Z książką przez życie

Wpisy

  • poniedziałek, 28 maja 2018
    • #37. Piotr Adamczyk „Pożądanie mieszka w szafie”

      Za dużo seksu, za mało sensu

      Długo zbierałam się do tego, by zrecenzować książkę Piotra Adamczyka pt.: „Pożądanie mieszka w szafie. Właściwie gdyby nie to, że otrzymałam egzemplarz do recenzji od wydawnictwa Dobra Literatura i zobowiązałam się do napisania chociaż krótkiej notki na swoim blogu po przeczytaniu tej książki, wcale bym nie zostawiała tutaj refleksji polekturowych. No niestety, jestem obowiązkowa, jak już coś obiecam, to słowa zwykle dotrzymuję. Tak też będzie tym razem.

      Nie mogę jednoznacznie napisać, że książka mnie zniesmaczyła czy zawiodła, bo tak nie było. Jednak coś mi przeszkadza, by wpaść w czytelniczy zachwyt, być rozentuzjazmowaną recenzentką. Czegoś w tej całej opowieści brakuje, czegoś jest za dużo, a czegoś za mało. Zresztą, już w tytule notki macie odpowiedź, jak rozkładają się te proporcje.

      W książce zostało ukazane życie i problemy ponad czterdziestoletniego mężczyzny o nazwisku Piotr Adamczyk. Teraz słyszę w wyobraźni te okrzyki: „O, rety! Ktoś napisał książkę o tym aktorze co grał papieża! Czyż to nie fascynujące?!” No nie, a to dlatego że to nie TEN Piotr Adamczyk, a jedynie redaktor naczelny wrocławskiej gazety.

      Bohater poznaje kasjerkę Magdalenę, z którą po pewnym czasie wchodzi w dość bliską relację damsko-męską.

      Jeżeli ktoś z Was myśli, że owa Magdalena jest jedyną kobietą w życiu Adamczyka, to grubo się myli, bardzo grubo! Na horyzoncie jest jeszcze niejaka Miriam. Choć na horyzoncie to trochę niezbyt trafne określenie, bo ona tylko pojawia się w przestrzeni wirtualnej. Pisze do naszego Piotrusia czułe e-maile, pełne wyznań miłosny, często zabarwionych erotyzmem. Ten już się podnieca, prawie że gotowy umówić się z dziewczyną na randkę, bo wydaje mu się, że bardzo dobrze ją zna. Czy rzeczywiście? Przekonacie się sami, jeżeli sięgniecie po książkę „Pożądanie mieszka w szafie”.

      Dużo w tej historii było zabawnych tekstów, a nawet wydarzeń, ale…Ja ciągle czułam niedosyt, zadawałam sobie pytanie: „No świetnie! Udało się chłopu, to czy tamto, autor błyskotliwie opisał jakąś scenkę…No i….? Co z tego wynika? Co ja, konkretna dziewczyna, z takimi a nie innymi oczekiwaniami z tego mogę wynieść, czego się nauczyć?” I wiecie, jaką sama sobie dałam odpowiedź? Absolutnie nic! Zwyczajnie z tej książki NIC nie wynika. Czytasz ją, ale równie dobrze, jakbyś, drogi Czytelniku, nie wziął jej do ręki albo zabrał się za inną, nic by Ci się nie stało. Sądzę, że autor nie by się nie popłakał z tego powodu.

      Przeczytałam tę książkę, bo zasugerowałam się tym, że już kiedyś tam o niej słyszałam. Wiem jednak, że popełniłam błąd. Nie powinnam była sugerować się tym, że dawno temu gdzieś coś usłyszałam o tym tytule i że inni piszą same „ochy” i „achy” na temat treści. Cóż…widocznie ja jestem nad wyraz wybredna, bo we mnie akurat ta opowieść nie wzbudziła euforii, nie poczułam żadnego podniecenia.

      Mam nauczkę. Na drugi raz dziesięć razy muszę się zastanowić, zanim wezmę jakąś pozycję do zrecenzowania.

      Za przesłanie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawnictwu Dobra Literatura

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 maja 2018 15:21
  • czwartek, 17 maja 2018
  • środa, 16 maja 2018
    • #36. „Azyl” Izabeli Sowy – recenzja książki

      Długo zastanawiałam się, czy napisać coś o niedawno przeczytanej książce czy też zostawić tę lekturę bez echa. Niestety, moja obowiązkowość i lojalność wobec Was, Czytelników, zwyciężyła. Przecież prowadzę bloga literackiego, więc od czasu do czasu (chcę czy nie) muszę podzielić się swoimi refleksjami po przeróżnych powieściach, które czytam.

      Zanim przejdę do meritum, chcę jeszcze uprzedzić, że na moim blogu nie zawsze będą pojawiały się recenzje. Będzie też tak, że będę zamieszczała coś, co raczej powinno się nazywać refleksjami, spostrzeżeniami czytelniczymi. Tak zrobię i tym razem. Mam nadzieję, że nikt z odwiedzających i czytających się nie pogniewa. A teraz do rzeczy…

      „Azyl” Izabeli Sowy to książka niepozorna. Właściwie można przeczytać ją w jeden wieczór…Na upartego…

      Wiktoria, główna bohaterka, przez przypadek znajduje w komputerze zdjęcie, które całkowicie wywraca jej życie do góry nogami. Nikomu nie tłumacząc się, pakuje walizkę i wyjeżdża do Chorwacji. To miejsce przywołuje w niej miłe wspomnienia jeszcze z dzieciństwa. Tu kobieta chce odpocząć, ale przede wszystkim wejść wgłąb siebie i rozliczyć się z przeszłością.

      W Dubrowniku Wiktoria szybko odnajduje swój kąt. Nawiązuje nowe znajomości, próbuje żyć „normalnie”. Czy jej się to udaje?

      Praca w schronisku dla psów, poznanie właścicielki, znajomość z Andrzejem – to tylko niektóre wątki, które porusza w swej powieści Izabela Sowa. W „Azylu” wątków jest naprawdę dużo. Jedne mniej rozbudowane, inne bardziej. Czytelnik musi mocno być skoncentrowany, żeby posplatać je w zgrabną całość. Chwilami, czytając, czułam się jakbym błądziła w labiryncie.

      Na początku tego tekstu napisałam, że na upartego można przeczytać „Azyl” w jeden wieczór. Jeśli umiesz, drogi Czytelniku skupić swoją uwagę maksymalnie, lubisz książki, gdzie jeden wątek niemalże pogania drugi, dasz sobie radę z lekturą, a czas z nią spędzony nie uznasz za stracony. W moim przypadku było dokładnie odwrotnie. Czułam się strasznie zmęczona tą pozycją. Byłam nią rozczarowana do granic możliwości.

      Być może po raz kolejny zupełnie niepotrzebnie po spojrzeniu na okładkę i po zerknięciu na opis stwierdziłam: - O, to będzie ciekawa książka! Takie lubię”. Teraz mogę powiedzieć głośno i wyraźnie: - Nie, nie takie!!!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „#36. „Azyl” Izabeli Sowy – recenzja książki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 16 maja 2018 18:37
  • niedziela, 13 maja 2018
    • #35. Magdalena Zarębska "Życie teoretycznie"

       Jakąkolwiek decyzje podejmiesz, będzie ona dobra tylko wtedy, kiedy będzie naprawdę Twoja.

      Wkroczenie w dorosłe życie nie jest proste. Gdy wyfruwamy z rodzinnego gniazda, spod opiekuńczych skrzydeł matki i ojca, musimy już żyć na własny rachunek, myśleć o przyszłości, a co chyba najtrudniejsze – zmierzyć się samodzielnie z wątpliwościami i najróżniejszymi decyzjami, które przeważnie nie należą do najłatwiejszych. Właśnie w momencie startu w dorosłość poznajemy główną bohaterkę książki Magdaleny Zarębskiej „Życie teoretycznie”.

      Sabina Przybysz dopiero ukończyła studia na kierunku rehabilitacja i postanowiła starać się o pracę w najbardziej luksusowym ośrodku – w domu „Pod Dębami”. To nie taki zwykły dom. Jest to dom spokojnej starości, a jego mieszkańcami są najbogatsze i najbardziej znane osobistości kraju. Kiedy dziewczyna dowiaduje się, że przeszła pozytywnie rekrutację i udaje jej się zdobyć wymarzoną pracę, jest przeszczęśliwa. Pełna zaangażowania, z głową pełną pomysłów przystępuje do pracy, zupełnie nie biorąc pod uwagę, że na swojej zawodowej drodze może spotkać jakiekolwiek przeszkody. Szybko się jednak okazuje, że obraz tego miejsca, jaki Sabina wytworzyła sobie w wyobraźni, nijak się ma do tego, co zastaje w rzeczywistości. Zamiast uśmiechniętych staruszków, plotkujących przy herbatce i ciastku, spotyka wrednych, zmanierowanych bufonów, którzy żyją w przekonaniu, że jeśli mają pieniądze, to wszystko mogą mieć i  należy się im każda jedna rzecz, a innych mogą traktować z wyższością i pogardą. Oni nie wiedzą co to jest wdzięczność, o nie! Uważają, że te duże ilości papierków w portfelu zapewnią im młodość, powodzenie w każdej dziedzinie.

      Powieść Magdaleny Zarębskiej jest naprawdę świetna. Pisarka po mistrzowsku wykreowała postaci, nadała im wyraziste cechy charakteru. Widać, że autorka bardzo dobrze zna się na psychice ludzkiej, bo na kartach tej książki nie zabrakło interesujących i intrygujących osobowości. Niestety, mojej sympatii na pewno nie wzbudziła Sabina, czyli bohaterka, której perypetie są opisywane w tej książce. Nie pojmuję jak można być taką osobą bez wyrazu, bez ikry. Nie rozumiem kompletnie, jak kobieta, która jest dorosła i za taką się uważa, może być tak mało asertywna, zorganizowana, a do tego wręcz chorobliwie uzależniona od swoich rodziców?! Sabina za wszelką cenę chce zadowolić wszystkich, przy tym całkowicie zapomina o sobie. Mam wrażenie, że nie ma nawet bladego pojęcia co to jest zdrowy egoizm. Wymyśliła sobie swój świat, który jest idealny, bez żadnych wad, a gdy napotyka trudności codzienne, całkiem się gubi, rozkłada ręce i zaraz płacze z bezsilności, nie próbując zaradzić zaistniałej sytuacji. Z każdym problemem dzwoni do mamusi jak malutka dziewczynka. Dodatkowo, przyjmuje postawę „przepraszam, że się urodziłam”. Wszelkie niepowodzenia w pracy tłumaczy, że to jej wina, boi się przeciwstawić, tupnąć nogą, jak to robią normalni ludzie, którzy są pełnoletni.

      Mimo tego, że nie polubiłam Sabiny i najchętniej wysłałabym ją na księżyc albo, żeby było bardziej wiarygodnie, uśmierciła, książka mnie zachwyciła, wciągnęła i chętnie zapoznawałam z treścią i z tym, co czeka młodą rehabilitantkę. Chciałam dowiedzieć się, jak tym razem poradzi sobie z kłopotami i piętrzącymi się wyzwaniami. 

      Książkę polecam zwłaszcza rodzicom, których pociechy za chwilę przekroczą próg dorosłości i usamodzielnią się lub już dawno to zrobiły.

      Z tej książki wypływa niejedna nauka na przyszłość – zarówno dla młodych ludzi, jak i ich rodziców. Uważny czytelnik z pewnością je dostrzeże, ale czy weźmie je do serca i zastosuje, gdy przyjdzie mu zmierzyć się z podobnymi problemami, tego już nie wiem. To już musi zdecydować każdy indywidualnie, kto zdecyduje się sięgnąć po pozycję „Życie teoretycznie”, która niewątpliwie jest warta uwagi i tego, by spędzić z nią czas. 

       

  • piątek, 11 maja 2018
  • sobota, 05 maja 2018
    • #34. „Nielegalne związki” Grażyny Plebanek

      Dość dawno tę książkę miałam w swoim sekretnym zeszycie z napisem „Chcę przeczytać”. Długo widniał tam ten tytuł, ale jakoś nie mogłam się zabrać za lekturę. Być może musiał przyjść na nią odpowiedni moment. I przyszedł. Na całe szczęście, bo wbrew opiniom przeczytanym na przeróżnych stronach, mnie tak książka spodobała się niesamowicie.

      „Nielegalne związki” rozpoczyna akt seksualny dwojga bohaterów. Czytelnik więc już może wyrobić sobie zdanie początkowe, że powieść będzie mocno przesycona seksem. I się nie pomylił! Choć nie jest to jedyny wątek i aspekt, który porusza autorka.

      Plebanek bacznie przygląda się mężczyznom, a zwłaszcza jednemu – Jonathanowi, który ma bardzo ciekawą i jednocześnie złożoną osobowość. Dlaczego? Drzemią w nim dwie osoby. Pierwsza to mężczyzna nieustannie poszukujący podniet, śliniący się na widok kobiet ruszających ponętnie pupami. Z drugiej zaś strony, to przykładny ojciec, całkowicie podporządkowany żonie. Która wersja jest prawdziwa?

      Nasz bohater w zasadzie już oswoi się z myślą, ze jest facetem pełnym sprzeczności. I jest tego świadom. Poniekąd jest to dla niego nawet wygodna postawa. Staje się swoistym aktorem.

      Autorka mocno rozwija też problem wychowania dzieci, poczucia odpowiedzialności za rodzinę, dom. Nie jest jej obcy także temat emigracji.

      Książka jest świetna, choć jak przystało na erotyczną powieść, nie zabrakło w niej rozbudowanych scen z życia intymnego. Dokładne opisy zbliżeń, niekiedy nawet wyuzdane, niektórych czytelników mogą przestraszyć i zniesmaczyć.

      Historia przedstawiona w „Nielegalnych związkach” być może jest przerysowana, ale zabieg ten został zastosowany, moim zdaniem, celowo przez autorkę. Chciała ona bowiem ukazać jak najwyraźniej główny temat, jakim jest zdrada, jej konsekwencje, to jak wpływa na poszczególnych członków rodziny.

      We mnie ta opowieść wywołała niesamowite emocje. Z pewnością zapamiętam ją na długo. Nie wykluczam, że jeszcze kiedyś wrócę do niej.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 05 maja 2018 12:14
  • piątek, 04 maja 2018
    • #33. „Prowincja pełna szeptów” Katarzyny Enerlich

      Są książki, które zapamiętuje się na bardzo długo. Takie, które choć często o nich nie wiesz, nosisz w sercu. Powieści, w których czytasz historie, jakby niemalże były wyjęte z Twojego życia, a główna bohaterka jest Twoim lustrem.  Z pełnym przekonaniem taki opis można przypisać prozie Katarzyny Enerlich, mazurskiej pisarki, którą parę lat temu miałam możliwość poznać za pośrednictwem Facebooka. To niezwykle sympatyczna, mądra, wrażliwa na ludzi i otaczający ją świat kobieta.

      Tym razem oddałam się lekturze „Prowincji pełnej szeptów”. Już jak przeczytałam sam tytuł wiedziałam, że będzie tu mowa o szeptuchach, magii. Pamiętam, jak Pani Kasia zbierała na wspomnianym przeze mnie wcześniej  portalu, że zbiera ciekawe historie do swojej powieści. Dziś mamy owoc tychże poszukiwań. I to jaki cudny!!

      Wiadomość o śmierci świeżo poślubionego męża Wojtka burzy spokój Ludmiły. Bohaterka nie potrafi sobie poradzić ze  swoim smutkiem, nie umie zająć się swoją małą córeczką Zosią, popada w depresję. Z tego ciemnego tunelu uparcie próbują ją wyciągnąć przyjaciele, którzy pragną by na twarzy kobiety znów zagościł uśmiech, a także by wróciła do pisarstwa. Wdowa nie spodziewa się również, że otrzyma od Wojtka prezent, a ten zmieni jej życie nie do poznania.

      Jeżeli, drodzy Czytelnicy myślicie, że „Prowincja  pełna szeptów” to historia przepełniona jedynie smutkiem, łzami, żałobą i przygnębienie, to z radością donoszę iż jesteście w wielkim błędzie i mile zaskoczycie się.

      Katarzyna Enerlich to autorka optymistyczna, kochająca życie i ludzi, emanująca pozytywną energią, którą emanuje, rozdając wszystkim dookoła. Takie same są jej powieści. Przy nich się odpoczywa, nabiera dystansu do pewnych spraw. Zdania zapisane na kartach zostają nie tylko w pamięci, ale także sercu i duszy. Potrafią przewartościować nasz sposób myślenia nie nachalnie, ale mądrze i subtelnie, jakby ktoś delikatnie wachlował nad naszym wnętrzem czarodziejską różdżką, która sprawi, że staniemy się piękniejsi i lepsi. To esencja prostoty i sielskości. Enerlich uczy krok po kroku, jak żyć pełną piersią świadomie, dać się ponieść życiu, jego  nurtowi, żyć tu i teraz, nie bać się własnych marzeń i śmiało spełniać je.

      Ja zakochałam się w tej filozofii mazurskiej pisarki. Lubię tą jej podróż do samej siebie, a także te lekcje, które daje nam, Czytelnikom.

      Książka uzmysławia, że nawet po największej tragedii można jeszcze odnaleźć sens życia, cel, radość. Trzeba tylko odnaleźć nową drogę, którą będziemy podążać. Oczywiście wspaniale by było gdyby w tej wędrówce towarzyszyli nam bliskie osoby – rodzina i przyjaciele.

      Za każdym razem gdy kończę książki pani Kasi towarzyszy mi smutek, że czas tak szybko minął i już muszę rozstać się z bohaterami „Prowincji…” Chciałabym przenieść się do tego świata i trwać w nim i trwać. Ale kto wie…Może kiedyś Pani Kasia wplecie jakąś opowiastkę z mojego życia do jednego z tomów? Podobno marzenia wypowiedziane lub napisane, szybciej docierają do wszechświata i stają się faktem. Zatem, wszechświecie, czyń swą powinność!

  • środa, 02 maja 2018
    • #32. Diane Chamberlain „Prawo matki”

       Dużo dobrego słyszałam o powieściach autorstwa Diane Chamberlain. Dlatego gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce książkę spod jej pióra postanowiłam sprawdzić, czy i mnie spodoba się to, co serwuje  autorka.

      Głównym bohaterem jest Andy Lockwood. Chłopak cierpi na zespół alkoholowy płodu tzw. FASD. Nie myśli tak, jak jego zdrowi rówieśnicy. Nie zawsze wie, jak ma się zachować, często mówi bezmyślnie to, co mu ślina na język przyniesie. Jego matka, Laurel, nie może wybaczyć sobie, że piła podczas ciąży i teraz jej synek jest taki, a nie inny. Gdy chłopiec się urodził, został oddany do rodziny zastępczej. Do matki wrócił dopiero rok później, gdy ta, po odbyciu odwyku alkoholowego, była już zdolna do opieki nad dzieckiem. Teraz stara się wynagrodzić synowi wszystko. Przesadnie się o niego troszczy i jest wręcz nadopiekuńcza. Laurel ma jeszcze starszą córkę, Maggie. Znacznie bardziej dojrzałą od Andy’ego.

      Pewnego dnia Laurel postanawia wypuścić swojego syna na zamkniętą zabawę w pobliskim kościele. Po jakimś czasie przychodzi wiadomość, że w miejscu, gdzie miała odbyć się impreza dla nastolatków, wybuchł pożar. Jest wielu rannych. Jednak piętnastolatek nie ucierpiał. Wręcz przeciwnie –pomaga wydostać się z płonącego kościoła swoim kolegom i koleżankom. To wszystko sprawia, że miejscowi nazywają go bohaterem.

      Ta sielanka nie trwa niestety długo. Wkrótce okazuje się, że całe zajście nie było nieszczęśliwym wypadkiem. Policja podejrzewa, że to podpalenie i zaczyna się szczególnie interesować rodziną Lockwoodów. Kto jest głównym podejrzanym?

      W powieści mamy przedstawione przede wszystkim losy Laurel. Poznajemy ją w momencie, gdy wychowuje dwójkę dzieci. Ale autorka nie skupia się jedynie na teraźniejszości, bowiem wraca również do tego, co działo się z kobietą wcześniej. Mamy okazję przekonać się, jak poznała Jamie’ego, dowiadujemy się, że cierpiała na depresję poporodową, a potem stała się alkoholiczką. Szczerze mówiąc bardzo irytował mnie ten zabieg retrospekcji. Nie znoszę książek, w których raz ukazana jest przeszłość i to dość obszernie, a potem nagle pisarka lub pisarz przenosi nas do czasu teraźniejszego. Nie potrafię skupić się wówczas nad akcją, gubię się.

      Zdecydowanie bardziej zainteresowałam się akcją, gdy urodziła się Maggie. Zmagania z depresją poporodową, trudy macierzyństwa, a nawet wręcz brak instynktu macierzyńskiego – te tematy wydały mi się bliższe i ciekawsze.

      Mamy w tej książce też wątek kryminalny, gdyż cały czas zastanawiamy się wraz z jedną z postaci, którą jest Marcus, kto też podpalił kościół.

      W „Prawie matki” autorka pokazuje jak wiele rodzice są w stanie zrobić dla własnego dziecka. Nie ma większej miłości niż matczyna.

      Mimo że Diane Chamberlain poruszyła wiele interesujących tematów, stworzyła niebanalne postaci, starała się połączyć różne wątki – obyczajowy z kryminalnym, co lubię, to ta książka nie zachwyciła mnie i nie powaliła na kolana. Wolę czytać powieści, gdzie wydarzenia przedstawione są z perspektywy jednego bohatera. Poza tym, nie podobał mi się sposób narracji. Jakoś całość była dla mnie strasznie chaotyczna i zagmatwana.

      Kiedyś zapisałam sobie w notesie kilka tytułów książek autorstwa Chamberlain, bo nawet miałam ochotę po nie sięgnąć. Dzisiaj, po zapoznaniu się z prozą tej pisarki stwierdzam, że powinnam porzucić swoje plany i zacząć rozglądać się za powieściami innych autorów. Wtedy może nie będę miała poczucia, że czas spędzony z książką, był stracony i mogłam spożytkować go w zupełnie inny sposób lub z zupełnie inną pozycją w dłoni. Niestety, w tym przypadku towarzyszy mi taka myśl.

      Jeżeli ktoś z Was ma chęć zapoznać się z „Prawem matki” – nie zabraniam, a tym bardziej nie odradzam. Spróbujcie i wyróbcie sobie swoje zdanie. Może akurat Wy znajdziecie w tej historii coś, co Was poruszy i zachwyci. Tego Wam życzę!

       

  • wtorek, 01 maja 2018
    • #31. „Chustka” nauczy Cię żyć

      Z „Chustką” a raczej z blogiem Joanny Sałygi miałam możliwość zapoznać się jakieś półtora roku temu. Od tamtej pory nie potrafiłam przestać myśleć o tej historii. Gdy dowiedziałam się, że zostanie ona spisana w formie książki, obiecałam sobie, że koniecznie ją przeczytam. Udało się!

       

      Jeśli ktoś spytałby mnie, żebym w kilku słowach lub zdaniach szybko opisała o czym jest ta książka powiedziałabym, że to historia umierania, heroicznej walki o życie, o każdą godzinę, minutę i sekundę. Jednak ta definicja tylko połowicznie jest prawdziwa. Ona nie oddaje w pełni, jeżeli w ogóle oddaje, treści, tego, z czym czytelnicy stykają się podczas lektury. „Chustka” to prawdziwy i bezpośredni zapis zmagań z chorobą trzydziestokilkuletniej kobiety, przeplatany ogromną miłością do kilkuletniego synka, męża, a przede wszystkim do życia, które przecież niebawem może się skończyć. Joanna nie skupia się na tym. Ona smakuje chwile, które jeszcze jej zostały. I gdzieś podświadomie cały czas wierzy, że pokona raka, zobaczy jak jej ukochany synek dorasta, z podlotka stopniowo staje się mężczyzną. Marzy, że kiedyś zatańczy na jego weselu…

      Joanna Sałyga nie rozczula się nad sobą, nie częstuje nas patosem, jaki zazwyczaj towarzyszy odchodzeniu. Nic z tych rzeczy. Jest po prostu szczera, często do bólu własnego, a także naszego, czyli czytających książkę. Dzieje się tak chociażby w chwili, gdy pisze list do syna. To czysta, niczym nie skażona miłość matczyna. Ten list jest tak intymny i osobisty, że chwilami zastanawiałam się, czy aby na pewno powinnam się z nim zapoznawać. Po kilku minutach doszłam do wniosku, że „Chustka” (bo tak też nazywano Joannę) publikując swoje intymne notatki na blogu ma pełną świadomość, że przeczytają je tysiące, a może i więcej osób. Warto dodać, że stronę Joanny odwiedzały i odwiedzają do tej pory, bo zostawiła ona po sobie swoiste świadectwo, tłumy internautów. Aż trudno ich zliczyć.

      Wracając znów do pytania, o czym jest ta historia…z całą pewnością mogę przyznać, że to jedna wielka apoteoza życia. To piękny poradnik, jak cieszyć się z drobnostek. O tym, że nie powinniśmy czekać aż w naszym życiu wydarzy się coś spektakularnego i wtedy dopiero być szczęśliwym. Nie! Mamy być szczęśliwi TU I TERAZ! Bo przecież za moment wszystko może pęknąć i wtedy nie będzie już niczego. Dlatego powinniśmy czerpać garściami to, co otrzymujemy od losu. I być nieustannie wdzięczni, o czym wielokrotnie pisałam tutaj w swoich felietonach.

      Nasza bohaterka w zaskakujący i dla nas trochę nietypowy sposób pokazuje nam, że odczuwanie radości jest naprawdę proste, tylko trzeba tego chcieć i przestać wiecznie narzekać. Bo ona nie marudzi, nie stęka, a jeśli już, to robi to tylko wtedy, kiedy ból jest nie do wytrzymania.

      Na mnie ta opowieść zrobiła przeogromne wrażenie, a przede wszystkim wiele mnie nauczyła. Staram się wcielić w moje życie to, co chciała pokazać swoją postawą i zachowaniem Joasia. Myślę, że właśnie takie jest przesłanie tej opowieści, by nauczyć się żyć.

      Blogowe notatki Joanny Sałygi ukazały się dzięki Wydawnictwu Znak.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 maja 2018 19:26

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

  • Literatura polska

  • Literatura zagraniczna

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa