komu właściwie powinnam współczuć. Bo mamy kobietę pokrzywdzoną, matkę i żonę w jednym, która  każdego dnia poniżana, upokarzana odgrywa swoje codzienne role. Nie mogę niestety pozbyć się opinii wyrobionej podczas zapoznawania się z fabułą, że ta bohaterka jest niemiłosiernie głupia, naiwna i wszystko czego doświadcza, otrzymuje bo na to się godzi a czasem odnosiłam wrażenie, że jej to nad wyraz pasuje! No  do diaska, czy nie widziała przez taki długi okres czasu, jak zachowuje się ojciec jej dzieci?! Nic kompletnie jej nie zaniepokoiło? Mało tegu, gdy już niemalże była przekonana z kim mieszka, to i tak nie protestowała. Niby kochała swoje dzieci, była dla nich dobra, ale w gruncie rzeczy swoim zachowaniem robiła im niewyobrażalną krzywdę, wmawiając że tatuś jest dla nich dobry, że darzy je uczuciem ojcowskim, ale zaraz dodawała, jakim to on nie jest złoczyńcą. Nie współczułam więc pani Darget, że Simon traktuje ją przedmiotowo i nic sobie z niej nie robi.

      Dopiero bohaterka „odzyskuje wzrok” gdy mężczyzna trafia do aresztu i oczekuje na proces. Wtedy decyduje się by spojrzeć prawdzie w oczy.

      Gdybym miała określić tę powieść zakwalifikowałabym ją do lekkich kryminałów. Nie znajdziemy tutaj żadnych opisów morderstw, przelewów krwi czy innych okrutnych scen. Te są zakamuflowane, autor wspomina, że coś takiego się wydarzyło, ale oszczędza czytelnikom szczegółów. Za to skupia się na stworzeniu psychologicznych portretów Simona i osób go otaczająch. Uważam, że czyni to po mistrzowsku. Nie ma takich samych charakterów. Mamy swoisty zbiór indywidualności.

      Po której ze stron opowie się czytelnik – jego problem. Jacques Expert niczego nie narzuca. Wręcz przeciwnie – pozwala zapoznającym się z jego prozą samemu zdecydować kto jest tym dobrym, a kto zasłużył na potępienie. By rozwikłać tę zagadkę trzeba najpierw sięgnąć po „Żonę potwora”. Jeżeli więc macie ochotę na coś ambitnego, dającego do myślenia, ten tytuł jest dla Was i gwarantuję, że nie przeżyjecie rozczarowania. Miłej lektury!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 stycznia 2019 14:25
  • piątek, 25 stycznia 2019
    • #77 Magdalena Witkiewicz "Ósmy cud świata"

      O książkach Magdaleny Witkiewicz słyszałam niejednokrotnie. W większości przypadków opinie o nich były zadowalające. Jako że ja wtedy jeszcze po żadną z powieści tej autorki nie miałam okazji sięgnąć, postanowiłam to zmienić i sama przekonać się, czy wszystkie chwalebne recenzje nie są aby napisane na wyrost.

      Magdalena Witkiewicz to polska autorka, były analityk marketingowy. Na co co dzień mieszka w Gdańsku. Sympatię czytelniczek zyskała dzięki życiowym opowieściom o sile drzemiącej w kobietach. 

      Anna zbliża się nieuchronnie do czterdziestki. Kobieta, pomimo ustabilizowanego życia zawodowego, nie czuje spełnienia w życiu. Tęskni za miłością, prawdziwym i szczerym uczuciem, a także za wszelką cenę pragnie zostać matką. Chciałaby mieć przy sobie kogoś, kto byłby dla niej całym światem. Bohaterka postanawia więc nabrać do otaczającej ją rzeczywistości dystansu i wyjeżdża na urlop do Wietnamu. W trakcie podróży poznaje szarmanckiego i tajemniczego Tomasza, który budzi w Annie skrywane i nieco zapomniane uczucia. 

      Na wielu literackich stronach czytałam, że ta powieść nie jest za specjalnie odkrywcza, a jej fabuła mało skomplikowana. To prawda. Jednak dla mnie ta powieść była magiczna i w stu procentach zaspokoiła moje czytelnicze (i nie tylko) oczekiwania. Bowiem podczas lektury "Ósmego cudu świata" odnalazłam odpowiedzi na bardzo wiele nurtujących mnie ostatnio pytań. Powiem Wam więcej - książka skłoniła mnie do podjęcia pewnej, niezwykle ważnej dla mnie decyzji i uchroniła przed zrobieniem kroku, którego zapewne w niedługim czasie, bym mocno żałowała, że go zrobiłam. Także dziękuję pani Magdalenie za to z całego serca. 

      Myślę też, że nie tylko mnie Autorka tą historią sprowokowała do refleksji. W książce jest poruszony kilka ważnych tematów, takich jak samotność w tłumie, czy chociażby gonitwa za uczuciem, nie zważając na konsekwencje i na to, co myśli druga strona. Witkiewicz pokazuje ile jesteśmy w stanie zrobić i do czego się posunąć, by osiągnąć swój wymarzony cel. Fakt, pisarka cały czas podkreśla, że jeżeli na czymś nam bardzo zależy i pragniemy to osiągnąć, to nie powinniśmy się poddawać, tylko walczyć do końca. Pozostaje jednak pytanie, czy ta walka daje nam również prawo do przekraczania pewnych granic, choćby granicy przyzwoitości? 

      Jedną z ważniejszych myśli, jaką zaczerpnęłam dla siebie z tej książki była ta, że pod żadnym pozorem nie powinniśmy dzialać wbrew sobie, własnym pragnieniom, własnemu sumieniu. I z tym akurat się zgadzam. Aczkolwiek, zastanawiam się też, czy we wszystkich sytuacjach jest to możliwe? Czy nie jest też tak, że pewne rzeczy, czy sposób postępowania, mamy jednak narzucony już wcześniej, chociażby przez religię, kulturę? To kwestia dyskusyjna, nie mniej moje zdanie jest takie, że każdy powinien żyć w zgodzie z samym sobą, ale jednocześnie pamiętać o tym, by nie krzywdzić przy tym innych ludzi. Szczególnie tych, nam bliskich. Niech każdy wyrobi sobie swoje zdanie na ten temat. Jeżeli macie ochotę podzielić się nim ze mną, to będzie mi niezmiernie miło - zachęcam do komentowania tego wpisu.

      Do tego co już napisałam dodam, że język powieści jest prosty i jednocześnie plastyczny. Magdalena Witkiewicz przybliża nam kulturę Wietnamu i zwyczaje tam panujące. Na szczęście nie nudzi zbyt długimi opisami, więc książkę czyta się szybko i sprawnie. 

      Tym, którzy jeszcze wahają się, czy sięgnąć po "Ósmy cud świata" powiem, że zdecydowanie tak i nawet namawiam do tego. Tradycyjnie polecam tę lekturę wszystkim miłośnikom prozy Magdaleny Witkiewicz, kobietom, bo to niewątpliwie literatura kobieca i wszystkim tym, którzy mają chęć przeczytać coś odprężającego i lekkiego, ale jednocześnie niebanalnego. 

      W komentarzach dajcie znać, czy czytaliście już tę książkę i jak Wasze wrażenia, a także co czytacie teraz i co byście mi polecili. 


       


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 25 stycznia 2019 12:35
  • środa, 23 stycznia 2019
    • #76 Nicholas Sparks „Spójrz na mnie”

      To już trzecie moje spotkanie z twórczością Nicholasa Sparksa. Powieść czytałam tydzień. I wyciągnęłam pewne wnioski, którymi podzielę się poniżej.

      Są mężczyźni, którzy wzbudzają szybsze bicie serca i nie ma to nic wspólnego z pierwszym zauroczeniem. Collin Hancock należy do tych właśnie osób, na widok których kobiety drżą jak galareta, a mężczyźni zaś chcą z nim stanąć do walki. Collin nad wyraz chętnie walczy, choć od pewnego czasu już tylko jako zawodnik. Bójki w barach, demolowanie domów i samochodów to przeszłość, ale ta jednak nie pozwala mu o sobie zapomnieć. I dozór policji także. Był trudnym dzieckiem. Wyrzucany z kolejnych szkół. Typowa czarna owca w rodzinie. Pozycja społeczna rodziny i spore środki finansowe uchroniły chłopaka od więzienia. Wie jednak, że musi zachowywać się wzorowo, bo w przeciwnym razie trafi za kratki. Mówią, że ludzie się nie zmieniają. Są jednak wyjątki od reguły. Taką jest Collin. Mamy wrażenie, że Hancock przechodzi swoistą przemianę. Teraz nie w głowie mu konflikty z prawem. Pragnie ukończyć studia pedagogiczne i nauczyć się kontrolować własny gniew.

      Tak było dopóki nie poznał młodej prawniczki, zajmującej się ubezpieczeniami w jednej z największych kancelarii Wilmington – Marii Sanchez.  Mężczyzna z zapełnioną kartoteką i przykładna córka, szanująca bliskich, dbająca o stosunki rodzinne, licząca się z opinią innych. Dwa światy. Czy ta para ma szansę na zbudowanie trwałego związku? Żeby nie zdradzać szczegółów fabuły powiem tyle, że tych dwoje połączy coś niezwykłego. Jeżeli spodziewacie się tu jedynie słodkiej sielanki, to rozczarujecie się srodze.

      O tym, jak bardzo pozory mogą mylić, a także o tym do czego może posunąć się chory psychicznie przeczytacie w powieści „Spójrz na mnie”. Opublikowana nakładem Wydawnictwa Albatros książka Nicholasa Sparksa to historia o krwawej zemście, stalkingu, o lęku, który nie pozwala normalnie funkcjonować. Marię ktoś prześladuje. Kto? Czy rzeczywiście ma się czego bać, a może to tylko zwyczajne strachy na lachy? Czy spotka się ze swoim prześladowcą? „Będziesz wiedziała co się wtedy czuje” - słowa znamienne, od których w zasadzie wszystko się zaczyna. I bukiet pięknych, czerwonych róż. Co jeszcze czeka bohaterkę? Jak sobie poradzi? Ja Wam tego nie powiem. Jeżeli chcecie się dowiedzieć, jak zakończy się ta mrożąca krew w żyłach opowieść,  oddajcie się lekturze tej książki.

      Gdybym miała wystawić ocenę tej powieści, dałabym 8/10. Dlaczego nie maksymalną notę? Bo mam pewne zastrzeżenia. Po pierwsze, uważam, że w książce jest zdecydowanie za mało dialogów, a za dużo długich opisów. Strasznie to nużące i jakieś rozmemłane. Nie dziwię się, że całość ma ponad pięćset stron, skoro autor tak skupił się na opisywaniu sposobu myślenia bohaterów, zachowań, ruchów, tego co wokół. Według mnie, to całkiem zbędne. Liczy się przecież dynamiczna akcja. Chyba o to chodzi w kryminałach, nawet obyczajowych. Zdaje się, że autor o tym zapomniał.

      Po drugie, czytając stwierdziłam, że Sparks pogubił się, jaki wątek jest ważniejszy – miłosny czy kryminalny. Owszem, ten drugi jest rozbudowany, ale gdzieś w pewnym momencie zostaje zepchnięty na dalszy plan na rzecz opowieści o miłości. Mnie za bardzo nie obchodziło co Collin czuje do Marii i ile razy się z nią kochał. Niekoniecznie odpowiadały mi te fragmenty. Nie żebym była jakaś nimi zniesmaczona, nie. Nie mniej raczej nastawiłam się na co innego.

      Komu polecam? Przede wszystkim miłośnikom powieści z wątkiem kryminalnym i osobom chcącym poczuć lekki dreszczyk emocji.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 23 stycznia 2019 17:41
  • sobota, 19 stycznia 2019
    • #75 Jon Katz „Dobry pies”

      „Jest twoim przyjacielem, partnerem, obrońcą – twoim Psem. Jesteś jego życiem, miłością, przewodnikiem. Będzie twój – wierny i oddany do ostatniego uderzenia serca. Winien mu jesteś zasłużyć na to oddanie.”/ M. Siegal / I właśnie o takim oddaniu jest książka Jona Katz’a „Dobry pies”.

      Devon, pies rasy border collie, był już dorosłym psem, kiedy Jon Katz go przygarnął. Było wiadomo, że uczestniczył w szkoleniach, że miał swoje przejścia i że to istota niezwykle trudna. Lubił dominować, być w centrum uwagi i posiadał wybujały instynkt pasterski. Nie przeszkadzało to jednak by skraść serce swojego nowego właściciela, jego znajomych i przyjaciół.

      Opowieść zaczyna się od opisu, jak to czworonożny przyjaciel Katz’a próbuje zawzięcie zaganiać autobus, budząc tym samym strach w dzieciach i ich rodzicach. Ci ostatni w końcu decydują się wezwać policję. Scena prawie jak z najlepszego filmu akcji, tyle że z dawką humoru, bo dość komicznie wygląda to, jak sam autor recenzowanej przeze mnie książki, trzyma na rękach psa o wadze piętnastu kilogramów i ucieka przed stróżami prawa bocznymi uliczkami. Ktoś powie: „Cóż zdarza się.” Nie wie tylko, że to dopiero początek przygód Devona i jego pana. Mrożacych krew w żyłach przygód.

      Katz razem ze swoim pupilem trafia na szkolenie psów pasterskich do niejakiej Carolyn Wilki, gdzie dość szybko okazuje się, że pies jest oporny na wszelkie pasterskie komendy. Pies rozgania owce, zamiast je zaganiać, podgryza je, a powinien lekko podszczypywać. Po wielu nieudanych próbach trenerka poleca Jonowi by zmienił psu imię, bo ma nadzieję, że ta metoda poskutkuje i Devon poskromi swoje dziwne zapędy i będzie mniej temperamentny. Chce aby nowe imię nie kojarzyło się psu z karami i stresem, a z przyjemnościami takimi jak smaczne przekąski, nagrody i pochwały, na które border collie jest łasy, jak nikt. I tak oto Devon staje się Orsonem.

      Początkowo zmiana przynosi efekty. Orson rozumie o wiele więcej, a szkolenie przestaje traktować jako karę za grzeczy czy traumę. Pod koniec szkolenia udaje mu się zdobyć dyplom początkującego psa pasterskiego. Ale Katz podejmuje decyzję, że nie chce aby jego pies brał udział w zawodach, bo i tak nie ma szans by wygrał. W zamian za to kupuje farmę na wsi, by tam rozpocząć z psiakiem nowe życie.

      Dopiero tam poznaje, jaki naprawdę jest Orson. Dowiaduje się, że pies przejawia agresję, i to nie tylko wobec psów, ale co najgorsze – nawet wobec ludzi, których znał i lubił. Nie cierpiał towarzystkich psów, takich jak na przykład golden retrivery czy labradory. Psów przewodnikow też nie znosił. Szczenięta również należały do tego grona. Ponadto, nienawidził mężczyzn, szczególnie noszących ciemne ubrania, a tych, którzy trzymają jakieś narzędzia w rękach, szczególnie, oraz nastolatków śmigających na deskorolkach. W ogóle miał awersję do wszystkiego, co szybko i gwałtownie się porusza. Ubóstwiał za to kobiety, niemowlęta, niepełnosprawnych na wózkach inwalidzkich i staruszków.

      Katz zrobił dla Orsona wszystko co było można zrobić. Począwszy od ciężkiej pracy, jaką wykonał, żeby go wychować, po szkolenia. Chodził także na wizyty do szamanek, psich behawiorystów. Ze wszystkich sił pragnął, żeby pies spokorniał. Czy te zabiegi jakieś przyniosły pozytywne rezultaty? Co zrobił Jon Katz?

      Nie przypuszczałam, że ta powieść zrobi na mnie tak ogromne wrażenie i że zdoła poruszyć wszystkie struny mojej duszy. Na początku nic na to nie wskazywało. Siedząc w pokoju śledziłam  losy Orsona i po jakimś czasie stwierdziłam, że ta książka jest fajna, później awansowała na ładną, a w finalnych scenach z przekonaniem stwierdziłam, że to piękna i bardzo poruszająca opowieść, którą bez dwóch zdań powinni przeczytać ci, którzy kochają zwierzęta, zwłaszcza te czworonożne. To historia dla miłośników przyrody.

      „Dobry pies” Jona Katza to, jak już wspomniałam, niezwykła historia o nieprawdopodobnie silnej więzi między psem a człowiekiem. O cierpliwym budowaniu relacji, nie takiej powierzchownej, ale tej trwającej latami, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, która jest w stanie przetrwać wszystko, i której nie jest w stanie zmienić ani czas ani nawet śmierć. To mądra opowieść o przyjaźni nie znającej żadnych granic.

      Ta książka jest mi wyjątkowo bliska, bo sama dwa lata temu, podobnie jak autor, musiałam stanąć przed diabelnie trudnym wyborem. Choć serce bolało i rozdzierało się na pół, a dusza płakała, musiałam podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. I do dziś, choć doskonale znam odpowiedź, zastanawiam się czy aby na pewno dobrze zrobiłam? Czy nie było innego wyjścia? Na te same pytania po cichu próbuje sobie odpowiedzieć Katz. Być może nie jestem obiektywna w ocenie tej książki. Trudno. Przy jej lekturze przypomniało mi się wszystko to, co przeżywałam w czerwcu 2015 roku.

      Dziękuję  mojej znajomej – Dagmarze-  za możliwość przeczytania tej historii i za to, że przysłała mi ją w momencie, gdy poczułam, że cały mój świat legł w gruzach i że cząstka mnie uciekła gdzieś bezpowrotnie. I choć przeczytałam ją dopiero teraz, kiedy ból minął a została jedynie tęsknota, nie żałuję poświęconych dni i godzin na tę książkę. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że niemalże jesteśmy skazani na to uczucie, że nasz świat runął z hukiem i że nikt i nic nie jest w stanie go odbudować,  bo niejednokrotnie da nam przecież o sobie jeszcze znać. W moim przypadku tak było i zapewne będzie, oby nie za prędko.

      Jeżeli więc macie ochotę na lekturę pełną emocji, wzruszeń, dostarczającą refleksji nad tym co nieuniknione, jesteście w stanie przeżywać trudne chwile z bohaterami, serdecznie polecam Wam książkę Jona Katz’a „Dobry pies”. Gwarantuję, że spędzicie czas pożytecznie i do tego dowiecie się wielu ciekawych rzeczy.

      Powieść napisana jest prostym językiem. Czyta się ją lekko, choć wydarzenia w niej opisywane sprawiają, że czytelnik czuje, że na jakiś czas musi się zatrzymać, chociażby po to, by przemyśleć pewne fakty, wybory, jakich dokonują główne postaci. Tej książki nie pochłoniecie, moim drodzy, w jeden wieczór, choć biorąc pod uwagę ilość stron, nic nie stałoby na przeszkodzie. Niesie ona bowiem za sobą zbyt duży ładunek emocjonalny. Jesteście w stanie go udźwignąć? Sięgnijcie po tę opowieść. Warto!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 19 stycznia 2019 11:48
  • czwartek, 17 stycznia 2019
    • #74 Stephen King „Colorado Kid”

      Wiele słyszałam o Stephenie Kingu. Blogerzy książkowi zachwycają się jego twórczością. Postanowiłam więc wypożyczyć z biblioteki książkę „Colorado Kid”i sprawdzić, czy powieść tego pisarza wpasuje się w mój gust czytelniczy.

      Powieść „Colorado Kid” wypożyczyłam z biblioteki. Stała sobie na regale opatrzonym napisem kryminał. A ponieważ ostatnio chciałam przeczytać coś z tego gatunku, poprosiłam panią bibliotekarkę, by wpisała w komputer, że biorę tę konkretną książkę. Gdy jeszcze dodatkowo przeczytałam notkę wydawniczą, która mówiła o tym, że bohaterami powieści są dziennikarze, serce zaczęło mi bić mocniej, nabrałam przekonania, że to świetny wybór i z pewnością nie będę żałowała swojej decyzji.

      Miał być kryminał, a wyszła opowieść obyczajowa. Są w niej dziennikarze, a jakże. Znalazłam na kartach tej książki opisy takie, jakich się spodziewałam, czyli o tajnikach dziennikarstwa. Świetnie. Tylko, że to nie wystarczyło, żeby wbić mnie w fotel, a ściślej mówiąc w siedzenie mojego wózka inwalidzkiego. Byłam przyzwyczajona, że powieść kryminalna musi mieć w sobie jakąś intrygującą historię, tajemniczą zbrodnię, zagadkę, którą ktoś próbuje krok po kroku rozwiązać, oczywiście śledztwo, aż wreszcie finał z wielką pompą. Oczekiwałam nagłych zwrotów akcji, plątaniny wydarzeń. Niestety, niczego takiego nie dostałam. Pogubiłam się, czy oddałam się lekturze kryminału czy obyczajówki. Bo jeśli książkę „Colorado Kid” miałabym zakwalifikować do powieści obyczajowych, to mogę powiedzieć, że  raczej spełniła moje oczekiwania. Historia kryminalna pozostawia niestety mnóstwo do życzenia i nie wystawiłam jej wysokiej oceny.

      Dwóch doświadczonych dziennikarzy, Vince Teaugue i Dave Bowie, zostaje poproszonych przez praktykantkę Stephanie McCann o opowiedzenie niewyjaśnionej tajemnicy, z którą mogli się zmierzyć pracując w swoim zawodzie. Mężczyźni przystają na propozycję Stephanie i przytaczają historię Colorado Kida, martwego mężczyzny, który został znaleziony na jednej z wysp Moose Lookit. Policja nie miała wątpliwości, co do śmierci tego człowieka, dziennikarze jednak rozpoczynają prywatne śledztwo, aby dowiedzieć się, jak było naprawdę. Próbują odtworzyć godzina po godzinie ostatni dzień życia zmarłego.

      Odniosłam wrażenie, że Stephen King bardzo chciał napisać coś, co porwie czytelników, ale na dobrych chęciach się skończyło. Akcja wlecze się do granic możliwości, główne postaci rozwlekają swoją opowieść, okraszając ją zbędnymi komentarzami, które tylko pełnią funkcję zapychacza fabuły. Poza tym, panowie dziennikarze mają taki irytujący ton podczas szkolenia dziewczyny. Zachowują się jak nauczyciele, którzy chcą wyciągnąć uczennicę na dwójkę, bo wstyd im postawić jedynkę w dzienniku. A głupiutka praktykantka jak w zegarku odpowiada im na każde pytanie. Bardzo nie podobało mi się to, jak King wykreował swoich bohaterów.  Tacy mało wyraziści, z nieskomplikowaną osobowością, rodem z brazylijskich tasiemców, a przecież tak poczytny pisarz powinien wiedzieć, jak skonstruować postać, by była ona interesująca dla czytelnika.

      Książkę, a właściwie książeczkę czyta się dość szybko, bo ma zaledwie sto dwadzieścia stron. I całe szczęście, bo gdyby miała więcej, to nie wiem, czy przeczytałabym ją do końca. Opowieść, którą snuli starsi panowie (jeden w wieku sześćdziesięciu pięciu lat, drugi dziewięćdziesiąt lat) pędziła niczym pendolino, a jej koniec był znany chyba tylko samemu autorowi, bo ja go nie poznałam, nie dlatego, że nie doczytałam książki – po prostu tak została wysnuta ta opowieść. Jakie było rozwiązanie kryminalnej zagadki – nie mam pojęcia. Być może ktoś z Was je dostrzeże albo zrobił to wcześniej. Gdyby Wam się to udało, proszę o kontakt.

      Winna jestem jeszcze informację, jaką ocenę wystawiłam książce „Colorado Kid” Stephena Kinga. Uznałam, że najuczciwiej będzie jak dam jej notę 4 na 10 możliwych punktów. Trzy to byłoby troszeńkę za mało, a z kolei na piątkę zdecydowanie nie zasłużyła ta lektura.

      Stephen Edwin King (ur. 21 września 1947 w Portland) – amerykański pisarz, autor głównie literatury grozy. W przeszłości wydawał książki pod pseudonimem Richard Bachman, raz jako John Swithen. Jego książki rozeszły się w nakładzie przekraczającym 350 milionów egzemplarzy, co czyni go jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie.

      Jest autorem horrorów, które przeszły do klasyki gatunku, jak np. „Lśnienie”, „Smętarz dla zwierzaków” (w nowym wydaniu jako „Cmętarz zwieżąt”),”Miasteczko Salem”, „Podpalaczka”. Nie ogranicza się jednak do jednego gatunku, czego przykładem są: „Cztery pory roku”, „Zielona mila”, „Oczy smoka”,” Bastion” oraz 8-tomowy cykl powieści fantastycznych „Mroczna Wieża.”

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 stycznia 2019 13:47
  • poniedziałek, 14 stycznia 2019
    • #73 Angela Becerra „Przeminęło z czasem”

      Lubię Paryż, choć nigdy jeszcze nie byłam w tym mieście. Dlatego tym chętniej sięgnęłam po powieść Angeli Becerry „Przeminęło z czasem”

      „Przeminęło z czasem” to niezwykła opowieść o sztuce, miłości, o skrywanych sekretach z przeszłości. Jej akcja dzieje się w Paryżu, ale autorka pozwala czytelnikowi poznać także inne zakątki świata takie jak: Katalonię, marokańską pustynię, Nowy York czy Wenecję.

      Główną bohaterką powieści jest Mazarine, młoda dziewczyna, studentka malarstwa, zafascynowana twórczością sławnego paryskiego malarza znanego jako Cadiz. Któregoś dnia ów artysta zgadza się udzielać studentce lekcji w swoim atelier.

      Mazarine jest sierotą, skrytą samotną kobietą o ogromnej wrażliwości, wyjątkowej urodzie. Z jednej strony wyalienowana, niezrozumiana, z drugiej strony spragniona bliskości, uczucia, które ją porwie, szukająca szczęścia, a z drugiej niczym dzika kotka uciekająca od swoich pragnień, skrytych głęboko fantazji.

      Pewnego zimowego dnia na jej drodze pojawia się chłopak, który za wszelką cenę chce ofiarować Mazarine swoją miłość, najczystsze uczucia, opiekę i czułość, ona nie chce się z nim spotykać, toczy wewnętrzną walkę z samą sobą, bo gdzieś w środku czuje, że kocha swojego Mistrza – Cadiza, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że to tylko takie platoniczne uczucie, będące jednocześnie jej inspiracją do tworzenia.

      Cadiz natomiast to twórca tzw. dualizmu wyuzdanego, sześćdziesięcioletni mężczyzna, pochodzący z Hiszpanii, urodzony w Kadyksie, a jego prawdziwe nazwisko brzmi Antequera. Malarz od wielu lat jest żonaty ze sławną panią fotograf – Sarą Miller. Z nią ma syna Pascala.

      Życie Cadiza ulega zmianie po spotkaniu z Mazarine. Już nic nie jest takie jak było wcześniej. Mazarine jest jego marzeniem, natchnieniem, lekiem na niemoc twórczą, odpowiedzią na wszystkie targające nim wątpliwości, balsamem na zbolałą duszę.

      Kim jest chłopak adorujący Mazarine i co go łączy z Cadizem? Jak kobieta poradzi z zazdrością targającą Cadizem?

      Mazarine nosi ze sobą pewien medalion pochodzący ze średniowiecza. Ten z pozoru zwykły medalion z dziwnymi znakami jest dla niej amuletem, dzięki któremu pasja tworzenia nie gaśnie w przyszłej malarce.

      Jeśli chcecie poznać historię Mazarine, koniecznie przeczytajcie książkę „Przeminęło z czasem” autorstwa Angeli Becerry. Jest to opowieść nietypowa, inna niż te, które czytałam do tej pory. Kryje w sobie wiele zagadek, niejasności, a zarazem jest w niej coś magicznego, niemalże baśniowego. Gdy czytałam tę powieść przyszło mi na myśl określenie, że jest to taka proza z pogranicza jawy i snu.

      Nie za bardzo lubię książki z elementami historii, ale akcja tej naprawdę mnie wciągnęła. Przeniosła w czasie.

      Polecam książkę osobom interesującym się historią, a zwłaszcza średniowieczem, wszystkim, którzy lubią  w literaturze tajemnice, niedopowiedzenia swego rodzaju mroczne klimaty. Jestem w stu procentach pewna, że opiniowana przeze mnie powieść spełni Wasze oczekiwania. Udanej lektury!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 stycznia 2019 12:05
  • piątek, 11 stycznia 2019
    • #72 Recenzja książki „Seniorzy w natarciu”

      Dzisiaj chciałabym spróbować zrecenzować, a właściwie napisać opinię o książce autorstwa Cathariny Ingelman-Sundberg. Zapraszam serdecznie do lektury.

      Powieść „Seniorzy w natarciu” rozpoczyna się niebanalnie. Jedna z bohaterek, Martha, ma sen. A że sny wyśnione przez seniorkę zazwyczaj się sprawdzają, ta traktuje sprawę całkiem serio. Śni jej się napad, ale najciekawsze jest to, że Martha także bierze w nim udział. Nie myśląc za dużo, kobieta namawia czwórkę swoich przyjaciół, mieszkających podobnie jak ona, w domu opieki, by senne marzenie wcielić w życie. Rozpoczyna się organizowanie napaści, która ma wstrząsnąć całą społecznością. Emeryci są szalenie podekscytowani. I jeśli ktoś z Was myśli, że zwariowani seniorzy nie wiedzą, jaki będzie finał tej ryzykownej zabawy, to grubo się myli. Bowiem cała piątka doskonale wie, że za tego typu akcje grozi więzienie. Oni jednak niewiele się tym przejmują. Twierdzą naiwnie, że w więzieniu będzie im znacznie lepiej niż w domu spokojnej starości. Czy rzeczywistość będzie zgodna z wyobrażeniami? Czy zaznają luksusu?

      Autorka dość mocno skupiła się na kreacji bohaterów. Są spragnieni przygód, aktywni życiowo i absolutnie nie myślą o starości. Nie siedzą w fotelach z robótką w ręku lub pilotem. Oni plan szybko zmieniają w czyn. Ich przebiegłość, werwa i determinacja zadziwić może niejednego trzydziestolatka. Uważają, że życie jest jedno, a oni są pełnoprawnymi obywatelami i należy im się wszystko to, co dobre, a na spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno. Jedni o lasce, inni o chodziku wyruszają na podbój świata.

      Akcja powieści nie należy do skomplikowanych. Próżno szukać tu nagłych zwrotów akcji, trudnych problemów do rozwiązania. Na samym początku książki mamy jednak coś, co pozwala nam wgryżć się w fabułę. Opisane są refleksje i odczucia bohaterów związane z pobytem w rzeczonym już wcześniej przeze mnie domu opieki. Uważny czytelnik dowie się, jakie, nie boję się tego napisać – kontrowersyjne – zabiegi są stosowane przez tych, którzy opiekują się starszymi ludźmi. Mnie ta kwestia mocno zainteresowała i, mówiąc szczerze, dowiedziałabym się czegoś więcej na ten temat. Niestety, w pewnym momencie te rozważania zostają przerwane na rzecz rozrywkowego wątku. Ogromna szkoda.

      Wszystkie sytuacje, które powieściopisarka opisuje na kartach swojej powieści są nieprawdopodobne. Nawet postaci są przerysowane. Nie raz mam okazję przysłuchiwać się dyskusjom osób w wieku sześćdziesiat pięć plus i wiem, że położenie, w którym się znajdują wcale nie przedstawia się tak różowo, jak to nam przedstawiła Ingelman-Sundberg.  Te osoby są przecież przeważnie schorowane, zmęczone, przynajmniej większość. Nie wiem, dlaczego autorka zdecydowała się na tak rzucające się w oczy podkoloryzowanie całości, która z realizmem ma naprawdę nie za wiele wspólnego. Warto zaznaczyć, że nasi staruszkowie mają od 75 lat wzwyż. Jesteście w stanie wyobrazić sobie z realnego świata, starszą panią napadającą na bank z uśmiechem na ustach? Chyba znam odpowiedź. Udzieliłabym takiej samej.

      Kolejna rzecz, która przeszkadzała mi, to ciągnące się opisy, przez co strasznie nużąca była dla mnie ta powieść.Takie dłużyzny nie wróżą nic pozytywnego dla literatury, zwłaszcza takiej, która miałaby być określana mianem dobrej. Momentami zastanawiałam się, o czym teraz czytam, bo gdzieś po drodze zdążyłam się już zagubić. Nie lubię takiego odczucia przy lekturze, bo od razu mnie od niej odrzuca. I tak na przykład, wiem od koleżanki, a potem przeczytałam na okładce, że są kolejne części „Seniorów w natarciu”. Ale nie jestem przekonana, czy po nie sięgnę. Nie chcę po raz kolejny przedzierać się przez labirynt zbędnych informacji zaserwowanych przez pisarkę tylko po to, by przekonać się, co tym razem wymyśliły poszczególne postaci. Chyba zamiast tego wolałabym wypożyczyć i przeczytać coś, co rzeczywiście mnie zajmie i sprawi, że zatracę się w lekturze. W tym przypadku tego powiedzieć nie mogę, bo musiałabym Was okłamać. A tego nie chcę. Jestem zawiedziona tą książką. Zdecydowanie spodziewałam się innej historii.

      Żeby nie przedłużać tego tekstu…Nie polecam Wam tej powieści, ale odradzać jakoś za specjalnie też nie zamierzam. Jest w niej kilka fragmentów, gdzie można się uśmiechnąć. Nie będą to jednak salwy śmiechu. No, chyba że ja nie mam poczucia humoru, nie wiem…

      Jeżeli ktoś z Was czytał już tę książkę, to koniecznie dajcie znać, jakie macie o niej zdanie, czy spełniła Wasze czytelnicze oczekiwania? Napiszcie również co aktualnie czytacie, co polecacie?

      Dodam, że książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Sonia Draga.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 11 stycznia 2019 19:20
  • niedziela, 06 stycznia 2019
    • #71 O książce Ireny Matuszkiewicz

      Długo zbierałam się do tego, by przeczytać jakąkolwiek  książkę autorstwa naszej włocławskiej pisarki Ireny Matuszkiewicz. Pamiętam jak kiedyś moja mama kupiła jedną z jej książek. Zachwycała się stylem, jakim posługuje się autorka, śmiała do rozpuku z treści. Postanowiłam, że i ja sięgnę po książkę. Jeśli mojej rodzicielce się spodobało, to mnie też powinno. Pomyliłam się bardzo. Zaczęłam czytać tę powieść, po czym stwierdziłam, że to tylko strata mojego cennego czasu. Przeczytałam trzydzieści stron i nie wiedziałam o czym jest historia opowiadana przez panią Matuszkiewicz. Wszystko było jakieś rozmyte, wręcz rozmydlone. Dialogi, owszem – błyskotliwe, humorystyczne. To plus. Ale na tym zalety tego czytadła się kończyły. Odłożyłam książkę na półkę i przyrzeklam sobie, że nigdy nie sięgnę po lektury tej pisarki.

      Ale ostatnio gdy byłam w bibliotece coś mnie tknęło, żeby dać tej twórczości jeszcze jedną szansę. Wypożyczyłam ” Gry nie tylko miłosne” oczywiście nie kogo innego jak Pani Ireny Matuszkiewicz. Po raz drugi zawiodłam się boleśnie i tym razem z ręką na sercu powiedziałam, że NIGDY WIĘCEJ takich książek.  Do tej pory nie wiem o czym tak naprawdę traktowała opowieść. Zdążyłam „ustalić”, że bohaterką jest Julia Blenda – inżynier informatyki, która po studiach w stolicy wraca do rodzinnego Włocławka. Julia to zwykła gęś mowiąc kolokwialnie. Ubiera się strasznie staroświeckie, nosi zbyt workowate ubrania, ma dlugie, naturalne włosy i ani myśli ich ściąć. Dopiero za namową przyjaciółki dokonuje tego czynu. Kobieta naiwnie marzy o księciu z bajki. Wierzy, że znajdzie ukojenie w silnych, męskich ramionach (tere fere kuku). Julia nieustannie żałuje, że uległa presji rodziny i zamieszkała razem z matką i ojcem we Włocławku, gdzie dostała pracę za zaledwie 800 złotych miesięcznie, z czego i tak powinna być szczęśliwa, bowiem co czwarty mieszkaniec jej miasta może nazwać się bezrobotnym. Magister inżynier brakuje wielkomiejskiego życia, natomiast jej szef jest antyfeministą, co nieraz odczuwalnie zauważyła. Dodatkowo w jej firmie zaczynają dziać się niepokojące rzeczy – jeden z pracowników znika i zaczynają pojawiać się anonimowe przesyłki, mające na celu wyłudzenie pieniędzy.

      Tyle wyłuskałam z tych całych wynurzeń naszej pisarki. Niewątpliwą zaletą jej twórczości są dowcipne i blyskotliwie dialogi. Autorka używa ciekawych porównań, nie rzadko komentuje kąśliwie rzeczywistość. I to wszystko.  Bez wątpienia książkę można zakwalifikować do kiepskiego czytadła. Trzeba mieć mnóstwo cierpliwości i determinacji, aby przebrnąć dobrnąć do ostatniej strony. Kiedy już to wytrwały czytelnik zdoła uczynić zapewne wydobędzie z siebie wielkie „uff, wreszcie koniec”. Tak też uczyniłam ja. I obiecałam sobie, że następnym razem gdy będę wybierala się do biblioteki, zabiorę ze sobą swój sekretny notesik, w którym mam spisane wszystkie ciekawe tytuły powieści. W ten sposób nie popełnię po raz kolejny tego samego błędu. Bo przecież nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 stycznia 2019 20:07
  • środa, 02 stycznia 2019
    • Gdybym była odważna…

      Według Wikipedii odwaga to postawa wobec niebezpieczeństwa charakteryzująca się dużą umiejętnością przezwyciężania strachu z nim związanego; śmiałość, męstwo.

      Do napisania dzisiejszego postu zainspirował mnie filmik wstawiony przez Jolę Szymańską z kanału hipster katoliczka.

      Gdybym była odważna najprawdopodobniej pisałabym tutaj felietony na przeróżne tematy. Zapewne często też te, uważane za kontrowersyjne lub wręcz tabu. Mam takich zagadnień w głowie mnóstwo i właściwie mogłabym każdego dnia opublikować tekst, pod którym być może byłoby mnóstwo komentarzy, a więc na moim blogu byłby stale ruch. Niestety, jestem osobą nieśmiałą i nie robię tego. A szkoda.

      Gdybym była odważna powiedziałabym mężczyźnie, o którym ostatnio ciągle myślę, że potrzebuję go, pogadałabym z nim od serca, poszlibyśmy na kawę, czy umówili się w domu. Wiedziałby wtedy również, że jestem nim zainteresowana. A tak, jest całkiem tego nieświadomy.

      Gdybym była odważna nie przerwałabym po ponad czterech latach gry na syntezatorze, czyli mówiąc potocznie na organach. Zawsze jak miałam coś zagrać chociażby dla rodziny, paraliżował mnie ogromny strach. Nie potrafiłabym występować publicznie, tak jak to robię śpiewając.

      Gdybym była odważna umiałabym częściej stawiać granice i nikt nie mógłby mnie zranić.

      Gdybym była odważna wydaje mi się, że byłabym znacznie bardziej samodzielną osobą niepełnosprawną. A nie jestem, bo mam wiele blokad w głowie, których sama nie umiem pokonać. Jeśli by mi się udało, to sądzę, że moje życie wyglądałoby dzisiaj nieco inaczej. Może nawet mieszkałabym w innym mieście i miała lepsze perspektywy na przyszłość?

      Gdybym była odważna byłabym bardziej otwarta na ludzi. Umiałabym ich bardziej skupić wokół siebie.

      Gdybym była odważna mówiłabym codziennie o swoich uczuciach, o tym co mam w sercu, zwłaszcza tym osobom, na których mi szalenie zależy.

      Gdybym była odważna nie miałabym żadnych (!!!) kompleksów, bo nie obchodziłoby mnie totalnie co o moim wyglądzie sądzą inni.

      Gdybym była odważna byłabym gadułą taką jak wtedy, gdy byłam mała. Wtedy chyba łatwiej nawiązywałabym nowe kontakty.

      Gdybym była odważna nagrywałabym na youtube filmiki o książkach, recenzje, zapowiedzi, itd.

      Gdybym była odważna poleciałabym balonem w przestworza.

      Gdybym była odważna nie wykluczone, że dzisiaj byłabym już czyjąś żoną.

      Gdybym była odważna nie miałabym  oporu żeby powiedzieć niektórym, że nie podoba mi się ich zachowanie.

      Gdybym była odważna dałabym sobie przekłuć uszy u kosmetyczki.

      Gdybym była odważna nie odwracałabym głowy jak pielęgniarka pobiera mi krew. Nie lubię tego widoku. Czuję przed nim lęk.

      Gdybym była odważna wiele lat temu zdecydowałabym się na pewną operację, która mogłaby mi pomóc osiągnąć niezależność. Myślałam za dużo o konsekwencjach i nie poddałam się jej.

      Gdybym była odważna każdego dnia ćwiczyłabym wprawki muzyczne, żeby rozciągnąć skalę głosu. No, ale nie przepadam jak ktoś słyszy gdy trenuję. Zamykam się wtedy w sobie.

      Gdybym była odważna chętniej bym się opalała i wystawiała ciało do słońca.

      A Wy, gdybyście byli odważni to co? Co by było inaczej? Podzielcie się swoimi propozycjami w komentarzach. Serdecznie dziękuję z góry tym, którzy będą mieli odwagę otworzyć się przede mną.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Gdybym była odważna…”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 02 stycznia 2019 18:30

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

  • Literatura polska

  • Literatura zagraniczna

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa