Z książką przez życie

Wpisy

  • sobota, 27 października 2018
    • #48. Agnieszka Rusin "Miłość w spadku"

       Śmierć zawsze kojarzy się z końcem. Uświadamiamy sobie wtedy, że nic już nie będzie takie samo, nie spędzimy czasu z ukochaną osobą, nie porozmawiamy, nie poprosimy o radę. To smutna chwila. Nie często zdarza się, że odejście kogoś, kto był nam bliskim, staje się początkiem czegoś nowego.

      Tak właśnie dzieje się w życiu trzydziestodwuletniej Mariny Kowalczuk, mieszkanki małej miejscowości na wschodzie Polski.

      Wychowana przez despotyczną matkę i ojca-pantoflarza nigdy nie odważyła się na jakikolwiek sprzeciw czy walkę o siebie, swoje potrzeby. Dzielnie znosiła rozkazy matki-histeryczki, jak również pracę, której szczerze nie cierpiała, i która nie dawała jej żadnej satysfakcji. Wobec Mateusza, czyli swojego narzeczonego, także dziewczyna była uległa. Chłopak nic sobie z niej nie robił, a jej plany i marzenia miał za nic. Ważniejsza dla niego była praca. A zalegalizować ich związek zgodził się tylko dlatego, że …tak wypada.

      Chyba nikt z nas nie  wytrzymałby dłużej kumulacji tylu złych zdarzeń. Ona – Marina-także tego nie wytrzymała i dała temu jasny dowód w kościele, przed ołtarzem, gdzie miała wypowiedzieć sakramentalne „tak” i zostać żoną egocentrycznego mężczyzny, jakim niewątpliwie był Mateusz.

      Nasza bohaterka przed niedoszłym mężem i frustracją własnej matki ucieka nad morze, gdzie z całej siły pragnie rozpocząć nowy, lepszy rozdział w jej życiu. To wcale nie koniec tej wciągającej historii, jaką zaserwowała nam Agnieszka Rusin. To zaledwie początek tego, co mamy na kartach powieści „Miłość w spadku”.

      Książka opublikowana nakładem wydawnictwa Lucky jest ciepłą, mądrą i barwną opowieścią o tym, jak przewrotny potrafi być ludzki los. Ta historia pokazuje nam, że wszystko jest możliwe i że nie warto odkładać swoich pragnień, tych maleńkich i wielkich, na później. Trzeba działać od razu. Iść za głosem serca i nie czekać na lepszą okazję, bo taka szybko może nie nadejść. Albo wcale. Nie należy iść za tłumem, bo to zawsze nas zgubi. Trzeba umieć walczyć o siebie, bo nikt za nas tego nie zrobi.

      Już w pociągu do miasteczka o uroczej nazwie Nadmorskie Marina spotyka Pawła – swoją dawną miłość, który wywołuje w jej myślach i sercu nie lada zamieszanie. On pochodzi z bogatej rodziny, jedynak, porzucił Marinę, bo wybrał wyjazd do Warszawy, oczywiście pod wpływem rodziców. Trzydziestodwulatka długo musiała leczyć złamane serce. Ten jednak nieustannie zapewnia, że ją kochał i kocha nada. Mimo to, główna bohaterka nie potrafi mu zaufać. Stawia pewien warunek decyduje się jednak, że zamieszka na trochę u Pawła dopóki nie znajdzie pracy i ciekawszego lokum. Jaki to warunek? Czy Marina będzie umiała znowu zaufać  temu mężczyźnie?

      Wreszcie kierowana przez jedną z mieszkanek nadmorskiej miejscowości, zdesperowana Marina trafia do domu na skarpie, gdzie poszukiwana jest akurat opiekunka dla starszej pani. Córka owej kobiety twierdzi, że jej matka musi (!!) mieć towarzystwo, a ona jej tego dać nie może. Fakt ten sprawia, że 32-latka zostaje zatrudniona mimo że nie posiada żadnego doświadczenia w tym fachu. Pani Rozalia okazuje się być dość dziwną kobietą, trudno do niej dotrzeć. Ponadto, później wychodzi na jaw, że starsza pani skrywa pewną tajemnicę, której nie chce wyjawić. Czy w końcu kobietom uda się nawiązać nic porozumienia? Co z tego wyniknie? Co zawiera pamiętnik, który Rozalia ofiaruje Marinie?

      Niestety, nic nie może wiecznie trwać. Zwłaszcza nasze życie. Podopieczna Mariny umiera i zostawia testament, a w nim specyficzną prośbę, która wstrząśnie wszystkimi postaciami z tej książki i doprowadzi do wielu zmian. Jakie one będą? Czy urocza i trochę dotąd nieporadna Marina będzie wreszcie szczęśliwa i odzyska spokój? Co zrobi z pamiętnikiem, który otrzymała od Rozalii? Pytania nie kończą się. Wręcz przeciwnie – jest ich coraz więcej, aż do finału tej historii. Jeśli chcecie wiedzieć, jaki on będzie, koniecznie przeczytajcie książkę autorstwa Agnieszki Rusin „Miłość w spadku”.

      Tylko proszę, nie sugerujcie się tytułem. Bo chociaż lektura jest o miłości, to zapewniam Was, że tematów poruszanych przez pisarkę, jest znacznie więcej. Zagwarantować mogę, że podczas czytania nie będziecie się nudzić i że całość wciągnie Was maksymalnie. Dodatkowo, uspokajam Was, że brakuje tu lukru, tak mocno wylewającego się ze współczesnych historii miłosnych. Rusin ukazuje rzeczywistość taką, jaka jest. Bez zbędnego słodzenia i zamydlania czytelnikom oczu.

      Moim zdaniem to doskonała książka na jesienno-zimowe wieczory. Jeśli szukacie pozycji , która Was poruszy, zaintryguje, to nie zastanawiajcie się dłużej i sięgnijcie po polecaną przeze mnie powieść. Miłej lektury! Mam nadzieję, że po jej przeczytaniu, zechcecie podzielić się ze mną wrażeniami. Gorąco do tego zachęcam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 27 października 2018 19:40
  • poniedziałek, 22 października 2018
    • #47. Denise Hunter "Tylko pocałunek"

      Plany Rileya Callahana, aby wyznać swojej przyjaciółce długo skrywane uczucie, rozsypują się, gdy Afganistan drastycznie zmienia jego życie.

      Riley wolał obóz szkoleniowy w armii niż przyglądanie się, jak wyśniona dziewczyna zakochuje się w jego bracie. Po roku Paige jest już wolna, a Riley decyduje się po powrocie zdobyć jej serce.

      Wszystko to jednak rozpada się, gdy wybuch miny czyni z niego kalekę na całe życie. Nagle Paige staje się nieosiągalnym marzeniem – ponieważ jego zdaniem zasługuje na coś więcej niż inwalidę. Riley postanawia się wycofać, aby nie niszczyć życia jej ani sobie.

      Tymczasem okazuje się, że okres rekonwalescencji musi spędzić w domu Paige. Dziewczyna z radością bierze na siebie opiekę nad swoim serdecznym przyjacielem. Riley niewiarygodnie szybko zaczyna funkcjonować samodzielnie, lecz im więcej czasu upływa, tym bardziej widać, że żarty i uśmiech są przykrywką dla udręczonej duszy.

      Mijają tygodnie i uczucia Paige zaczynają się zmieniać. Czyżby nieświadomie poszukiwała zamiennika dla nieudanego związku ze starszym Callahanem? (Notka wydawnicza)

      Paige to atrakcyjna dziewczyna, wokół której kręci się od zawsze wielu chłopców.  Kocha zwierzęta, dlatego nie chce by zamknięto schronisko, które od pewnego czasu prowadzi.

      Jej przyjacielem jest Riley. Dziewczyna uważa, że zna go jak nikt inny. Jednak nie zauważa, że chłopak kocha ją całym sercem. 

      Riley to przystojniak. Kiedyś poławiacz homarów. Kiedy Paige wiąże się z jego bratem, bohater wyjeżdża  na wojnę do Afganistanu.  Po powrocie niestety nie jest już tym samym Riley'em co kiedyś.  Zarówno psychicznie, jak i fizycznie, bo amputowano mu nogę.  Wraca do domu pełen kompleksów i obaw. Paige podejmuje ryzykowną decyzję, że się nim zaopiekuje. 

      Książka nie należy do bardzo ambitnych. To trzeba powiedzieć od razu. Ale nie zmienia to faktu, że to lektura całkiem przyjemna i dająca do myślenia dosyć mocno. 

      Jeśli myślicie, że mamy tutaj przedstawioną słodką opowieść o parze zakochanych, to jesteście w błędzie. Mamy tu zaserwowany kawał dobrej historii o dwójce młodych ludzi, o ich słabościach, marzeniach, o walce o siebie, o urzeczywistnienie swoich pragnień. 

      Zachwycił mnie także język, jakim posługuje się pisarka. Jest bardzo plastyczny. Czytając powieść, mamy wrażenie, jakbyśmy podążali tymi samymi ścieżkami co postaci z tej książki. To niewątpliwie udany zabieg literacki. 

      Serdecznie polecam wszystkim tę lekturę. 

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 października 2018 20:46
  • sobota, 20 października 2018
    • #46. Todd Burpo „Niebo istnieje…Naprawdę!”

      Świat próbuje nam wmówić, że życie kończy się wraz ze śmiercią, ale wierzę, że po przekroczeniu progu śmierci istnieje inna rzeczywistość. Nowe życie, ale w innym wymiarze. Ta książka pozwoliła mi odkryć tę prawdę na nowo, jest głęboko poruszająca, autentyczna i prawdziwa. Odsłania to, co niewidoczne dla oczu (…). Taką rekomendację wystawiła książce „Niebo istnieje…Naprawdę!” aktorka – Ewa Błaszczyk. I nie można się z tą opinią nie zgodzić.

      To historia czteroletniego synka pastora z miasteczka w Nebrasce. Chłopiec podczas niezwykle skomplikowanej operacji pozostawia swoje ciało na stole operacyjnym, a jego dusza odwiedza niebo. Brzmi to wszystko nieprawdopodobie dla czytelników, ale także a może nawet przede wszystkim dla rodziców chłopca. Malec jednak uparcie trzyma się swojej wersji i opowiada szczegółowo, jak było w niebie.

      Colton opowiada o tym jak spotkał swoją nienarodzoną siostrę i pradziadka, który zmarł trzydzieści lat przed jego narodzinami. Opowiada fakty, których w żaden sposób nie mógł poznać. Oprócz tego relacjonuje precyzyjnie, jak wygląda „tron” Boga czy chociażby opisuje wygląd aniołów.

      Jeśli myślicie, że ta opowieść jest pełna patosu, nadęcia i sztuczności, to chcę powiedzieć, że nie macie racji i wyciągacie zbyt pochopne wnioski. Wyżej wymienionych cech tutaj nie znajdziecie.

      Historia Coltona Burpo jest napisana prostym, zwięzłym językiem. Czas spędzony z książką nie jest stracony. Ta opowieść daje mocno do myślenia i, jak pisze Ewa Błaszczyk, zmienia zupełnie sposób myślenia o wieczności.

      Komu poleciłabym tę pozycję? Wszystkim! Nie jest ważne,  czy jesteście wierzący czy nie. To bardzo mądra książka, wobec której nie powinniśmy przejść obojętnie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „#46. Todd Burpo „Niebo istnieje…Naprawdę!””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 20 października 2018 11:58
  • czwartek, 18 października 2018
    • #45. Sarah Kate Lynch „Na domiar złego”

       Pogoda za oknem niebawem nie będzie sprzyjała spacerom, więc większość z nas będzie zapewne wypoczywała w domu. To doskonała okazja, by przejrzeć swoje domowe biblioteczki i sięgnąć po lekturę, która przyciągnie naszą uwagę, a jednocześnie za bardzo nie zmęczy intelektualnie.

      Książka, którą chciałabym Wam dzisiaj zaproponować dokładnie spełnia wyżej wymienione kryteria. Nie jest obszerna, a więc nie spędzicie nad nią zbyt wielu godzin. Jest to powieść „Na domiar złego” autorstwa Sarah Kate Lynch.

      Autorka przedstawia w swojej powieści losy 39-letniej Florence, której właściwie jednego dnia wali się cały świat. Traci pracę w sklepie z antykami, którego jest współwłaścicielką, a na dodatek jej mąż po dwudziestu latach małżeństwa nagle oświadcza jej, że …jest gejem. Jakby tego jeszcze było mało, z Australi po roku wraca ukochany syn bohaterki z…trzydziestokilkuletnią żoną, co Florence doprowadza niemalże do furii.

      Według Florence nieszczęścia wcale nie chodzą parami, a... trójkami. We wszystkim dopatruje się złego, co mnie niepoprawną optymistkę, nieziemsko irytowało, mówiąc delikatnie. Były momenty, że miałam chęć cisnąć książką gdzieś w kąt i wziąć się za następną. Zmysł czytelniczki nie pozwolił mi jednak na taki desperacki krok i dałam szansę autorce, jak i samej Florence. I niezmiernie mnie to cieszy, jestem z siebie dumna, bo to, co otrzymałam na końcu tejże opowieści – wprawiło mnie w doskonały nastrój, choć opowieść wcale nie kończy się optymistycznie, tylko wzruszająco i pięknie. A takie zakończenia lubię najbardziej.

      O czym właściwie jest „Na domiar złego”? O niczym innym jak o życiu, jego ciepłych barwach, ale także tych bardzo, bardzo ciemnych. O tym, że zawsze może być w życiu gorzej i że nigdy, przenigdy nie wolno mówić w chwilach złych, że wali nam się świat i nic już nie ma dla nas sensu. Bzdura! Wszystko jest przecież po coś i we wszystkim jest sens, nawet w cierpieniu, od którego nie uciekniemy. A najlepszym, najskuteczniejszym lekarstwem jest dostrzeganie małych cudów wokół nas i radość nawet z najmniejszej rzeczy, z pozoru błahej sytuacji. To recepta na walkę z przeciwnościami losu. I z własnego doświadczenia wiem, że pomaga. Nasza główna bohaterka też miała okazję się o tym przekonać. Jak? Przekonajcie się sami! Miłej lektury!

      I jeszcze przy okazji chciałabym Wam coś zaproponować. Moja siostrzenica jest bardzo uzdolniona plastycznie, manualnie. 

      Wykonuje różnego rodzaju mebelki dla lalek (dla tzw. Pets Shop), a także prace plastyczne na konkursy, itd. Jeśli ktoś z Was, moich czytelników, chciałby skorzystać z jej usług, chcecie żeby wykonała coś dla Waszego dziecka, gorąco namawiam do składania zamówień. Iza ma indywidualne podejście do każdego klienta. Zawsze wykona to, co osoba zamawiająca sobie zażyczy.

      Zamówienia można składać pisząc do mnie e-maila: czytamwiecjestem5@gazeta.pl a ja już Was skontaktuję z moją siostrzenicą abyście mogli porozmawiać o szczegółach.

      Na zachętę dodam zdjęcia przykładowych prac Izy.

      Praca wykonana przez moją siostrzenicę IzePraca wykonana przez moją siostrzenicę IzePraca wykonana przez moją siostrzenicę IzePraca wykonana przez moją siostrzenicę IzePraca wykonana przez moją siostrzenicę IzePraca wykonana przez moją siostrzenicę Ize

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „#45. Sarah Kate Lynch „Na domiar złego””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 października 2018 21:42
  • niedziela, 14 października 2018
    • #44. „Niania w Nowym Jorku” Nicola Kraus&Emma Laughlin

       Do przeczytania „Niani w Nowym Jorku” zachęcił mnie…film. Obejrzałam go dwa razy z ogromnym zainteresowaniem. Pamiętam, że bardzo współczułam małemu chłopcu, który był właściwie drugą, najważniejszą postacią (oczywiście prócz tytułowej niani) w tym filmie), że taki jest samotny, niezauważany, odepchnięty na plan dalszy przez swoich rodziców. Bardzo zaintrygowało mnie to, że tak wyraźnie został pokazany motyw osamotnienia Grayera, jego ciągłe próby zwrócenia na siebie uwagi. Pomyślałam wtedy, ze reżyser musi być chyba dobrym psychologiem, skoro taki mocny położył nacisk właśnie na ten problem. Mógł przecież pokazać tę historię z zupełnie innej perspektywy; tak jakby oczami dziecka, ale na ten przykład Niani, jej odczucia, czy jej perypetie albo chociaż skupić się na emocjach Państwa X, na ich stylu życia. Na całe szczęście twórcy mieli już swoją koncepcję, taką a nie inną i ukazali całość w opisywany przeze mnie wyżej sposób. Niestety zupełnie inaczej życie Państwa X i ich syna ukazały w swej książce Nicola Kraus i Emma Laughlin.

      Autorki, ku mojemu dużemu zaskoczeniu, całą swoją pisarską uwagę skupiły na rodzicach Grayera, a nie na czterolatku, który  jak wspomniałam już wcześniej, tak naprawdę był postacią najistotniejszą. Przynajmniej powinien być. Czytając „Nianię…” odnosiłam wrażenie, że to Państwo X są tym priorytetem i że to oni wiodą prym w akcji. Wszystko kręciło się wokół nich. Nie pominięto tutaj żadnego, nawet najmniejszego szczególiku, z życia tych dwojga: począwszy od garderoby aż po ekscesy łóżkowe. Ktoś mógłby zadać pytanie: a co z dzieckiem? Dobre spostrzeżenie. Dziecko jest gdzieś w tle.

      Śmieszyło mnie też opisywanie relacji X-ów z samą nianią, jakby to  nimi miała się opiekować. Chwilami dochodziłam do wniosku, że może faktycznie powinna? Pani X i jej mąż, to para snobów, dla których liczą się jedynie kolejne zera na koncie, wygląd własny, ale również innych (najlepiej obcych), imprezy, spotkania biznesowe. I tak z dnia na dzień. A maluchem niech zajmuje się pomoc domowa, która przechodzi szybki kurs matki zastępczej dla chłopca. Jest dla niego o wiele lepsza, bardziej wczuwa się w jego potrzeby, oczekiwania i przede wszystkim umie słuchać i kochać, chociaż jest tylko opiekunką. Dzięki niej maluch zapomina o swojej samotności. Na jak długo? Jak  Nanny poradzi sobie ze swoimi obowiązkami, których X-owie dokładają jej coraz więcej? Czy rodzice chłopczyka wreszcie otrząsną się i zauważą swoje błędy? Nie odpowiem na te pytania, ponieważ chcę abyście sami się o tym przekonali.

      „Niania w Nowym Jorku” jest typowym czytadłem. Nie znajdziecie jej na półkach z najlepszą literaturą. Nie oszukujmy się. Jest to jednak opowieść, którą z czystym sumieniem chcę polecić. Uwierzcie mi, warto zagłębić się w tę historię, czasami pomyśleć. A może styl Waszego życia przypomina ten przedstawiony na kartach „Niani…”? Oby nie. Jednak sami musicie sprawdzić i odpowiedzieć sobie po cichu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 października 2018 14:00
  • piątek, 05 października 2018
    • #43. Mohammed Mrabet „Miłość za kilka włosów”

      Miłość za kilka włosów” marokańskiego pisarza Mohammeda Mrabeta jest pierwszą powieścią tego pisarza wydaną w Polsce.

      Jest to opowieść, której akcja rozgrywa się w Tangerze. To historia trudnej miłości, okupionej często łzami. Nie brakuje w niej także magii, tajemnicy, trochę grozy.

      Mohammed, bohater omawianej przeze mnie książki, stracił matkę bardzo wcześnie. Zostal tylko ojciec, bracia i siostry chłopaka. Ten odwiedzał swego ojca, jednak nie często to czynił, gdyż obawiał się, że ojciec zechce zatrzymać go przy sobie.

      Sytuacja diametralnie zmieniła się gdy Mohammed dowiedział się iż niedaleko jego rodzinnego domu mieszka dziewczyna o imieniu Mina.

      Dawno temu, gdy jeszcze byli dziećmi, bawili się razem. Później ich drogi rozeszły się nieco.

      Dopiero pewnego dnia, siedząc na tarasie, znowu ujrzał Minę. Wtedy dostrzegł jaka piękna z niej kobieta. Zapragnął z nią porozmawiać. Codziennie przesiadywał na tarasie, wypatrując swojej lubej. Ta raz pojawiała się, by potem zniknąć.

      Któregoś dnia młodym udało się porozmawiać. Mohammed zaprosił dziewczynę do kina, na randkę. Niestety, spotkanie nie należało do udanych.

      Sprytny młodzieniec, chcąc zapewnić sobie miłość wzajemną Miny, udaje się do starej wróżbiarki, która spalając kilka włosów dziewczyny, wróży i zapewnia uczucie.

      Romans rozkwita, ale nie na długo. Zaczynają piętrzyć się problemy. Jakie? Tego już dowiecie się, gdy sięgniecie po książkę „Miłość za kilka włosów”.

      Uprzedzić Was muszę, że książka do najłatwiejszych nie należy. Niekiedy czytelnik czytając ma problem, żeby pojąć, powiązać niektóre fakty z życia Mahommeda i Miny. Zaletą jest jednak to, że książka ma krótkie rozdziały, napisane jest językiem prostym i zrozumiałym dla każdego. A minus? Minusem na pewno jest to, że historia opowiedziana przez Mrabeta jest dość przewidywalna.

      Zdradzić jeszcze mogę, że Mina nie jest jedyną kobietą w życiu Mohammeda.

      Nic więcej nie powiem. Sami się przekonajcie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 05 października 2018 21:24
  • środa, 03 października 2018
    • #42. Marika Krajniewska „Och, Elvis”

      Ci, którzy mnie znają, wiedzą doskonale, że mam słabość do zwierząt. Zarówno tych z życia realnego, jak i z literatury czy filmu. Dlatego, gdy tylko zobaczyłam na okładce książki „Och, Elvis” autorstwa Mariki Krajniewskiej, uroczego maltańczyka wiedziałam, że muszę zapoznać się z powieścią.

      Główną bohaterką książki jest Joanna, trzydziestoletnia panna, która pracuje w domu spokojnej starości. Jej praca na ogół pozbawiona jest spektakularnych wrażeń czy nagłych zwrotów akcji. Do czasu, gdy jedna z pensjonariuszek domu starców „Patrycja” umiera. No i w sumie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że szalone przyjaciółki zmarłej Alicji postanawiają ukraść urnę z prochami koleżanki, by móc spełnić jej wielkie, ostatnie marzenie – odwiedzić grób Elvisa w Memphis. Niewiele myśląc ruszają w drogę. Joanna dowiedziawszy się o tym szalonym pomyśle rusza za uciekinierkami. Jej towarzyszem zaś jest wnuczek zmarłej – Paweł.

      Powieść Krajniewskiej to połączenie komedii i wzruszającej historii obyczajowej. Z jednej strony mamy zabawne dialogi, komizm sytuacyjny, a z drugiej nie brakuje fragmentów, gdzie mamy okazję zastanowić się nad ludzkim życiem, przewrotnością losu. Przekonujemy się jak wielką rolę w życiu każdego z nas odgrywa obecność drugiego człowieka, jego bliskość. Mamy tutaj niemalże ferię emocji i barw.

      Całość stanowią dwa główne wątki. Pierwszy z nich to losy trzydziestoletniej Joanny, zwanej przez mieszkańców domu starców Małą Mi. Towarzyszymy dziewczynie nie tylko w życiu zawodowym, ale także w tym osobistym i rodzinnym. Śledzimy jej relacje z matką a także pensjonariuszami. Z tą pierwszą, niestety, nie układa się najlepiej.

      Natomiast drugi wątek dotyczy trzech staruszek, czyli Gieni, Alicji i Marysi, a także szarmanckiego pana Stacha.

      Mieszkańców domu starców cechuje pogoda ducha, specyficzne poczucie humoru, ale możemy także zobaczyć, że każdy z osobna dźwiga na swych barkach ciężki bagaż doświadczeń, często mocno skomplikowanych. Takim aniołem stróżem dla tej nietuzinkowej paczki seniorów bez wątpienia jest Joanna, która zawsze znajduje czas dla swych podopiecznych i ma dla nich dobre słowo, które łagodzi jak balsam.

      „Och, Elvis” to niezwykle optymistyczna, ciepła i błyskotliwa opowieść o sile przyjaźni, o przemijaniu, codziennych troskach i radościach ludzi w wieku senioralnym.

      Myślę, że każdy czytelnik dopatrzy się czego innego w tej historii, bo można ją intepretować na różne sposoby. I, według mnie, to jej ogromny atut.

      Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to wplatanie w bieżącą akcję wątków z przeszłości. Pisałam kiedyś już o tym, że strasznie denerwuje mnie ten zabieg, który często stosują pisarki i pisarze. No, ale to tylko taki mój zarzut, który właściwie nie rzutuje na ocenie całości.

      Lekturę polecam wszystkim, którzy lubią niebanalną literaturę obyczajową, a także tym, którzy interesują się problemami osób starszych w naszym kraju. Jestem przekonana, że Wasze gusta i oczekiwania zostaną zaspokojone.

      Ciekawa jestem, czy czytaliście już tę powieść i co o niej sądzicie? A może zapoznaliście się z wcześniejszymi książkami Mariki Krajniewskiej? Napiszcie też, co teraz czytacie i co byście polecili mi na nieuchronnie zbliżające się jesienno-zimowe wieczory.

      Mam już pewien plan na nadchodzący czas, ale nie chcę na razie zdradzać szczegółów. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z moimi zamierzeniami i będę mogła go zrealizować. Trzymajcie kciuki i do następnej notki.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „#42. Marika Krajniewska „Och, Elvis””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 03 października 2018 19:21
  • wtorek, 02 października 2018
    • #41. „A jeśli ciernie” Virginia C. Andrews

      A jeśli ciernie” to kontynuacja głośnej serii książek Virginii C. Andrews o rodzinie Dollangerów. Serii, która o dziwo przypadła do gustu i mnie. Pamiętam, że pierwszym tomem byłam zachwycona, drugim wprost oszołomiona. A jakie wrażenia zrobił na mnie tom trzeci?

      Tym razem narratorami opowieści są synowie Cathy – Jory i Bart. To oni powoli odkrywają przeszłość swoich rodziców, muszą się z nią zmierzyć i odnaleźć w niej sens. Wszystko więc opisane jest z perspektywy dorastających chłopców.

      Jory- ten „dobry”, Bart- ten „zły”. Jory, który kocha matkę i „ojca”- czyli Chrisa- brata matki (o czym oczywiście początkowo synowie nie wiedzą), podziela pasję matki – taniec, jest też pełen podziwu dla ojca, jest wyrozumiały, spokojny, mądry, nie sprawiający problemów.

      Bart – dziecko, które czuje się niekochane, nie zauważane, jest niezdarny, złośliwy, arogancki.

      Każdy z nich na historię swoich rodziców spojrzy inaczej, w swoisty dla siebie sposób.

      Cathy i Chrisowi udaje się stworzyć w miarę szczęśliwą rodzinę, wszystko wydaje się być już poukladane i na swoim miejscu. Jednak to tylko pozory.

      Jednak wszystko zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w momencie gdy do sąsiedniego domu wprowadza się tajemnicza dama, z tajemniczym lokajem. Powoli życie Dollangerów znowu obraca się w koszmar.

      Przeszłość nie daje o sobie zapomnieć Cathy i Chrisowi. Do tego wciąga w swoją pajęczą sieć ich synów. Szczegółów musicie dowiedzieć się sami, czytając książkę V.C. Andrews „A jeśli ciernie”.

      Czytając powieść dostrzeżemy, że postaci są w niej przejaskrawione do granic mozliwości. Mnie jednak to jakoś za specjalnie nie przeszkadzało. Wprost przeciwnie. Miałam pełen obraz każdego bohatera. Mogłam poznać dogłębnie jego psychikę, motywy postępowania. Lubię takie książki, gdzie postaci są wyraziste na tyle, że już po przeczytaniu kilkunastu stron książki, można wyrobić sobie zdanie na ich temat.

      Ciekawe jest to, że autorka z każdą stroną stopniuje coraz bardziej napięcie. Czytając czułam się tak, jakby ktoś zaprosił mnie do wielkiego pałacu i stopniowo oprowadzał mnie po nim, odkrywał przede mną każdy zakątek, zakamarek tego miejsca. To niesamowite przeżycie.

      Uwielbiam książki psychologiczne, gdzie muszę zastanowić się, dlaczego bohater postępuje w ten, a nie inny sposób. Zachwycam się zawsze zawiłymi historiami ludzkimi. To mnie pociąga.

      W wyżej omawianej książce chyba tego wszystkiego niestety było za dużo. Musiałam wysilić bardzo moje szare komórki, aby w tym wszystkim połapać się. Historia, którą stworzyła Andrews trzymała mnie w napięciu, zaciekawiła bardzo – to fakt. Ale w pewnym momencie poczułam się nią zmęczona, nawet nie znużona tylko zwyczajnie zmęczona jakbym czytała jakąś naukową książkę na studiach. W pewnej chwili powiedzialam sobie: „o nie, już mam dość!”…i zwyczajnie zamknęłam książkę, nie chciałam czytać już jej dalej. Poczułam, że powinnam odpocząć. Zapragnęłam nagle przeczytać coś lekkiego, niezobowiązującego. Jak narazie nic takiego pod ręką nie mam. Poza tym, do ukończenia tej serii zostały mi jeszcze albo już tylko dwa tomy.

      Mam nadzieję, że tym razem się nie zmęczę, że nie zamknę książki właściwie na krótko przed jej zakończeniem. Nie lubię tego robić, bardzo nie lubię. W tym przypadku musiałam! Nie dałam rady wgłębiać się dalej w losy tej rodziny.

      Kończąc moje refleksje polekturowe, chcę powiedzieć, że z czystym sercem polecam tę książkę. Ostrzegam jednak lojalnie, że musicie się przygotować na ogrom emocji. Niewykluczone, że i Wy w którymś momencie poczujecie się przemęczeni tą opowieścią, okaże sie, że ładunek emocjonalny, jaki zaserwowała swoim Czytelnikom Andrews jest zbyt duży.Myślę, że to mimo wszystko będzie dobra reakcja.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 października 2018 19:37

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

  • Literatura polska

  • Literatura zagraniczna

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa