Z książką przez życie

Wpisy

  • niedziela, 31 grudnia 2017
    • #11. Monika Orłowska "Całuję, Mama"

      Najnowsza powieść Moniki Orłowskiej pt. „Całuję. Mama” jest moją pierwszą stycznością z twórczością tej autorki. I spokojnie mogę powiedzieć, że proza tej pisarki jest w moim guście literackim.

      Najnowsza powieść Moniki Orłowskiej ujawnia wiele tajemnic głęboko skrywanych w zakamarkach pamięci, ukazuje rzeczywistość bez żadnego retuszu. Piętrzące się nieporozumienia, niedomówienia, pretensje, tłumione żale od lat ciążyły nad rodziną głównych bohaterek. Czy śmierć matki naprawi relacje między siostrami?

      Beata, Joanna i Paulina – o nich mowa. Trzy siostry, które łączą więzy krwi i w zasadzie nic poza tym. Wiek, poziom życia, sytuacja rodzinna zdecydowanie dzielą te trzy kobiety. Beata ma czterdzieści lat. Od dawna jest żoną i matką. Ponad połowę swojego życia spędziła z jednym mężczyzną. Mają dorosłego syna i kilkuletnią córkę.

      Dziesięć lat młodsza od swojej siostry Joanna jest dyrektorem banku. Doskonale wie czego chce. Również zamężna. Jej mąż Marek jest artystą. Wydawać by się mogło, że para ma wszystkie, czego dusza może zapragnąć. Jednak do pełni szczęścia brakuje im dziecka, o które usilnie się starają. Każda próba kończy się niestety niepowodzeniem, co skutecznie przyprawia Joannę o frustrację i bezradność.

      Najmłodsza, Paulina, jeszcze nie ma sprecyzowanych planów na życie. Dopiero niedawno wróciła z Londynu, gdzie rozpoczęła karierę jako projektantka, a teraz w rodzinnym Krakowie szuka dla siebie zajęcia i miejsca w całej skomplikowanej rzeczywistości, z którą przyszło jej się zmierzyć.

      Panie spotykają się w mieszkaniu matki, by po jej śmierci rozdzielić między sobą wszystko to, co zmarła zostawiła. To wtedy stają twarzą w twarz ze wspomnieniami z przeszłości, często bolesnymi. Chwilami atmosfera robi się nie do wytrzymania. Śmiech miesza się ze słonymi łzami. Na jaw wychodzą sekrety, które będą powodem do kłótni, wzajemnych oskarżeń. Podczas tych generalnych porządków poznają fakty, o których wcześniej nie miały pojęcia. Prawda zajrzy do mieszkania, jakby chciała wypełnić pustkę, która w nim zamieszkała. Czy będzie uzdrawiającym plastrem dla sióstr czy nieznośnym ciężarem, który będą musiały dźwigać przez lata? Tego dowiecie się, gdy przeczytacie książkę.

      Akcja powieści „Całuję. Mama” rozgrywa się w czasie pięciu dni, podczas których Beata, Joanna i Paulina próbują doprowadzić do ładu mieszkanie matki. Ale czy tylko chodzi tu o sporzątanie po zmarłej? Wnikliwy czytelnik  w trakcie lektury z pewnością uzyska odpowiedź na to pytanie.

      Historia, którą stworzyła Orłowska jest niezwykła, przesiąknięta specyficznym klimatem – nie do podrobienia. To swego rodzaju stadium psychologiczne. Na kartach tej powieści splatają się przecież tak odmienne od siebie charaktery. Autorka serwuje nam paletę osobowości.

      Wydawać by się mogło, że jest to opowieść o o typowej polskiej rodzinie, takiej jak moja, czy Twoja, drogi Czytelniku. Nic bardziej mylnego. Coś tych bohaterów odrożnia od nas. Niby są nam bliscy, a jednak czujemy pewną przepaść. Bez wątpienia jednak Monika Orłowska zgrabnie opowiedziała nam o losach Beaty, Joanny i Pauliny i ich najbliższych. Jeżeli chcecie przeczytać tę książkę i myślicie, że znajdziecie w niej nieskomplikowaną fabułę, lekkostrawną, to muszę Was rozczarować. Lepiej sięgnijcie po coś innego.

      „Całuję. Mama” jest obciążona silnym ładunkiem emocjonalnym. Trudno tę książkę zakwalifikować do typowych obyczajówek. Ja raczej położyłabym ją na półce z etykietą „literatura psychologiczna”, bo, jak już wcześniej wspomniałam, akurat psychologii mamy tu sporo.

      Podobał mi się również styl pisania autorki. Zgrabnie i z wyczuciem konstruowała zdania. Opisy, ktorych uświadczymy w tej prozie sporo, nie nużyły. Wręcz przeciwnie, czytelnik dla którego obce są czasy PRL-u, mógł zapoznać się, jak żyło się w tamtym okresie, z jakimi problemami przyszło się zmierzyć przeciętnym Kowalskim.

      Nie żałuję, że zapoznałam się z twórczością Moniki Orłowskiej. Jeśli tylko będę miała okazję przeczytać jakąś pozycję, która wyszła spod jej pióra, zrobię to z przyjemnością.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 31 grudnia 2017 13:20
  • sobota, 30 grudnia 2017
    • #10. Trup, kobieta i ostra jazda bez trzymanki

      Dzisiaj chcę Was zachęcić do przeczytania kolejnego kryminału. Nie takiego w wydaniu klasycznym, ale bardzo zabawnego i odprężającego. Tym razem  w moje ręce trafiła powieść „Całe zdanie nieboszczyka” autorstwa Joanny Chmielewskiej.

      Tej autorki nikomu nie trzeba raczej przedstawiać. Z obowiązku dziennikarsko-recenzenckiego przybliżę jednak nieco postać Joanny Chmielewskiej. Autorka powieści sensacyjnych, kryminalnych, komedii obyczajowych, a także książek dla dzieci i młodzieży.

      Ukończyła Wydział Architektury na Politechnice Warszawskiej, z zawodu inżynier architekt. Pracowała m.in. w Samodzielnej Pracowni Architektoniczno-Budowlanej „Blok”, w Energoprojekcie, w Biurze Projektów „Stolica”. Pracowała przy budowie Domu Chłopa.

      Debiutowała w 1958 na łamach czasopisma „Kultura i Życie” jako prozaik. Przez pewien czas pisała w Kulturze i Sztuce na tematy związane z architekturą wnętrz. W 1964 miał miejsce debiut książkowy – wydała sensacyjną powieść Klin. Od 1970 r. zajmuje się wyłącznie twórczością literacką. Łączny nakład jej powieści w Polsce przekroczył 6 mln egzemplarzy, a w Rosji – gdzie uważana jest za najpoczytniejszą pisarkę zagraniczną – 8 mln. Jej książki tłumaczono na języki obce 107 razy.

      Nielegalny hazard, przestępstwo i podróze z dreszczykiem w tle

      Główna bohaterka Joanna oddając się nielegalnemu w Danii hazardowi zostaje wzięta za członkinię międzynarodowej organizacji przestępczej. Konający człowiek przekazał jej sekret, który sprowadza na nią mnóstwo kłopotów i śmiertelne niebezpieczeństwo. Wkrótce kobieta zostaje uprowadzona. Tylko ujawnienie i rozwiązanie całej dziwnej zagadki pozwoli jej wrócić do normalności w żywej postaci. Czy ucieknie porywaczom? Jak potoczą się jej losy? Z czym jeszcze będzie musiała się zmierzyć?

      Chmielewska puściła luźno wodze fantazji i dała wyraźny upust własnej wyobraźni. Nawet uważny czytelnik nie zliczy wszystkich przygód, urozmaiceń w jakich brała udział bohaterka. Wiele z tych wydarzeń ma charakter fikcyjny i spełnie rolę czysto rozrywkową. I dobrze, bo nie chcę myśleć co by było, gdyby rzeczywiście ktoś popadł w takie tarapaty. Jeśli podejdziemy z dystansem do tego, co opisywane jest w książce, to będziemy mogli świetnie się bawić i poprawić sobie humor.

      Z prozą pani Joanny miałam okazję zapoznać się już drugi raz. Niestety, moje pierwsze spotkanie z jej twórczością nie należało do udanych. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jaki był tytuł tej pozycji a tym bardziej o czym była. Pamiętam jedynie, że mocno byłam zniesmaczona stylem pisarki, nie potrafiłam znaleźć sensu w całości. Stwierdziłam wtedy, że najprawdopodobniej nigdy nie sięgnę po jej powieści. Cieszę się, że na domowej półeczce stała sobie spokojnie omawiana właśnie książka i czekała na to, aż dojrzeję do tego, aby oddać się jej. Czuję się zaskoczona pozytywnie, bo z przyjemnością śledziłam, co wydarzy się w życiu Joasi, jakim problemom przyjdzie jej stawić czoła, kogo spotka na swojej drodze.

      Styl pisania pani Chmielewskiej jest dość specyficzny. Jak to powiedziała jedna z moich znajomych na Facebooku, cyt. trzeba mieć nastrój by ją czytać. Zgadzam się z tym zdaniem w pełni. Widać, że ja akurat taki nastrój miałam. Jedno trzeba przyznać – Chmielewska pisze lekko, z ironią, nie męczy swoich fanów wielką ilością postaci, co w kryminałach jest częstym zabiegiem, a to mnie mocno zniechęca do częstego zapoznawania się z tym gatunkiem. Co do akcji, mam pewne zastrzeżenia. Otóż, w mojej ocenie, jest ona spowolniona, a spowodowana jest to tym, że autorka, o dziwo, wplata w fabułę mało dialogów. Sporo opisuje, tłumaczy, ale jeśli chodzi o konwersacje, to tak jakby szkoda jej było miejsca na nie. Być może to celowe, nie mam pojęcia. Mnie akurat ten „manewr” sprytnie zastosowany przez pisarkę, trochę denerwował i znużył. Były momenty, kiedy tak byłam znudzona tym opisywanie, że przelatywałam kilkanaście kartek do przodu, bo chciałam się dowiedzieć czegoś więcej, spragniona byłam dynamiczności, jakiejś iskry. Po przeczytaniu gdzieś dwóch trzecich powieści uznałam, że zdecydowanie jest lepiej. Jakby wszystko ruszyło z kopyta i popędziło do przodu.

      Jeszcze kilka słów o samej bohaterce. Wzbudziła moją sympatię. Określiłabym ją jako nad wyraz zaradną osóbkę, z charekterkiem, wiedząca czego chce w życiu. Taka babka z jajami. Zastanawiałam się tylko, ile ona mogła mieć lat? Werwa, bystrość umysłu i działania wskazywały, że to całkiem młoda kobitka, ale opis siwych włosów i momentami aż za duża zrzędliwość wprowadziła mnie na trop, że jednak mamy doczynienia z nieco starszą panią. W każdym razie – mogłabym się z nią zaprzyjaźnić.

      Historia zaadresowana jest do kobiet, choć z pewnością i mężczyźni mogliby ją przeczytać. W końcu to oni lubią nagłe zwroty akcji, napięcie wymieszane z nutą strachu i niepewności o jutro. Myślę sobie, że nasi panowie wolą krwawe opowieści, gdzie co chwila ktoś umiera w niewyjaśnionych okolicznościach a na dodatek postaci nie przebierają w słowach. No na szczęście dla płci pięknej – tu tego zabrakło. Powyższa lektura na tle wymagań męskich wypada, powiedzmy sobie szczerze, blaaado. To nic! Przecież panowie także mają w czym wybierać. Wystarczy dobrze rozejrzeć się po regałach bibliotecznych, poszperać w domu albo iść do Empiku. Tam na sto procent każdy znajdzie coś, co mu podpasuje.

      Kochane czytelniczki, jeśli macie chęć na lekturę bogatą w żarty sytuacyjne, nie pozbawioną emocji, to polecam gorąco „Całe zdanie nieboszczyka”. Ja, miłośniczka powieści obyczajowych z wątkiem miłosnym, daję sobie uciąć wszystkie członki, że będziecie zadowolone, zrelaksujecie i spojrzycie na otaczający świat w nieco innym świetle.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 30 grudnia 2017 17:35
  • piątek, 29 grudnia 2017
    • #9. O książce "Ponieważ Cię kocham"

       Dzisiaj chciałabym napisać o książce „Poniewaz Cię kocham”, a jej autorem jest Guillaume Musso.

      W centrum handlowym na południu Los Angeles, wskutek nieuwagi opiekunki, znika pięcioletnia Layla. Nikt nie żąda okupu, a prowadzone przez policję poszukiwania stają się bezowocne. Rodzice – znakomita skrzypaczka i szanowany psycholog obwiniają sie za to, co się stało, aż w końcu rozstają się. Mark ląduje na ulicy, zaś jego żona rzuca się w wir pracy. Pięć lat później los krzyżuje ich drogi ponownie. Mark ratuje Nicole przed nożownikiem. Niedługo potem staje się cud. Zaginiona dziewczyna wraca…Pojawia się dokładnie w tym samym miejscu, w którym zniknęła.

      Tak w skrócie można by streścić książkę. Właściwie historia Layli to tylko jeden z wątków poruszony w książce. Podczas lektury poznajemy jeszcze historię Evie, Connora oraz Alyson, uzależnioną od wszystkich możliwych używek córeczkę bogatego tatusia, która jednak nosi w sobie piętno przeszłości, a jej nałogi nie są jedynie wynikiem braku pomysłu na siebie, ale raczej próbą zapomnienia o czynie, którego dopuściła się w przeszłości.

      W książce jest pewna magia – nie tylko w sensie metaforycznym, ale również dosłownym. Musso wplata do tej historii mnóstwo elementów surrealistycznych.

      Książka niewątpliwie jest warta uwagi i tego, by ją przeczytać.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 29 grudnia 2017 14:57
  • czwartek, 28 grudnia 2017
    • #8. Kinga Dębska "Moje córki krowy"- recenzja książki

      Moje córki krowy” Kingi Dębskiej to książka specyficzna. Społecznie – lektura na piątkę z plusem, zaś literacko – zdecydowanie do poprawki.

      Autorka pisze o sprawach trudnych w sposób lekki, używając przestępnego języka, wręcz kolokwialnego, co najbardziej mnie odpychało i zniesmaczało. No, ale o tym będę jeszcze pisała w dalszej części recenzji.

      To opowieść o rodzinie, o dość dziwnych relacjach nie tylko pomiędzy spokrewnionymi osobami, ale także tymi zupełnie obcymi. Nie brakuje tutaj smutnych zagadnień, takich jak: choroba, śmierć, żałoba. A w tym wszystkim dwie siostry – Marta i Kasia. Kobiety opowiadają co dzieje się w ich życiu. Każda mówi ze swojej perspektywy.

      Marta, typowa córeczka tatusia, wiecznie rozpieszczana, zbliża się do czterdziestki, samotnie wychowuje dorosłą córkę Zuzę. Bohaterka nie potrafi ułożyć sobie życia osobistego. Nie ma ochoty dłużej wcielać się w postać głupiutkiej Grażynki, którą gra w serialu od lat. Czterdziestolatka czuje się znacznie lepsza, mądrzejsza od swojej siostry, co bez skrępowania i wyrzutów sumienia udowadnia na każdym kroku, często będąc aż nadto złośliwa dla tamtej.

      Kasia jest nauczycielką, ma bezrobotnego męża oraz nastoletniego syna Filipa, który akurat przeżywa okres buntu. Mieszka z małżonkiem w tym samym domu, co rodzice. Kasia nadużywa alkoholu i nie dostrzega w tym absolutnie problemu.

      Choroba nowotworowa matki, a potem ojca, poniekąd zmuszają dziewczyny do tego, aby zjednoczyły siły, przestały patrzeć na siebie spode łba i razem rozpocząć dramatyczną walkę o życie. Czy im się to uda? Czy odłożą na bok wzajemne pretensje, egoizm, by ratować rodziców? Tego dowiecie się, gdy przeczytacie tę książkę. Zdradzę Wam jedynie, że to nie jest pozycja na jeden wieczór, o nie! Nie znajdziecie w niej słodkich opisów, sielanki czy niedomówień. Jeśli tego poszukujecie, musicie rozejrzeć się za innym tytułem.

      Niewątpliwie książka Dębskiej skłania do refleksji, zatrzymuje. Nie można przejść wobec treści tam zawartych obojętnie. Czytelnik zastanawia się co w danym momencie zrobić ta czy tamta postać, jaką podejmie decyzję i jak ona wpłynie na dalsze wydarzenia.

      Na początku tego wpisu wspomniałam, że książka literacko zdecydowanie nadaje się do poprawki. Dlaczego? Styl, jakim została napisana, jest tra-gi-czny!!! Chociaż jest wartościowa tematycznie i społecznie, to literacko naprawdę nie ma się czym chwalić. Pani Dębska ze szczegółami opisuje zachowania poszczególnych postaci, używa wulgaryzmów, a taki zabieg dla mnie w literaturze jest niedopuszczalny i ja go nie toleruję. Ponadto, zupełnie nie rozumiem, po co pisarka skupia się nawet na relacjonowaniu reakcji fizjologicznych u chorych osób? Nie mogę uchylić rąbka tajemnicy, bo wówczas zniechęciłabym Was do czytania tej pozycji. A nie ukrywam, że chciałabym poznać Wasze zdanie na jej temat.

      Komu zatem polecam tę powieść? Głównie tym osobom, które dzień dnia narzekają, że ich los jest ciężki, nie chce im się żyć. A także czytelnikom mojego bloga, których bliscy albo przyjaciele zmagają się z nieuleczalną chorobą. Mam nadzieję, że nie zawiedziecie się. Miłej lektury życzę!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 grudnia 2017 17:44
  • środa, 27 grudnia 2017
    • Po cholerę Ci mąż?

      Technologia XXI wieku wychodzi nam naprzeciw. Dziś jednym z najbardziej popularnych i rozpowszechnionych sposobów na znalezienie drugiej połówki jest Internet. Nikogo nie dziwi widok osoby zamieszczającej ogłoszenie na portalu randkowym czy czatującej. No…prawie nikogo.

      Miłość jest tematem przyjemnym. Lubimy o niej czytać, rozmawiać, ale najbardziej chyba lubimy jej doświadczać. Zakładam optymistyczny scenariusz, bo niestety jak przyjrzymy się temu co dzieje się dookoła nas, nie ma się z czego cieszyć. Rozwodzimy się na potęgę! Uzasadnione jest w tym miejscu zadanie pytania, czy prawdziwa miłość, taka aż do śmierci, jaką z hurra optymizmem zwykliśmy przyrzekać sobie przed ołtarzem, jeszcze istnieje? A może ona zarezerwowana jedynie dla wybranych? Po moich ostatnich doświadczeniach najchętniej odpowiedziałabym twierdząco, ale po kolei. Na refleksje i przykłady przyjdzie jeszcze czas.

      System wie kogo Ci trzeba

      Mało kto pewnie wie, że serwisy randkowe wykorzystują mechanizm wyszukiwania znany jako wyszukiwanie pasywne. O co chodzi? Potencjalni partnerzy nie są wyszukiwani przez użytkowników, ale zostają znajdowani przez system na podstawie szczegółowych pytań zadawanych szukającym partnera. Pytania te mogą przybierać formę testu psychologicznego, testu sprawdzającego zbieżność charakterów, mapy astrologicznej, analizy numerologicznej. Często te kwestionariusze są długie jak włoski makaron i szalenie banalnie skonstruowane, przypominajace kropka w kropkę psychotesty, które zapewne niejedna  z nas rozwiązywała. Logicznie myślący człowiek pomyśli: Świetnie! Rozwiążę sobie teścik. Zajmie mi około pół godziny i nie pozostanie mi nic innego jak tylko czekać na mój ideał. Jakie to łatwe! Zero wysiłku a ile korzyści. Pstryk i mamy. Szkoda, że w życiu  realnym nie działa to na takiej zasadzie.

      Pewnie słyszeliście ile Wasi dziadkowie, rodzice czy dalsi krewni musieli się, mówiąc kolokwialnie, wysilić aby zdobyć serce obecnej żony czy męża. Ileż trzeba było wykonać zabiegów, żeby w końcu dwoje kochających się ludzi mogło stanąć na ślubnym kobiercu. Nie będę wyliczać. Popytajcie trochę starszych od Was.

      A teraz co? Rozwiążemy sobie test, rzekomo ułożony przez psychologów (a kto sprawdzi, czy tu również ktoś nie nabija nas w butelkę?) i czekamy aż samo przyjdzie. Ot, relaks po ciężkim dniu.

      Zanim jednak zarejestrujemy się w jakimkolwiek serwisie kojarzącym pary, należy przypomnieć sobie, że nic nie zastąpi kontaktu realnego. Nawet jeśli decydujemy się na poznanie w sieci, byłoby dobrze  mimo wszystko dążyć do relacji face to face. Niezależnie co później z tego wyniknie – czy zdecydujemy się kontynuować znajomość wirtualną albo zakończyć ją i rzucić do kosza niepamięci.

      Wygląda na to, że nie tylko omawiane wyżej portale mają udział w łączeniu dwoje ludzi. Poznać się i zakochać można także…grając w gry on-line.

      Ostatnio przeczytałam artykuł o młodej dziewczynie i chłopaku. Poznali się przez Internet. Oboje byli fanami gry Halo 3 i sporo czasu spędzali grając on-line. Przez pierwsze trzy lata kontaktowali się za pośrednictwem Facebooka i MySpece’a. Dzięki połączeniom video na Skype mogli zobaczyć się. Wówczas się zakochali w sobie i postanowili być razem – już w świecie rzeczywistym.

      Dla wielu wyda się ta historia bajkowa. Przyznam, że i ja na początku miałam identyczne zdanie. Przekonał mnie fakt, że ten tekst przeczytałam na jednej z poczytnych  i, przynajmniej za założenia, rzetelnych stron.

      Po cholerę Ci mąż?

      Nie wiem, być może zostanę przez swoich Czytelników wyzwana, wyśmiana, obrzucona epitetami, ale  chciałabym Wam się do czegoś przyznać. Przez wiele, wiele lat nie byłam do końca przekonana do tego, że wynajdę potencjalnego męża dzięki Internetowi. Wiem, popełniałam błąd, bo winnam wierzyć w to, że wszystko jest możliwe. W przeciwnym razie oddalam od siebie mój cel. W sumie do tej pory podchodzę do tematu z pewnym dystansem, ale postanowiłam przekonać się, jak to w zasadzie jest. Tym bardziej, że mam znajomych (są niepełnosprawni tak jak ja), którzy są w związkach. Ponoć szczęśliwych. Zarówno koleżanka, jak i kolega. Kurde, skoro im się udało, dlaczego mnie ma ominąć szczęście? Gorsza jestem? Nie, nie, nie!

      Podjęłam więc decyzję, że otworzę furtkę komuś, kto może czeka tuż za rogiem. Co zrobiłam? Nic szczególnego – zaczęłam wchodzić na czat. Nie dlatego, że uległam namowom otoczenia, Boże broń! Nie z powodu licznych pytań, czy u mojego boku nie pojawił się jakiś przystojniak – absolutnie! Poczułam najzwyczajniej potrzebę, a raczej doszłam do wniosku, że nic nie tracę, a zyskać mogę. Nie jestem zdesperowana, nie przesiaduję tam godzinami. Wchodzę kiedy mam chęć i chwilę wolnego. Zupełny spontan.

      Wiecie, że należę do ludzi szczerych i nie zwykłam niczego ukrywać. Szczególnie kieruję się  tą zasadą, gdy chcę nawiązać trwałą relację z drugim człowiekiem. Uważam, że lepiej żeby druga strona wiedziała od razu na czym stoi niż miała dowiedzieć się o takiej czy innej rzeczy w momencie, gdy sytuacja pięknie się rozwinie i nabierze oszałamiającego tempa. Lubię grać w otwarte karty i kłaść je od razu na stół. I…bywa, że na tym tracę. Cóż, widocznie każdy ma coś pisane. Rano chcę odważnie spoglądać na siebie w lustrze i z dumą na ustach mówić: Dobrze zrobiłaś!

      Wracając do meritum, za każdym razem gdy rozmawiam na czacie uczciwie, po dłuższej wymianie zdań, przyznaję się, że poruszam się na wózku inwalidzkim a więc jestem niepełnosprawna. I co?

      Reakcje są przeróżne. Od tych lamentujących (Oj, bidula, współczuję! Pewnie Ci ciężko). Nie jestem biedna. Mam rodziców, siostry. Trzymamy się raczej razem. Finansowo również nie narzekam, choć oczywiście zawsze mogłoby być lepiej. Są dni, kiedy wcale tak słodko i sympatycznie nie jest, bo napotykam reakcje…nazwijmy to…oburzające, np: Idź kaleko lecz się!; Szukaj wśród swoich; I co, myślisz, że tutaj kogoś dla siebie wynajdziesz? A tak w sumie, to po co Ci mąż? I tak seksu nie możesz uprawiać. Mam rację? I inne tego typu wypowiedzi. Później niejednokrotnie zastanawiam się po takiej konwersacji, czemu nader często pada pytanie o ten seks i od razu stwierdzenie, że napewno nie mogę go uprawiać? Bo kurka mać co, jestem na wózku?!

      Założę się, że jeden czy drugi czatujący nie ma bladego pojęcia co to jest przepuklina oponowo-rdzeniowa i jak funkcjonują ludzie z tą chorobą. Czy naprawdę trudno zrozumieć, że niepełnosprawni mają identyczne potrzeby jak tzw. zdrowi?! Nie potrafię pojąć za Chiny, skąd te zdziwienia, że osoba z dysfunkcją poszukuje kogoś z kim spędzi całe swoje życie, kto pokocha ją całym sercem?! Bliskość, ciepło innego ciała, zauroczenie, zakochanie, namiętność – niepełnosprawni też mają takie pojęcia w swym słowniku.

      Dlaczego młoda kobieta na wózku inwalidzkim, czatująca prędzej czy później musi czytać na monitorze swojego komputera, że jest desperatką bo ośmieliła się przekroczyć za wysoki próg na jej bezwładne nogi i wkroczyć tam, gdzie wstępu nie ma? Bo chyba nie ma. A gdzie tam, do jasnej Anielki, było napisane, że brama otwarta wyłącznie dla młodych, sprawnych, zamożnych? Nigdzie! Oj przepraszam, w chorych głowach ludzi o ograniczonym światopoglądzie.

      Moje dotychczasowe internetowe relacje damsko-męskie kończyły się, jak się domyślacie, fiaskiem. Bo zawsze coś nie grało. Albo, co najgorsze, Panowie postanowili sobie zadrwić ze znajomości z taką kobietą jak ja i najczęściej byli zwykłymi oszustami i naciągaczami. Na szczęście, mam trzeźwy umysł i umiem się zdystansować, nie otwierać od razu. Nie ukrywam jednak, że wszystkie kłamstewka, próby zabawy moim kosztem sprawiają, że wycofuję się i mam coraz więcej wątpliwości, czy dobrze robię oraz zmienia się na poczekaniu w mojej głowie definicja idealnego związku.

      Rola masochistki nie dla mnie, ale nie będę zamykać się w skorupie tylko z tego powodu, że kilku idiotów dało mi w kość i że nie dorosło kompletnie ani fizycznie a już napewno nie mentalnie do tego, by być z kimś kto dajmy na to inaczej się porusza czy nie widzi. Życie! Nikt nie powiedział, że będzie super-hiper cudnie i że pójdzie jak po maśle. Obiecuję uroczyście jedno – nie poddam się! A zrobię to choćby po to, by nie dać dzikiej satysfakcji tym, którzy zacierają rączki i czekają na tę wielkopomną chwilę. Ja również mam prawo być szczęśliwa. Czy się komuś podoba czy nie. Na marginesie, to wyłącznie moja sprawa gdzie i jakimi metodami szukam partnera. Nie ja pierwsza i nie ostatnia.

      Nie wiem jeszcze, czy sama znajdę mojego Księcia czy pozwolę, żeby On mnie wypatrzył wśród tysiąca róż. Szczerze? Wolałabym tę ostatnią opcję. Pewność mam, że niezależnie od tego, jak się poruszamy, jak wyglądamy jesteśmy po to, by pięknie żyć, według własnego przepisu oraz sumienia i zasługujemy na to, co najlepsze. Ale wydaje mi się, że jeszcze sporo wody musi upłynąć, żebyśmy wreszcie zrozumieli, że my sami jesteśmy odpowiedzialni za to jak żyjemy, co robimy, bo nikt za nas życia nie przeżyje. Perfekcyjnie opanowaliśmy umiejętnośc dawania dobrych rad. Świetnie czujemy się w roli doradców. Czas na zmiany, kochani! Wszyscy uczmy się na własnych błędach, podążajmy swoją ścieżką. Powielanie tego, co już było, nie ma najmniejszego sensu.  A przede wszystkim zaczynajmy przemiany od siebie, nie od innych. Jeżeli komuś odpowiada konkretny sposób bycia, w porządku. Widocznie on/ona czuje się z tym komfortowo.

      A Wy, szukacie miłości w internecie czy w realu? Czatujecie? Co sądzicie na temat zawierania związków, niekoniecznie małżeńskich, przez osoby niepełnosprawne? Jesteście za czy wręcz przeciwnie? Podzielcie się opinią. Czekam na Wasze opowieści i komentarze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 27 grudnia 2017 16:30
  • poniedziałek, 25 grudnia 2017
    • #7. Monika Szwaja "Matka wszystkich lalek"

      Do przeczytania „Matki wszystkich lalek” autorstwa Moniki Szwai zostałam zachęcona przez znajomych. Mówili, że to najlepsza książka w dorobku pisarki. Czy rzeczywiście? Postanowiłam sprawdzić.

      Autorka przedstawia historię dwóch kobiet, żyjących w odległych, zupełnie innych czasach.  Elżunia Szumacher jest małą dziewczynką i mieszka z rodziną na Śląsku. W Polsce akurat toczy się wojna i Szumacherówna ma świadomość, że to coś złego. Żyje sobie w otoczeniu ukochanych osób. Pewnego dnia otrzymuję od swojego ojca, zwanego przez nią „tacimkiem”, piękną lalkę. Od tamtej pory cały czas spędza ze swoją ulubioną zabawką, którą także nazywa Elżunią. Wydawałoby się więc, że dziecko wiedzie beztroskie życie. Niestety, ta sielanka nie trwa wiecznie. Mała wyjedzie na kolonie organizowane nad morzem dla śląskich dzieci, a stamtąd trafi do nowej, niemieckiej rodziny. Dlaczego? Tego Wam nie powiem. W każdym razie rozwinięty tu będzie mocno wątek historyczny. Podejrzewam, że w wielu z Was wzbudzi on poczucie bezsilności i złości.

      Ja nie lubię tego typu historii, wydają mi się odległe, troche jakby wzięte z kosmosu. Pewnie dlatego, że nie żyłam w czasach wojny, trudniej wczuć mi się w klimat i to, co przeżywała rodzina dziewczynki.

      Wspomniałam na samym początku, że jest też inna bohaterka. To Claire (po prostu Klara) Autret.  Ma dwadzieścia osiem lat. Matka jej jest Polką, ojciec Bretończykiem. Jej rodzice nie są wzorową parą. Ponadto, Klara pomaga prowadzić rodzinny biznes, a w chwilach wolnych od pracy oddaje się swojej pasji, którą są robótki ręczne, wytwarzanie ozdób i biżuterii. Dziewczyna ma jeszcze siostrę, babcię i chłopaka, który kocha się w niej „od zawsze”. Czytacie to pewnie i myślicie sobie – słodko aż mdli. Nic bardziej mylnego. Życie, jak wszyscy wiemy, potrafi cudownie się komplikować i to w najmniej oczekiwanym momencie. I tak też dzieje się w tym przypadku, Claire dowiaduje się w dość dziwnych okolicznościach, że tatuś Vincent, którego kochała całym sercem, nie jest jej biologicznym tatą, a wszystko przez mamusię,trzeba zaznaczyć, że nad wyraz porąbaną i trudną. Na dodatek biologiczny tatuś Klary jest umierający i zanim zamknie oczy na wieki, pragnie zobaczyć córkę. Mieszka w małej wiosce w Karkonoszach. Bohaterka podejmuje decyzję, że pojedzie do Polski. Nie wie tylko, jak bardzo to zmieni jej dotychczasowe, poukładane życie.

      Kogo tam pozna? Czy uda jej się zmierzyć z problemami, jakie los jej zsyła? Czy na tej drodze pozna wreszcie mężczyznę, który będzie tym jedynym? Kim okaże się starsza, samotna kobieta i dlaczego jej najwierniejszymi towarzyszkami są lalki? Na te i inne pytania dostaniecie odpowiedź, gdy przeczytacie książkę napisaną przez Monikę Szwaję.

      Monika Szwaja pięknie snuje swoją opowieść o trudach codzienności, opowiada o wątpliwościach z jakimi muszą się zmierzyć jej postaci. Jednocześnie robi to w sposób niezwykle plastyczny, operuje słowem w tak, by pobudzić zarówno wyobraźnię, jak i zmysły czytelników. Udaje jej się ten zamierzony zabieg w stu procentach.

      Jeśli miałabym ocenić tę pozycję, to określiłabym ją jako bardzo dobrą. Chociaż miałabym maleńkie „ale” stanowczo przeszkadzające w tym, by uznać ją za świetną. Moim zdaniem, pewien dość znaczący w tej przedstawionej historii wątek, jest strasznie przewidywalny. O który chodzi, nie chcę mówić, bo jeśli sięgniecie po tę książkę, sami rozwiążecie zagadkę. Swoją drogę, jestem ciekawa, czy spostrzeżenia Wasze z moimi się zgodzą? Jak będziecie po lekturze, napiszcie do mnie e-maila i podzielcie się wrażeniami.

      Uważam, że jest to lektura godna uwagi i wartościowa, mimo minusa omówionego wyżej. Czy go dostrzeżecie i wiedząc o nim dacie szansę tej opowieści, zależy od Was i tego, czego po jej przeczytaniu oczekujecie. Myślę, że zaspokoi ona gusta czytelnicze zwłaszcza tych, którzy poszukują lektury lekkiej, ale mądrej. Bo z czystym sumieniem potwierdzam, że ta właśnie taka jest. Na letnią porę będzie pasowała idealnie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 grudnia 2017 13:03
  • niedziela, 24 grudnia 2017
    • #6. Barbara Delinsky "Ogród marzeń"

      Na książkę Barbary Delinsky polowałam już dawno, będąc jeszcze na stażu w bibliotece. Powód był prozaiczny. Przede wszystkim spodobała mi się okładka. Skojarzyła mi się z takim sielskim klimatem, z jakąś krainą łagodności. Być może spowodował to zielony kolor, który zdecydowanie tu przeważa.

      Drugim bodźcem, który sprawił, że sięgnęłam akurat po tę książkę, był opis lub jak kto woli notka od wydawcy. Spadek, duży dom z ogrodem, terapeutka, czyli osoba interesująca się psychologią, tak jak ja, to coś dla mnie – pomyślałam. Zanim jednak zdecydowałam się wypożyczyć książkę, upłynęło naprawdę sporo czasu. Wreszcie jednak się zmobilizowałam. Zaczęłam czytać historię Casey.

      Opowieść rozpoczyna się retrospekcją: policjant zostaje wezwany przez mężczyznę, który twierdzi, że został potrącony przez córkę. Dan wyrusza na poszukiwania i po odnalezieniu załamanej dziewczyny postanawia wywieźć ją z miasteczka w tajemnicy przed wszystkimi. Ale właściwie dlaczego? Co go popchnęło do takiej decyzji? Co się tak naprawdę wydarzyło?

      Kolejny rozdział to już czas teraźniejszy. Główna bohaterka dowiaduje się, że zmarł jej ojciec, którego osobiście nie poznała, ale ten przepisał jej wielki dom z ogrodem. Jego ostatnim i jedynym życzeniem było nie zmienianie ogrodnika i pokojówki. I w tym momencie pojawia się element tajemnicy, który w zasadzie idzie za czytelnikiem do ostatniej stronicy. Dlaczego ojciec Casey postanowił przepisać jej dom z ogrodem, choć nigdy się nią nie interesował? Dlaczego tak bardzo zależało mu, żeby Casey nie zwalniała ogrodnika i pokojówki?

      Młoda terapeutka ma wiele wątpliwości, czy przyjąć taki „prezent”. Po wielu rozważaniach decyduje się, że zamieszka w domu, który zapisał jej ojciec. Przenosi tam także swój gabinet.

      Pewnego dnia przeglądając biurko w gabinecie ojca, znajduje kopertę z tajemniczym maszynopisem opowiadającym losy dziewczyny o imieniu Jenny. Jednak tekst kończy się w najmniej oczekiwanym momencie, a Casey odkrywa notatkę, z której wynika, że bohaterka opowieści jest prawdziwa, należy do rodziny i potrzebuje pomocy. Zaintrygowana Casey postanawia znaleźć dalszą część dziennika i odnaleźć jego autorkę, ponieważ czuje, że jest to coś ważnego.

      Specjalnie nie odkrywam przed Wami tych najciekawszych szczegółów z książki B. Delinsky, które odsłoniłyby zapewne akcję, a także jej zakończenie. Chciałabym, abyście sami poznali historię tej młodej terapeutki. Jak potoczy się jej życie? Czy zostanie na dłużej w rezydencji?

      Na te i inne pytania uzyskacie odpowiedź gdy sięgniecie po książkę Barbary Delinsky „Ogród marzeń”.

      Zdradzić mogę jedynie, że książka wbrew pozorom wcale nie jest łatwa. Śledząc losy bohaterów trzeba się mocno skupić, bo w przeciwnym razie wejdziecie w ślepy zaułek, z którego trudno będzie wyjść, a już na pewno odbierze to Wam przyjemność dalszej lektury, a powiem Wam jeszcze, że z biorąc pod uwagę całą opowiedzianą historię przez Delinsky, zakończenie jest najciekawsze. Tak więc, jeżeli chcecie się przekonać co też zaserwowała nam autorka na finiszu, musicie koniecznie przeczytać tę książkę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 grudnia 2017 18:36
  • sobota, 23 grudnia 2017
    • Czytelnicy polecają książki - nowa akcja na moim blogu

       Wraz z otwarciem mojego nowego bloga, chciałabym zaproponować Wam udział w akcji czytelniczej, którą rozpoczęłam jeszcze na swojej starej stronie. Mam nadzieję, że podejmiecie wyzwanie i chętnie weźmiecie udział w tej bezterminowej akcji.

      Tak sobie siedząc ostatnio i rozmyślając nad nowymi celami i przedsięwzięciami wpadłam na (wydaje mi się) genialny pomysł zapoczątkowania nowej akcji na blogu Kuferek Literacki. Takiej nietypowej, bo nie ograniczonej żadnymi ramami czasowymi „od – do”. Każdy będzie mógł zabrać w niej głos jak często będzie uważał za słuszne lub jak jego pomysłowość mu na to pozwoli.

      Akcję nazwałam „Czytelnicy polecają…”. Już sama nazwa tego przedsięwzięcia mówi, że czytelnicy mojego bloga będą polecać…oczywiście książki.

      Wiadomo, książki są świetnym sposobem na oderwanie się od szarej rzeczywistości, doskonałą formą relaksu, niekiedy nawet pełnią rolę terapeutyczną, potrafią nas rozśmieszyć, wzruszyć, sprawić, że przystaniemy na chwile i zastanowimy się nad sobą, swoim życiem czy tez nad wieloma nurtującymi nas aspektami.

      Literatura potrafi być genialnym drogowskazem jak pięknie i mądrze żyć, jak wycisnąć z życia, to co najlepsze. Często dzięki książkom nasze życie zupełnie się przewartościowuje, staje się lepsze, bardziej sensowne.

      Z pewnością każdy z Was choć raz w życiu natrafił na taką książkę, która właśnie w jakiś sposób Was odmieniła, zmusiła do refleksji, wprawiła w pozytywny nastrój, zmieniła tok Waszego myślenia.

      Dlatego wychodzę do Was z propozycją, abyście podzielili się z innymi Czytelnikami mojego bloga taką literaturą.

      Żeby wszystko szło sprawnie, nie było bałaganu, a przede wszystkim żeby zadna wartościowa pozycja literacka nie umknęła nikomu w gąszczu informacji, jakimi Was tu częstuję, proponuję aby każda osoba, która chce wziąć udział w naszej akcji opisała krócej bądź dłużej, w formie recenzji bądź refleksji (wybór należy do Was) książkę, która Was zafascynowała, zaciekawiła, zmieniła Wasze spojrzenie na życie, na ludzi. Słowem – streśćcie, napiszcie recenzję albo refleksje po lekturze książki, którą z czystym sumieniem polecilibyście innym.

      To, co napiszecie przyślijcie do mnie na adres czytamwiecjestem5@gazeta.pl, pamiętajcie aby podpisać się pod napisaną recenzją Waszym imieniem i nazwiskiem albo nickiem.

      Taki wysłany na mój e-mail tekst i podpisany, ja opublikuję na tym blogu. Jak przyślecie, tak opublikuję.

      Pamiętajcie tylko, aby uzasadnić dlaczego akurat tę książkę polecacie. Miejcie na uwadze to, że w zależności jak zrecenzujecie daną pozycję, co o niej napiszecie, Czytelnicy albo zdecydują się po nią sięgnąć albo nie. A jeśli książka jest naprawdę godna polecenia, to chyba jednak dobrze byłoby, żeby jak najwięcej osób ją przeczytało, prawda?

      Dodam jeszcze, że w akcji może wziąć udział każdy, bez znaczenia jest czy prowadzi on bloga czy też nie. Najważniejsze, by lubił czytać, potrafił w miarę zgrabnie formułować swoje myśli i uzasadnić swój wybór.

      I jeszcze jeden warunek: bardzo Was proszę, żebyście w temacie każdego przysłanego e-maila wpisywali „Czytelnicy polecają”. Jest to niezbędne, gdyż w przeciwnym razie mogę Waszego e-maila gdzieś zagubić wśród innych e-maili do mnie.

      Liczę na Waszą aktywność! Poinformujcie o naszej akcji innych, może oni też polecą Czytelnikom tego bloga jakieś wartościowe tytuły?

      Czekam zatem na e-maile od Was. Do dzieła!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 23 grudnia 2017 14:18
  • piątek, 22 grudnia 2017
    • #5. Anna Szczęsna „Myśl do przytulania”

      To już drugie moje spotkanie z twórczością Anny Szczęsnej. Poprzednie było bardzo udane. Czułam podświadomie, że zaprzyjaźnię się z powieściami tej Autorki na dłużej. Dlatego też sięgnęłam po „Myśl do przytulania”.

      Nie wiem, czy pamiętacie, jak recenzowałam na moim blogu powieść „Jutro pachnie cynamonem”. Byłam urzeczona fabułą książki, klimatem, postaciami. Byłam bardzo ciekawa, czy pisarka w swojej najnowszej powieści utrzyma ten sam poziom, czy nadal będę chciała zaczytywać się w zaproponowanych przez nią historiach. Dziś mogę otwarcie i z czystym sumieniem powiedzieć, że zapisuję Annę Szczęsną na liście moich ukochanych pisarek.

      Główną bohaterką „Myśli do przytulania” jest Hanna Pniewska, trzydziestoletnia bibliotekarka, zmęczona szarością dnia codziennego i pracą, która nie daje jej satysfakcji i rozwoju. Kobieta coraz bardziej czuje się przytłoczona upływającym czasem, ma wrażenie, że życie przecieka jej przez palce. Pragnie zmian, ale jednocześnie bardzo się ich boi. Dodatkowo jej smutek potęguje to, że jej najlepszy przyjaciel Tomek wyjeżdża do Irlandii, najlepsza przyjaciółka Misia wychodzi za mąż i spodziewa się dziecka. A ona, Hania, nie robi żadnego kroku do przodu. Marzy o czymś, co odmieni jej los i wniesie radość do jej życia.

      Pewnego dnia kobieta serfując po Internecie znajduje ogłoszenie. że ktoś potrzebuje pracownika. Nie myśląc wiele decyduje się wysłać swoje CV. Zamyka komputer i na jakiś czas zapomina o całej sprawie. Aż do chwili, gdy otrzymuje odpowiedź pozytywną. Nie zastanawiając się długo podejmuje decyzje, że wyjedzie do malutkiej mieściny o tajemniczej nazwie Różane Doły. Jest oczarowana miejscem. Opanowuje ją błogi spokój, bo w wyobraźni widzi siebie za biurkiem bibliotecznym, podającą książki. Roztacza przed sobą wizję, że żadne troski ni zmartwienia nie są w stanie jej tu dosięgnąć. Nawet nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo się myli i jakie niespodzianki jeszcze na nią czekają.

      Jak wygląda praca tam, „gdzie diabeł mówi dobranoc”, dlaczego w Różanych Dołach budzą się uśpione demony? O tym przekonacie się dzięki lekturze powieści autorstwa Anny Szczęsnej, którą wydało Wydawnictwo Kobiece.

      To wciągająca od pierwszych do ostatnich stron opowieść, niemalże anielska, trochę nierealna i z happy endem. Jest to historia z nadzieją w tle,  o tym, że wszystkie marzenia mogą się spełnić, ale pod kilkoma warunkami. Mianowicie musimy tego z całej siły pragnąć, poza tym mieć wokół siebie wielu pomocnych i dobrych ludzi oraz nie możemy bać się zmian. Tylko wtedy będziemy szczęśliwi.

      „Myśl do przytulania”  zachwyciła mnie przede wszystkim swoją fabułą, a właściwie tym, że nie była ona monotonna. Raz czułam, że tonę w jakimś balsamie relaksacyjnym, a za drugim razem serce biło mi jak oszalałe z nadmiaru emocji. Nie zawsze na kartach tej książki jest słodko, choć słodycz przeważa w tej lekturze. Są też momenty, gdy gorycz aż piecze, chciałoby się krzyknąć – to nie tak miało być, nie zgadzam się!

      Nie tylko akcja jest tu wyrazista, postaci także. Albo wzbudzają naszą sympatię albo nie. Mojej zdecydowanie nie wzbudzili panowie – żaden. Natrętny Łukasz bardzo mnie denerwował, że wciąż narzuca się Hance i nie pozwala jej złapać oddechu, przesiadując w jej domu nieustannie. Sebastian, no cóż, typ miał wiele za uszami. Rasowy czarny charakter, ale jakoś coś mi nie leżał. Chociaż przyznam szczerze, że przeważnie lubię niegrzecznych bohaterów, którzy coś narozrabiają, komuś dokuczą. Jak widać, nie tym razem. Marek – totalna ciamajda i ciepłe kluski. Cicho kocha się w naszej bohaterce, a wyznaje jej to dopiero pod koniec powieści. No i ten nie zamknięty przez niego rozdział z przeszłości również zraził mnie. Nie życzyłabym żadnej dziewczynie takiego partnera. Tatuś Hani, no nie, jakiś taki…chyba zbyt szczodry. Najlepiej oceniam Mariusza, kierowcę. Nie narzucał się, był naturalny, a jednocześnie dobrze widział czego chce i nie dał sobie w przysłowiową kaszę dmuchać. Takich ludzi cenię i naprawdę lubię.

      Sama Hanna Pniewska, hmm…denerwowało mnie nieco jej zachowanie,  jakieś niezdecydowanie. Odbierałam to tak, jakby chodziła po linie – niby pewnym krokiem, ale wciąż z obawą, że runie z hukiem na ziemię. Nie pasowało mi to. Być może dlatego, że te cechy całkowicie mi są obce. Najbardziej podobało mi się zaangażowanie Pniewskiej w pracę, w metamorfozę biblioteki. To coś, co jest mi niezwykle bliskie. Nie mogę nie wspomnieć o charakternych osóbkach, na które zwróciłam szczególną uwagę. Chodzi o dziewczynę z pazurem, czyli Olę, siostrę Hanny, Starą Maciejową, no i babcię, którą polubiłam najbardziej ze wszystkich bohaterów wykreowanych przez Autorkę. Gdy czytałam, że starsza pani sprzedaje swoje prace na allegro, orientuje się w świecie wirtualnym, czy też próbuje swatać starszą wnuczkę z Markiem, to uśmiech dosłownie nie schodził z twarzy.

      Anna Szczęsna w mistrzowski sposób przedstawiła nam specyfikę społeczności małego miasteczka, idealnie wykreowała postaci, nadając im realne cechy charakteru. Przed swoimi Czytelnikami roztoczyła piękne krajobrazy. Język, jakim się posługuje w tej książce, jest nasycony plastycznością. Mamy tu wiele odcieni. Nie brakuje także smaków i aromatów,  które niekiedy aż czułam w nosie. Wszystko podane spójnie, w odpowiednich proporcjach.

      Jestem zachwycona jeszcze jedną rzeczą. Jak wspomniałam jest to opowieść o miłości, o rodzącym się uczuciu. Anna Szczęsna nie wplotła ani raz w tę historię scen intymnych, o zabarwieniu erotycznym, co niestety w tego typu książkach zdarza się nader często. Uczyniła tym samym tę powieść niebanalną, przynajmniej ja tak ją odbieram.

      Trafionym zabiegiem było też nadanie rozdziałom różnych tytułów, dzięki temu czytający mogą snuć przypuszczenia, w jakim kierunku może podążyć akcja.

      Jedynym minusem, jaki dostrzegłam podczas czytania, były literówki, na które napotykałam od czasu do czasu i popelniony przez Wydawcę błąd na okładce. Bowiem zanim zagłębimy się w „Myśl do przytulania” Hania przedstawia się jako Pniewska, a z tyłu książki czytamy Popławska.

      „Myśl do przytulania” Anny Szczęsnej polecam wszystkim, którzy nie czują w sobie dostatecznie dużo sił i odwagi, by coś zmienić w swoim życiu. Zachęcam także Panie do przeczytania tej książki, tych, którzy zwyczajnie chcą się odprężyć przy dobrze napisanej powieści oraz wszystkich szukających lektury na letnie popołudnia lub wieczory przy kawie lub herbacie.

      Polecam i dziękuję  przy okazji Autorce za egzemplarz do recenzji i z niecierpliwością oczekuję kolejnej, wspaniałej książki, która przeniesie mnie w inny wymiar pozwoli uwierzyć, że nie ma rzeczy niemożliwych, a ograniczenia są jedynie w naszych głowach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 22 grudnia 2017 13:37
  • czwartek, 21 grudnia 2017
    • Prezenty na które mam chrapkę

      Niebawem Boże Narodzenie. Czas świętowania i prezentów. Postanowiłam, że podpowiem w dzisiejszym zainteresowanym osobom, co też chciałabym w bliższej lub dalszej przyszłości otrzymać w podarunku. Niekoniecznie świątecznym.

      Jestem kobietą, a więc zawsze staram się wyglądać atrakcyjnie. Jestem przekonana, że pomogłyby mi w tym następujące kosmetyki. Oto one:

       

      1. PALETA 32 CIENI MAKEUP REVOLUTION ULTRA PALETTE 32 FLAWLES MATTE, cena 39 zł 99 gr

      Producent zachęca nas do zakupu produktu tymi słowami:

      Makeup Revolution Ultra 32 Shade Eyeshadow Palette to profesjonana paleta 32 cieni do powiek. Zawiera matowe cienie. Mocno napigmentowane, trwałe kolory. Cienie są aksamitne, łatwe w aplikacji na sucho i mokro, trwałe i bardzo wydajne.  Każdy kolor może być używany samodzielnie, ale także są łatwe w łączeniu się ze sobą i blendowaniu. Idealne do wykonania dziennego i wieczorowego makijażu.

      Matowe cienie

       

      32 cienie do powiek

       

      Mocno napigmentowane cienie

       

      Trwałe kolory

       

      Łatwa i wygodna aplikacja

       

      Idealne do dziennego i wieczorowego makijażu

       

      Paleta składa się z 32 mocno napigmentowanych cieni do powiek. Posiadają aksamitną konsystencję, dzięki czemu łatwo się rozprowadzają.

       

      2.. HIGHLIGHTER STICK – ROZŚWIETLACZ W SZTYFCIE FIRMY GOLDEN ROSE,produkt nr 2, cena 19 ZŁ 90 GR

      Ten produkt pozwala na subtelne rozświetlenie wybranych partii ciała.

      Wygodna forma sztyftu ułatwia jego aplikację, do której nie potrzeba dodatkowych akcesoriów.

      Może być nakładany na szczyty kości policzkowych, łuk brwiowy i wewnętrzne kąciki oka w celu dodania im blasku.

      3.  BALL BLUSHER – RÓŻ W KULKACH FIRMY GOLDEN ROSE, cena 25 ZŁ 90 GR

      Pełne koloru kuleczki różu zostały stworzone tak, by delikatnie podkreślić kości policzkowe.

      W zależności od odcienia nadają efekt rozświetlający lub brązujący.

      Jedwabista konsystencja ułatwia aplikację za pomocą pędzla.

      Cera zyskuje świeży, promienny i aksamitny wygląd.

      4.CRAMY BLUSH STICK – KREMOWY RÓŻ DO POLICZKÓW W SZTYFCIE FIRMY GOLDEN ROSE, cena 19 ZŁ 90 GR

      Róż do policzków w sztyfcie zapewnia ich naturalne podkreślenie oraz dodaje cerze naturalnego blasku.

      Jego kremowa i delikatna formuła sprawia, że idealnie stapia się ze skórą i gwarantuje aksamitne wykończenie makijażu.

      Można stopniowo dozować ilość aplikowanego produktu aż do uzyskania satysfakcjonującego poziomu krycia.

      Po nałożeniu, warto rozetrzeć róż palcami bądź przeznaczonym do tego celu pędzlem.

      5. WATERPROOF LIPLINER – TRWAŁA KREDKA DO UST CLASSICS FIRMY GOLDEN ROSE nr 329, cena 4 zł 90 gr

      To wysokiej jakości seria kredek do ust o niezwykle delikatnej strukturze.Bogata kolorystyka daje możliwość doboru odpowiedniego odcienia do typu urody, rodzaju makijażu czy stroju. Łatwe w aplikacji, pozwalają na uzyskanie delikatnej, cienkiej kreski.

      6. ULTRA RICH COLOR LIPSTICK CREAMY – KREMOWA POMADKA FIRMY GOLDEN ROSE nr 60, cena 12 zł 90 gr

      Seria pomadek Golden Rose zapewni Twoim ustom super nawilżenie, a jednocześnie pokryje je nasyconym kolorem, który utrzyma się przez cały dzień.Dzięki kremowej konsystencji łatwo się rozprowadza, idealnie pokrywającusta intensywnym kolorem.Bogata w składniki odżywcze receptura gwarantuje ustom odpowiedni poziom nawilżenia i pielęgnacji.Masło Shea zmiękcza i koi wysuszone usta, natomiast witamina E stanowi naturalny filtr przeciwsłoneczny.Pomadki występują w trzech efektach wizualnych: metaliczne, matowe, diamentowe.

      7. Wet & Dry Eyeshadow – Cienie do powiek na mokro firmy  Golden Rose, cena 33 zł 90 gr – paleta nr 4

      Wet&Dry Eyeshadow to cienie do powiek do stosowania „na mokro” lub „na sucho”, co pozwala uzyskać makijaż o różnym stopniu intensywności.

      Makijaż oka wykonany zwilżonym aplikatorem jest idealny na wieczór, natomiast cień nałożony suchym aplikatorem doskonale uzupełnia całodzienny makijaż. Dzięki zawartości drobinek jedwabiu cienie jednolicie się rozprowadzają, nie osypują się  i utrzymują na powiekach przez cały dzień.

      8. LONGSTAY BLUSH TRIO – Długotrwały potrójny róż do policzków  firmy Golden Rose – kolor 103, cena 34 zł 90 gr

      Wyjątkowa formuła zawierająca połączenie trzech wzajemnie uzupełniających się kolorów w jednej palecie, stworzonych i przeznaczonych do każdego rodzaju makijażu i każdego koloru skóry. Wyróżniają się delikatną i kremową konsystencją oraz zapewniają olśniewający wygląd policzków przez wiele godzin. Można nakładać pojedynczo lub połączyć odcienie przy pomocy pędzla do różu.

      Ponieważ ten blog jest przede wszystkim literacki, nie może też zabraknąć małych podpowiedzi, jakie książki pragnę otrzymać lub przygarnąć na własność. Zobaczcie!

      9. NATASZA SOCHA „BIURO PRZESYŁEK NIEDORĘCZONYCH” na empik.com cena 31 zł 49 gr

      Są listy, których nie można zostawić bez odpowiedzi…Do Biura Przesyłek Niedoręczonych trafiają listy i paczki, które nigdy nie dotarły do adresatów. Zuzanna zaczyna tam pracować, bo ją samą też prześladuje pewien niewysłany w porę list. Z czasem coraz bardziej intrygują ją tajemnice innych ludzi. Kiedy trafia na listy, których nadawcy od trzydziestu ośmiu lat nie mogą się spotkać, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Ma czas do Wigilii, potem będzie za późno…

      Magiczna opowieść o zagmatwanych ludzkich losach, miłości jak z bajki i nieoczekiwanych konsekwencjach życzliwości.

      10. PAUL KALANITHI „JESZCZE JEDEN ODDECH”na empik.com cena 25 zł 18 gr

      Poruszająca historia genialnego neurochirurga, który zmierzył się z chorobą jako pacjent.

      Opowieść o odchodzeniu w zgodzie z sobą i ze światem.

      Międzynarodowy fenomen wydawniczy. Numer 1 na liście bestsellerów „New York Timesa”.

      Paul Kalanithi był jednym  z najzdolniejszych amerykańskich neurochirurgów i ogromnym miłośnikiem poezji. W wieku 36 lat, po blisko 10-letniej pracy w charakterze neurochirurga i pod koniec wyczerpującej rezydentury, w momencie gdy Paulem zaczęły interesować się najważniejsze instytuty badawcze i najbardziej prestiżowe kliniki, młody lekarz usłyszał diagnozę IV stadium raka płuc.

       W jednej chwili Paul zmienia się z lekarza ratującego życie w pacjenta, który sam podejmuje walkę z chorobą. I zaczyna pisać. Wytrwale, strona po stronie, niezależnie od trudności, jakie przynosiła postępująca choroba.

      „Jeszcze jeden oddech” to szczera, wzruszająca historia wybitnego lekarza, który stanął twarzą w twarz ze śmiercią. Zapis determinacji i świadectwo walki.

      Paul Kalanithi zmarł w marcu 2015 roku, niemal do ostatniej chwili pracując nad tekstem. Ta niedokończona książka doskonale oddaje ulotność naszego życia.

      10. MAGDALENA WITKIEWICZ „PRACOWNIA DOBRYCH MYŚLI” na empik.com cena 26 zł 68 gr (szczególnie poszukuję!!!)

      Szczęście można uszyć z kawałków jak patchwork, wtedy stworzą nowy wzór. Ale trzeba o tym wiedzieć.

      Mała, przytulna pracownia, w której oknach zawsze stoją kwiaty, to miejsce pełne czarów. Można tam przymierzyć szczęście, przynajmniej tak brzmi jej slogan reklamowy. To tutaj, na ulicy Przytulnej 26, Pelagia, krawcowa, prowadziła przed wieloma laty pracownię krawiecką. Po jej śmierci to właśnie tu jej wnuk, Florian, postanowił otworzyć kwiaciarnię. Miejsce to dzieli z matką, Grażyną, ekscentryczną artystką. Otaczają ich przypadkowi ludzie, którzy z czasem stają się przyjaciółmi. Wielu z nich układa swoje życie na nowo.

      Siła tkwiąca w rodzinie, babce, matce i wnuku, jest bardzo duża. Każde z nich ma w sobie pierwiastek dobrych myśli, każde z nich ma piękną moc służącą do obdarowywania tymi myślami innych ludzi.

      Pomimo tego, że Pelagia odeszła dawno temu, w przytulnej pracowni nadal zszywane są ludzkie losy. Tworzą wspaniały patchwork, nową całość, z pozornie niepasujących do siebie kawałków, tkanych nicią dobrych myśli.

      To powieść o przyjaźni, miłości i o dobrej energii, dzięki której da się załatać każdą dziurę, każdy smutek, każdy poplątany los.

      11. IZABELA M. KRASIŃSKA „POD SKRZYDŁAMI MIŁOŚCI” na empik.com cena 28 zl 99gr

      Najpiękniejsza miłość to ta, która zdarza się w najmniej oczekiwanym momencie.

      Martą targały emocje. Po tym, gdy uświadomiła sobie, że związek w którym tkwi od lat nie ma szansy na przyszłość, omal nie zginęła. Jej samochód uderzył w drzewo. Ale choć otarła się o śmierć, tak naprawdę zyskała nowe życie. Na szczęście na ratunek został jej zesłany anioł. Między dziewczyną a strażakiem, który wyciągnął ją z wraku auta, zaczyna rodzić się uczucie. Niestety miłość czasami nie wystarcza. Co robić, gdy los rzuca kłody pod nogi, a z pozoru najlepsze rozwiązania nie są spełnieniem marzeń? Czy Marta znajdzie w sobie siły, by zaufać w pełni?

      „Pod skrzydłami miłości” to niezwykła opowieść o poszukiwaniu szczęścia i własnej drogi. To także urzekająca historia o bezgranicznej miłości.

      12. ANETA KRASIŃSKA „ODROCZONE NADZIEJE” na empik.com cena 27 zł 49 gr (szczególnie poszukuję!!!)

      Aldona ma poczucie przegranej. Odrzucona przed laty przez rodzinę, zawiedziona przez mężczyznę, którego pokochała, postanawia skupić się na pracy. Kariera zawodowa pozwala jej zagłuszyć samotność i osiągnąć niezależność materialną. Kiedy dawny związek ponownie ożywa, Aldona z optymizmem patrzy w przyszłość. Względną stabilizację zakłócają problemy zdrowotne rodziców. Targana emocjami kobieta stawia na szali swoje życie zawodowe, potrzeby i uczucia, by sprostać karkołomnemu zadaniu, jakim jest opieka nad chorą na alzheimera matką. W zderzeniu z tą straszną chorobą musi przewartościować dotychczasowy sposób myślenia. Nieoczekiwane komplikacje zdrowotne matki uruchamiają lawinę skrajnych emocji i uświadamia jej pustkę, w jakiej się znalazła. Kobieta zaczyna prowadzić blog, który staje się dla niej rodzajem psychoterapii i rozrachunkiem z przeszłością. Na szczęście dla niej za drzwiami już czeka przyszłość…

      Myślę, że taka mała ściągawka przyda się moim bliskim, którzy pewnie niejednokrotnie zastanawiali się, co mogą mi sprezentować na taką czy inną okazję. A tych nie zabraknie w najbliższym czasie, bo: tak jak wspomniałam niedługo Gwiazdka, tuż po Nowym Roku, czyli 2 stycznia są moje trzydzieste urodziny, dziewiętnaście dni później obchodzę swoje imieniny. Nic się raczej nie zmarnuje  :-D

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Prezenty na które mam chrapkę”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 grudnia 2017 15:05
  • środa, 20 grudnia 2017
    • #4. Wizyta u rodziny Połanieckich

      Rzadko na moim blogu opiniuję książki należące do kanonu klasyki polskiej lub zagranicznej. Tym razem postanowiłam zrobić wyjątek i sięgnęłam po książkę Henryka Sienkiewicza pt. „Rodzina Połanieckich”.

      Zaobserwowałam, że w te wakacje chętnie sięgam po powieści, które od dłuższego czasu leżą na mojej półce. Z książką, którą za chwilę będę omawiała było podobnie, bowiem zanim zabrałam się za jej czytanie minęły dokładnie dwa lata.

      Od razu zaznaczę, że książka nie otrzymała ode mnie najwyższej noty, czyli dziesięć punktów na dziesięć. Oceniłam ją na sześć, ponieważ dostrzegłam pewne minusy, o których w dalszej części tej opinii. Najpierw chciałabym skupić się na pozytywnych aspektach.

      Cieszę się, że jednak zdecydowałam się zapoznać z tą powieścią. Od pierwszych stron zauroczyła mnie i w pewnym stopniu urzekła. W Krzemieniu poczułam się sielsko, swoisko i przytulnie – prawie jak w domu.

      Przemierzałam wraz z głównym bohaterem Stanisławem Połanieckim piaszczyste drogi, słyszałam stukot kół, gdy bryczka posuwała się powoli. Niemalże zabłądziłam w wiśniowym sadzie, obserwowałam jak rosną słoneczniki. Takie to miejsce wydało mi się bajkowe i zaciszne. Poddałam się jego urokowi, jednocześnie coraz śmielej zagłębiając się w lekturze.

      Miałam wrażenie, że czas zatrzymał się. Tutaj nikt nie pędzi. Wszystko jest uporządkowane, panuje ład i harmonia, które nic i nikt nie jest w stanie zburzyć. Ludzie są uprzejmi, uśmiechnięci, uczciwi, szczodrzy. Wartości chrześcijańskie wysuwają się na plan pierwszy. Postaci nie są przerysowane. Mają swoje wady, zalety, walczą ze słabościami. Czasem trapią ich jakieś rozterki, problemy, a niekiedy cieszą się z najdrobniejszych rzeczy – z tego, co przynosi codzienność. Jedni rodzą się, inni umierają. Jak w realnym życiu. Choć nie nadzwyczajny, to mimo wszystko zaczarowany świat, gdzie można odpocząć i się zrelaksować.

      „Rodzina Połanieckich” Henryka Sienkiewicza to powieść wielowątkowa. Tytuł sugeruje, że będzie to saga. Tylko pozory.

      Gdybym miała napisać o czym jest ta opowieść, powiedziałabym, że o różnych odmianach miłości, w każdym jej odcieniu. O poszukiwaniu miłości, o zakochaniu, o jej pielęgnowaniu, ale także o rozczarowaniach, zdradach, o tęsknotach. O sile prawdziwego, głębokiego uczucia.

      Mamy tutaj również opisy przeżyć wewnętrznych postaci, zwłaszcza Stanisława Połanieckiego. Obserwujemy jego metamorfozy wewnętrzne, śledzimy pytania, na które próbuje sobie odpowiedzieć. I właśnie teraz chciałabym napisać o tym, co zdecydowanie przeszkadzało mi w tej całej historii. Bardzo przeszkadzały mi opisywane obszernie monologi Połanieckiego. Owszem, jest to ciekawy zabieg zastosowany przez autora, nie mniej uważam, że można było przedstawić te myśli w skondensowanej formie, nieco je uogólnić.

      Na co jeszcze zwróciłam uwagę czytając tę historię? Otóż na interesujący obraz epoki. Poznajemy przedstawicieli szlachty. Postaci są niebanalnie zarysowane. Ich charaktery są skomplikowane, co sobię naprawdę cenię.

      Rzecz jasna polszczyzna, jaką posługuje się Sienkiewicz, jest nienaganna i goda naśladowania. Brak wulgaryzmów i skrótów, które dzisiaj mamy na porządku dziennym, to niewątpliwie ogromny plus tej książki.

      Podsumowując, pragnę przyznać, że nie żałuję dni poświęconych na lekturę „Rodziny Połanieckich”. Poznałam zwyczaje z tamtej epoki, zdystansowałam i przede wszystkim poszerzyłam swoje słownictwo.

      Komu polecam powieść? Przede wszystkim licealistom i gimnazjalistom, bo ze smutkiem obserwuję, że ich język, niestety, jest bardzo ubogi. Poza tym, miłośnikom klasyki literatury oraz tym, którzy uwielbiają opasłe tomiska. Nie zawiedziecie się.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 20 grudnia 2017 17:50
  • wtorek, 19 grudnia 2017
    • #3. Katarzyna Grochola „Przeznaczeni”

      Po czterech latach milczenia znana i lubiana pisarka Katarzyna Grochola wraca z nową powieścią, zupełnie inną od tych, które już wyszły spod jej pióra. Czy „Przeznaczeni” to lektura, która skradła moje serce?

      Pięć różnych historii życiowych, piątka głównych bohaterów, cała gama sposobów na życie, smutków, radości i do tego całe walizki doświadczeń. Kobiety i mężczyźni, wydawać by się mogło piękni, cieszący się całkiem niezłym zdrowiem. Wszyscy muszą dokonywać jakichś wyborów, ponosić ich konsekwencje. Wierzący w przeznaczenie i ci, którzy pukają się w głowę mówiąc, że to, co ich spotyka, jest jedynie dziełem przypadku. Stają twarzą w twarz z sytuacjami dnia codziennego, nierzadko ciężkiego kalibru. Tak jak my mają wady i zalety, lepsze i gorsze chwile.

      Gabrysia pracuje jako krupierka. W pracy otoczona ludźmi z licznych środowisk, nie potrafi odnaleźć się w tym otoczeniu. Jest osamotniona i wycofana, wręcz nieufna. Przypadkowo poznaje Mateusza, młodego chłopaka z poczuciem humoru, który postanawia znaleźć klucz do serca Gabrysi, a nawet więcej, do jej wnętrza. Pragnie dowiedzieć się dlaczego dziewczyna tak dziwnie się zachowuje. Czemu raz jest przyjacielsko nastawiona do niego, a za drugim razem ucieka jak dzika kotka. Jaki jest prawdziwy powód jej zachowania? Co ją dręczy i czy kiedyś będzie umiała otworzyć się przed Mateuszem i być szczęśliwa?

      Inną osobą jest Jerry, niepijący alkoholik, który swoje eldorado postanowił znaleźć w Stanach Zjednoczonych. Prowadząc pewien „interes” któregoś dnia namawia znajomego kolegę by i ten spróbował zająć się tym samym. Kumpel z kolei daje się szybko wciągnąć i pożycza od swojego przyjaciela sporą sumę pieniędzy.

      Nietuzinkowy życiorys ma także Aleksandra Olin, zwana Oliną. To autorka poczytnych kryminałów. Kobieta od dwudziestu lat jest uwikłana w romans z żonatym mężczyzną i w żaden sposób nie chce zakończyć tej relacji. Na dodatek dowiaduje się, że jej matce nie zostało wiele czasu na tej ziemi. Przy Olinie jest Dagmara, która wspiera przyjaciółke jak tylko może. Czy pisarka zrozumie, że dla Artura jest jedynie kochanką i zabawką?

      Za każdym razem jak biorę do ręki książkę Katarzyny Grocholi jestem zachwycona. Uwielbiam styl jej pisania. Jej proza przypomina mi coś na kształt prozy poetyckiej. Autorka nie pisze wprost, nie wykłada nic kawa na ławę. Czytając, zawsze mam wrażenie, że pomiędzy zdaniami jest cisza, ktora pozwala zastanowić się nad serwowaną treścią. Co prawda nie ma w książkach Grocholi metafor, ale ja dostrzegam w nich liczne symbole, które my, Czytelnicy, możemy odczytywać przecież różnie. Każdy indywidualnie, zależnie od wrażliwości, charakteru czy nawet nastroju.

      Grochola kolejny raz potwierdziła, że należy do jednej z lepszych polskich autorek. Nie pojmuję, dlaczego niektórzy książkowi blogerzy i nie tylko, hejtują te powieści. Pisarka kreuje realne sytuacje i postaci z krwi i kości – takie jak my. Spokojnie możemy powiedzieć, że jest to literatura z wysokiej półki.

      W książce „Przeznaczeni” znajdziemy wachlarz emocji i wrażeń. Wielu może to dziwić, bo jak wspomniałam wcześniej, Autorka „Ja Wam pokażę” przyzwyczaiła swoich fanów, że funduje im historie miłe, lekkie, najczęściej z happy endem, odprężające. Tutaj tego nie uświadczymy. Tu śmiech przeplata się z gorzkimi łzami. Jest tutaj miłość, tak. Katarzyna Grochola nie odcina się od niej, ale nie będzie ona tematem wiodącym. Oprócz tego pięknego uczucia znajdziemi rozczarowanie, ból, poczucie beznadziejności, strach o jutro. Jestem przekonana, że Ci z Was, którzy zdecydują się przeczytać tę książkę, stwierdzą, że opowiada ona o Was samych. I właściwie nie pomylcie się, bo z takimi problemami, z jakimi bohaterowie mierzą się na kartach tej powieści, musi mierzyć się każdy człowiek.

      Nie oczekujcie, że przeczytacie „Przeznaczonych” w jeden wieczór. To nie ta lektura. Ja musiałam dawkować sobie tę opowieść, bo miała w sobie taki ładunek emocjonalny. Poza tym, chciałam się nią delektować, rozważać każde zdanie. To historia zaplanowana od początku do końca, misternie utkana. Jestem pełna uznania dla Katarzyny Grocholi.

      Jeżeli szukacie czegoś mądrego, co skłoni Was do refleksji, a może zagubiliście gdzieś w tym zapędzonym świecie swój sens życia, macie klopot z ustaleniem, co tak naprawdę jest w życiu ważne i żadna odpowiedź nie przychodzi Wam do głowy, zachęcam bardzo, bardzo mocno do sięgnięcia po ksiażkę „Przeznaczeni” autorstwa Katarzyny Grocholi. Może po jej przeczytaniu znajdziecie odpowiedź, czego życzę.

      Odpowiadając na pytanie, które postawiłam w zajawce tej opinii, czy lektura „Przeznaczonych” skradła moje serce, odpowiadam stanowczo – tak! Na pewno na dłogo pozostanie ze mną fabuła tej książki. Jestem szczęśliwa, że ją przeczytałam.

      Tradycyjnie jeszcze, komu polecam? Przede wszystkim osobom nieco zagubionym, zabieganym, oczywiście fanom tej Autorki i tym, którzy mają ochotę na historię prawdziwą, pozbawioną lukru i fałszu.

      Serdecznie dziękuję mojej siostrzenicy – Izabeli – za to, że podarowała mi tę wspaniałą ksiażkę na urodziny. Dodam, że otrzymałam egzemplarz z autografem pani Katarzyny. Dziękuję pięknie!

      przeznaczeni_okadka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 grudnia 2017 14:18
  • poniedziałek, 18 grudnia 2017
    • #2. Elizabeth Strout „Mam na imię Lucy”

      Tajemnicza, pełna magii, a z drugiej strony szczera, Taka jest właśnie proza Elizabeth Strout, autorki książki „Mam na imię Lucy”, którą dla Was chcę dzisiaj zrecenzować. Zróbcie sobie kawę albo herbatę, usiądźcie wygodnie. Zapraszam!

      Zanim przejdę do właściwego omówienia, jestem Wam winna pewne wyjaśnienie. Otóż, ja rzadko sięgam po pozycje, które są ubogie w dialogi, o czym już niejednokrotnie wspominałam. Wolę jak w powieści coś się dzieje, jest dynamizm. Fani Elizabeth Strout pewnie wiedzą doskonale, że tego, co powyżej wypisałam, tutaj nie znajdę. Dlaczego więc zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę? W poprzednim wpisie nadmieniłam, że namiętnie i z dużym zainteresowaniem oglądam kanał Tuczytam, prowadzony przez Asię i Gosię. I właśnie ta ostatnia tak przekonywująco opowiadała w jednym ze swoich filmików o Strout i jej pisarstwie, że postanowiłam sama się przekonać, czy mnie też zachwyci.

      To nietypowa opowieść przede wszystkim ze względu na jej konstrukcję. W całości bowiem składa się ze wspomnień snutych przez główną bohaterkę, którą jest Lucy Barton. To historia o szukaniu siebie, własnej tożsamości, próbie pogodzenia się z teraźniejszością. Mogę powiedzić, że nie mamy tutaj przesytu. Dominuje minimalizm, co według mnie zmusza czytelnika do większego wysiłku intelektualnego, a zarazem świadczy o dobrym warsztacie pisarskim Autorki.

      Narracja jest pierwszoosobowa, co powoduje, że poszczególne postaci są nam bliskie. Mamy wrażenie, jakbyśmy słuchali zwierzeń kogoś z rodziny albo przyjaciółki. Jednocześnie język, jakim posługuje się Autorka, nie należy do skomplikowanych, ale równocześnie, nikt nam nie wykłada kawę na ławę, jak mamy intepretować to, o czym akurat czytamy. Nie, to my musimy w głowie ułożyć sobie intepretację. Dodatkowo, Strout raczy nas niedopowiedzeniami. Tym samym inteligentnie prowokując do puszczenia w obieg wyobraźni czytelniczej i uzmysławiając, że ma do nas zaufanie jako do czytelników. Wierzy w nas, że odnajdziemy prawidłowie przesłanie tej powieści.

      Tytułowa Lucy jest pisarką, która walczy by zamknąć pewien rozdział ze swojego życia. Jest dziewczynką, która panicznie boi się węży, świetną uczennicą. To wreszcie żona i matka dwóch córek. W zasadzie wszystko ma, oprócz jednego – miłości. Jej relacje z matką pozostawiają wiele do życzenia. O swoim bracie także wie niewiele.

      W powieści, choć tak naprawdę nie wiem, czy to dobre słowo na określenie tej prozy, Lucy cały czas mocno stara się zrozumieć to, co działo się w jej życiu wcześniej, gdy jeszcze była dzieckiem i potem kiedy stała się już nastolatką, by dojść do momentu, w którym jest już dojrzałą kobietą. Chce zaakceptować siebie w pełni, pogodzić się z przeszłością i ze spokojem przyjąć to, co zsyła jej los w tej chwili. Zdaje sobie sprawę, że nie jest to wcale proste zadanie. Nasza bohaterka wie, że gdy wreszcie osiągnie ten cel, będzie mogła stanąć przed lustrem i powiedzieć: „Tak, to jestem ja”. Czy jej się uda?

      Nie będę Wam zdradzała wszystkich wątków i problemów, jakie porusza Elizabeth Strout. Jeżeli szukacie literatury ambitnej, która skłoni do refleksji, wywoła emocje, zainspiruje do zadania sobie kilku, a może nawet kilkunastu, ważnych pytań, na które do tej pory baliście się odpowiedzieć, to serdecznie polecam „Mam na imię Lucy”. Uprzedzić chcę jednak, że nie jest to lektura dla wszystkich. Nie jest to książka, którą zaczniecie w jeden wieczór i za kilka godzin skończycie. Ja czytałam ją w dwa dni, choć objętościowo nie powala na kolana. Liczy sobie  tylko dwieście trzy strony. To jedna z tych pozycji, po przeczytaniu której, trzeba nieco odetchnąć, podumać i dopiero za jakiś czas zabrać się za coś innego. Nie mniej uważam, że warto z nią się zapoznać.

      Powieść ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera.

      ksika

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 grudnia 2017 17:58
  • niedziela, 17 grudnia 2017
    • #1. Cynamon, Włocławek i miłość na progu

      Do powieści, w których występuje moje rodzinne miasto Włocławek, mam duży dystans. Te, które miałam okazję przeczytać do tej pory, okazały się kiepskie. Na szczęście złą passę przerwała Anna Szczęsna autorka książki „Jutro pachnie cynamonem”.

      Strasznie trudno jest pisać o czymś, co jest naprawdę świetne, do czego w sumie nie można się przyczepić. Chyba że robi się to na siłę albo jesteśmy drobiazgowi i nasza niezawodna intuicja podpowiada, że gdzieś znajduje się haczyk. Jakby nie patrzeć tutaj według mnie nigdzie go nie ma.

      Zanim przejdę do konkretnej opinii, chcę zaznaczyć, że ta historia sprawiła, że wróciły do mnie wszystkie wspomnienia jak bumerang. Bowiem miejsca, o których czytamy na kartach, są mi doskonale znane, zachowane w pamięci. Być może między innymi i ten fakt spotęgował moje zaangażowanie czytelnicze w losy bohaterów. Niejednokrotnie miałam takie odczucie, że pisarka orientuje się, co przeżywałam, jakie emocje mną targały w najróżniejszych życiowych chwilach.

      „Jutro pachnie cynamomen” jest powieścią specyficzną i nie dla każdego przeznaczoną. Powinni ją przeczytać ci, którzy czują mocniej, wyraźniej i potrafią patrzeć na świat oczyma duszy, a w dodatku mają wyostrzone zmysły. Tak zwani wrażliwcy. Już na samym początku w nozdrzach będziemy czuć zapach cynamonu czy przepysznej herbaty z imbirem.

      Jeżeli ktoś myśli, że ta opowieść jest lekka i łatwa, to szybko muszę zweryfikować ten błędny pogląd. O ile mamy doczynienia z lekturą niezwykle przyjemną, o tyle nie należy jej traktować jako tę, której treść uleci gdzieś w mgnieniu oka i za jakiś czas nie będziemy wiedzieli o czym traktowała. Zdecydowanie na wyższej półce trzeba umiejscowić tę pozycję.

      Autorka porusza problemy, z którymi zmaga się każdy z nas, ale nie wszyscy umiemy się do tego otwarcie i szczerze przyznać. Są tajemnice z przeszłości, często skrywane na samym dnie podświadomości, nieco zakurzone. Odnajdziemy też szczęście, które nieśmiało wygląda za rogiem a niekiedy szturcha za ramię, żebyśmy się ocknęli z marazmu i złapali je za rękę z całych sił i nie wypuszczali. Nie brakuje również strasznie trudnych decyzji i wyborów, z którymi jak najszybciej muszą stanąć oko w oko poszczególne postaci.

      Główną bohaterką jest Wiktoria Baltazar, trzydziestolatka, mieszkająca w Warszawie. Dziewczyna jest oczkiem w głowie tatusia. Poznajemy ją w przełomowym momencie jej życie, kiedy świat misternie budowany, rozpada się z hukiem i absolutnie nie ma najmniejszych szans na to, żeby maleńkie elementy stworzyły spójną całość. Po dziesięciu latach szczęśliwego związku z Robertem trzydziestolatka postanawia się rozstać z partnerem. Robi w głowie dość szczegółowy bilans i stwierdza, że chce zmienić coś w swoim życiu. Decyduje się na ryzykowny i szalenie odważny krok – wyjeżdża z Warszawy do uroczego Włocławka, o którym praktycznie nie wie nic. Trafia do mieszkania Małgorzaty i Lidki, tajemniczych kobiet. Kim są? Dlaczego ich zachowanie jest takie dziwne?

      Wiktoria początkowo jest zakompleksioną, zagubioną i niepewną czego oczekuje od siebie i innych. Dlaczego i od kogo jeszcze ucieka? Bo przecież nie tylko od bolesnej przeszłości. We Włocławku poznaje mężczyznę intrygującego, ale jakże innego od poprzednich, których Wiktoria spotykała na swej drodze. Czy Hubert okaże się tym jedynym? Czy będzie można mu zaufać na sto procent?  Jak Wiktoria poradzi sobie z natłokiem wątpliwości jak kaskada spadających na nią?

      Współlokatorki głównej bohaterki okażą się idealnymi kumpelkami do babskich dyskusji, oddanymi przyjaciółkami. Małgorzata zaś kobieta dojrzała, stateczna, mądra, nietuzinkowa, z bagażem wypchanym skomplikowanymi doświadczeniami. Lidka, młoda, zbuntowana, niedostępna, kumpluje się z szemranym towarzystwem. Pozornie inne są te bohaterki, ale podczas czytania, przekonacie się jak wiele je łączy.

      Włocławek jest rodzinnym miastem Anny Szczęsnej. Odkrywa ona przed Czytelnikami ciekawe zakamarki architektoniczne. Śmiało mogę stwierdzić, że pisarka jest znakomitą przewodniczką, co dla mnie jako osoby czytającej, jest najważniejsze, bardzo dobrze porusza się po zawiłych korytarzach psychiki ludzkiej. Rzadka to umiejętność wśród piszących. A jeżeli ktoś pisze powieści obyczajowe z obszernie rozbudowanym wątkiem psychologicznym, jak w przypadku „Jutro pachnie cynamonem”, jest to dla mnie warunek niezbędny i konieczny. Dziękuję pani Ani za ten dar!

      W książce nie brakuje scen odważnych, łóżkowych, ale cechuje je wyczucie, subtelność i pewien czar. Postaci są skonsttruowane w nienaganny, a wręcz mistrzowski sposób. Jednocześnie ich styl bycia i postępowania nie jest przez Autorkę krytykowany czy jakkolwiek oceniany. Czytelnicy sami winni być oceniającymi, bacznie obserwować i analizować przebieg wydarzeń i podjęte przez bohaterów kroki. Za tę możliwość też jestem wdzięczna pani Annie.

      Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki. Piękny i prosty język, styl na wysokim poziomie, opisy plastyczne, ale nie za obszerne, rozdziały krótkie, nieoczekiwane zwroty akcji, napięcie – kumulacja składników splecionych w idealną i godną uwagi całość. Czego chcieć więcej? Chyba tylko tego, żeby jak najszybciej na rynku wydawniczym ukazała się następna, tak genialna książka. Ja nie mogę się już doczekać i obiecuję, że sięgnę po wszystko, co wyjdzie spod mistrzowskiego pióra Anny Szczęsnej. Gorąco polecam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 grudnia 2017 18:37

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

  • Literatura polska

  • Literatura zagraniczna

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa