Z książką przez życie

Wpisy

  • czwartek, 06 grudnia 2018
    • #65 Piotr Kołodziejczak "Puść już mnie"

      „Puść już mnie” to opowieść o relacjach damsko-męskich. Piotr Kołodziejczak opowiada historię toksycznego związku, w którym kobieta w pewnym momencie postanawia walczyć o swoją godność. Czy jej się to udaje?

      Bohaterką powieści jest 32-letnia Ewelina, odnosząca zawodowe sukcesy w odziedziczonej po matce firmie.

      Już na samym początku dowiadujemy się, że dziewczyna wychowywała się bez ojca. Być może dlatego w swoim dorosłym życiu nienawidzi mężczyzn. W firmie, którą prowadzi zatrudnia same kobiety, a w momencie, gdy dowiaduje się, że jej pracownica jest w ciąży – zwalnia ją.

      Zagłębiając się coraz bardziej w powieść dowiadujemy się, że Ewelina jest rozwódką. Małżeństwo z Rafałem, dobrze zapowiadającym się architektem, trwało zaledwie trzy lata. Ewelina często zastanawiała się, dlaczego ten na pozór idealny związek tak nagle się rozpadł. Kobieta kochała swojego męża ślepą miłością. Za wszystkie niepowodzenia w swoim małżeństwie obwiniała siebie. Uważała, że Rafał w zasadzie nie ma jej za co kochać, bo przecież jest beznadziejna. W końcu to on jest znany i ceniony, dobrze zarabia, a ona – co? By mieć jakieś pieniądze, utrzymać siebie i ukochanego zarabia jako sekretarka w kancelarii, dopiero później, dzięki matce, udaje jej się stanąć na własnych nogach.

      Tymczasem Rafał coraz później wraca do domu, nie dostrzega już walorów fizycznych swojej żony, nawet nie chce słyszeć o dziecku. Natomiast w rocznicę ich ślubu zjawia się kompletnie pijany z całkiem trzeźwym kolegą z wojska, który później zakrada się nocą do łóżka Eweliny i chce uprawiać z nią seks tylko po to, by zaspokoić fantazje Rafała. To zdarzenie powoli otwiera naszej bohaterce oczy, ale nie na tyle by powiedzieć temu wszystkiemu „dość”.

      Taką decyzję podejmuje dopiero gdy odkrywa, że jej wspaniały, ukochany małżonek spotyka się z inną kobietą. To moment przełomowy w życiu tej 32-latki. Postanawia zakończyć całą farsę i wziąć rozwód.

      Po rozstaniu z Rafałem dziewczyna przechodzi stopniową metamorfozę. Staje się niezależna, jest panią własnego losu. Jednak nadal nienawidzi płci przeciwnej.

      Sytuacja zmienia się, kiedy w salonie odnowy biologicznej poznaje Janka, również rozwodnika. Żona Janka zdradziła go z Włochem na kursach gastronomicznych.

       

      Ewelina początkowo traktuje Janka chłodno. Zbywa go, odpowiada zdawkowo. Zbiegiem czasu jednak przekonuje się do mężczyzny. Wszystko układa się gładko. Do chwili gdy znowu w życiu Eweliny nie pojawia się Rafał. Zjawia się z kwiatami, winem i ulubionymi czekoladkami bohaterki. Nastrój jest na tyle szampański i błogi, że…niewierny mąż zostaje aż do następnego dnia.

      Po tej upojnej nocy Ewelinę nachodzą wątpliwości, że może zbyt pochopnie zażądała rozwodu…Może mąż się zmienił i naprawdę ją kocha? Czy rzeczywiście tak jest? W czyich ramionach główna bohaterka książki „Puść już mnie” odnajdzie szczęście? Na te pytania uzyskacie Państwo odpowiedź, gdy zdecydujecie się sięgnąć po książkę i ją przeczytać.

      Kilka słów o autorze:

      Piotr Kołodziejczak zadebiutował na polskim rynku wydawniczym w roku 2004, publikując powieść „Wschody do nieba”. „Klępy śpią” i „Nie rób mi tego” to kolejne powieści w jego dorobku. „Puść już mnie” to czwarta powieść Kołodziejczaka, która ukazała się w roku 2009. W tym samym roku ukazała się też książka „Bo wiesz…”, a w ubiegłym roku na półkach księgarń pojawiła się „Kobieta niespodzianka”. Autor próbuje także swoich sił jako kompozytor.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „#65 Piotr Kołodziejczak "Puść już mnie"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 grudnia 2018 18:35
  • sobota, 01 grudnia 2018
    • #64 Katarzyna Rygiel "Pod powiekami"

      “Pod powiekami” Katarzyny Rygiel to książka, która na długo po jej zakończeniu, pozostaje w pamięci czytelnika. To opowieść o niespełnionej miłości, przyjaźni, o dojrzewaniu do podejmowania trudnych decyzji.

      "Pod powiekami” to wzruszająca opowieść o miłości, akceptacji, przyjaźni, dojrzewaniu do podejmowania trudnych decyzji, o często trudnych do przyjęcia konsekwencjach naszych wyborów. Historia, którą opowiada autorka mogła i może przydarzyć się każdemu z nas.

      Michała Tarnowskiego, głównego bohatera poznajemy, gdy jest już dojrzałym, czterdziestoletnim mężczyzną. Przybywa on do małej, malowniczo położonej miejscowości w górach. Pragnie odetchnąć od codziennych spraw, zgiełku, codziennego pośpiechu Tam zatrzymuje się u kobiety, która jest niewiele starsza od niego. Sympatyczna pani chętnie przyjmuje gościa pod swój dach i traktuje go jak kogoś z rodziny, co bardzo zaskakuje Michała.

      Właścicielka domu udostępnia tajemniczemu przybyszowi niewielki, ale przytulny pokoik. Tarnowski czuje się w nim jak u siebie w domu. Jego uwagę niemal od samego początku przykuwa wielkie czarno-białe zdjęcie, które wisi na ścianie. Początkowo zachwyca się profesjonalizmem, z jakim został wykonany portret. Podziwia kolory, grę świateł, ostrość. I to przyzwyczajenie wcale nie dziwi, gdyż dowiadujemy się, że mężczyzna jest fotografem.

      Jednak w duchu podziwia jeszcze coś. Postać, która jest na zdjęciu. Jest nią 24-letnia Marta, córka gospodyni. Michał ze wszystkich sił próbuje się oprzeć jej urokowi. Bezskutecznie. Dostrzega w Marcie atrakcyjną kobietę i pragnie poznać ją bliżej. Zastanawia się jaka jest, co lubi, o czym marzy.

      Myśli o niej nieustannie. Dzień i noc. Z jednej strony wstydzi się swoich myśli, pragnień, bo przecież jej matka przyjęła go pod swój dach. Z drugiej zaś strony, myśli są od niego silniejsze. Postanawia zdobyć Martę i odnaleźć klucz do jej serca. Czy uda mu się zrealizować ukryte marzenia? Kim okaże się Marta? Na te pytania znajdziecie Państwo odpowiedź w książce autorstwa Katarzyny Rygiel “Pod powiekami”.

      Nie chciałabym zdradzać całej fabuły, gdyż odebrałabym wówczas Państwu przyjemność czytania tej niewielkich rozmiarów książki. Jednak przybliżę nieco postać głównego bohatera tej opowieści, bo jest on nietuzinkowym człowiekiem i godnym uwagi.

      Michał zawsze był osamotniony. Nawet wtedy gdy brał do ręki blok rysunkowy i zapełniał go dziecięcymi rysunkami. Właściwie swoje dzieciństwo spędził przebywając najczęściej w kuchni bądź w pokoju, w którym spała jego mała siostra Ania. Czuł się za nią odpowiedzialny. Często wchodził na bosaka do jej pokoiku tylko po to, by sprawdzić czy śpi.

      Rodzeństwo Tarnowskich wychowywało się z matką. Ojciec zostawił ich twierdząc, że potrzebuje wolności. Pani Tarnowska nigdy nie wniosła pozwu o rozwód.

      Kiedy Michał nauczył się czytać jego ulubionym miejscem stała się biblioteka. Tam szukał ucieczki od problemów, rzeczywistości. Twierdził, że w książkach można znaleźć to, czego nie odnajdujemy w realnym świecie.

      Obok historii przedstawionej przez Katarzynę Rygiel nie można przejść obojętnie. To opowieść, która zapada w pamięci na bardzo długo już po jej lekturze. Rygiel operuje językiem barwnym, ale jednocześnie zrozumiałym dla potencjalnego czytelnika.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 01 grudnia 2018 18:22
  • czwartek, 29 listopada 2018
    • #63 Agata Przybyłek „Bez ciebie”

      Zauważyłam, że w moje ręce coraz częściej trafiają książki, po których przeczytaniu jeszcze długo o nich myślę, które dotykają każdej struny mojej duszy.

      Tak było również tym razem, gdy sięgnęłam po powieść Agaty Przybyłek „Bez ciebie”.

      Katarzyna od początku swojego istnienia nie miała łatwego życia, dlatego gdy tylko nadarzyła się okazja, wyjechała do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu swego szczęścia. Gdy spotyka Colina ma wrażenie, że teraz już tylko będzie cudownie i że nic jej nie grozi. Mężczyzna jest czuły, opiekuńczy, zapewnia wszystko, czego kobieta może zapragnąć. Pozornie. Nikt nie wie, co dzieje się w mieszkaniu tej pary. Nagle sielanka, swoiste niebo na ziemi zamienia się w piekło, z którego trudno się wydostać. Colin staje się zaborczy, a na domiar złego swoje niepowodzenia w pracy wyładowuje na biednej Katarzynie, znęcając się nad nią psychicznie i fizycznie. Kobieta boi się dotyku własnego męża, jego podniesionego głosu. Mimo to nadal kocha Colina i nie potrafi się z nim rozstać. Na szczęście wszystko wychodzi na jaw, bo skatowaną kobietę znajduje jej teściowa i pomaga Kasi wyrwać się z domu.

      To było moje pierwsze, i już wiem, że nie ostatnie spotkanie z twórczością Agaty Przybyłek.

      Przemoc w rodzinie to ciągle wstydliwy temat. Nie lubimy o niej mówić. Ofiary przemocy milczą, bo się boją co będzie dalej. Często jest też tak, że łudzą się, że oprawca się opamięta. Ten zaś zawsze się tłumaczy i obiecuje, że już więcej nie uderzy ofiary. Do następnego razu. I tak w kółko.

      Pisarka podejmuje ten drażliwy temat. Swoim czytelnikom nie szczędzi scen, które mrożą krew w żyłach. „ Bez ciebie” to powieść pełna emocji. Skłania do refleksji i wielu przemyśleń. Chociaż główny wątek nie należy do najprzyjemniejszych, to książkę czyta się szybko, z ciekawością, co jeszcze czeka bohaterów. A zakończenie…wbija w fotel i sprawia, że człowiek nie może pozbierać się po lekturze. Powieść pochłania od pierwszej do ostatniej strony. Jest to jedna z tych historii, po przeczytaniu której stwierdziłam, że sytuacje opisywane przez Przybyłek są mi szalenie bliskie, a z wykreowanymi postaciami utożsamiam się. Czytając „Bez ciebie” pod nosem mówiłam sobie: „Boże, przecież mnie coś takiego też się przydarzyło.

      Czuję, że ta historia na długo ze mną zostanie. Tyle pytań podczas jej czytania się pojawiło w mojej głowie. Wniosków wcale nie mniej. Niektóre słowa czy zdania wypowiedziane przez bohaterów na tyle mnie poruszyły, że zaczęłam analizować poszczególne zdarzenia, które przeżyłam i stwierdziłam, że muszę coś zmienić, ruszyć pewne sprawy z miejsca.

      Komu polecam książkę Agaty Przybyłek? Każdemu! Uważam, że jest ona adresowana zarówno do płci pięknej, jak i do mężczyzn. A może właśnie do nich przede wszystkim? W końcu to Wy, Panowie, macie problemy z okazywaniem nam uczuć. Choć i panie nie zawsze są w tej materii wylewne. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że autorka daje swoim czytelnikom do zrozumienia, że absolutnie nie powinniśmy niczego odkładać na potem, bo potem może nie nadejść. Nie czekajmy na lepsze okazje. Teraz jest najlepszą okazją. Słuchajmy głosu swojego serca. To bezbłędny doradca, bo to, co ukryte jest na jego dnie, wypływa przecież z nas samych.

       

       

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „#63 Agata Przybyłek „Bez ciebie””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 listopada 2018 20:01
  • wtorek, 27 listopada 2018
    • #62. Olga Rudnicka „Fartowny pech”

      O książkach Olgi Rudnickiej czytałam różne opinie na blogach literackich. Jedne głosiły, że warto sięgnąć po powieści tej autorki, inne zaś, że lepiej omijać je szerokim.

      Postanowiłam sama wyrobić sobie zdanie i sięgnęłam po "Fartowny pech”.

      Filip Nadziany, policjant, staje się ofiarą podstępu swojej kochanki. W akcie zemsty dziewczyna przypina go do łóżka. Żeby by było zabawnie przypina go kajdankami i tu i ówdzie przystraja czerwoną kokardką. Jakby tego było, mało cały proceder zostaje uwieczniony na zdjęciu, a fotka z kolei wpuszczona do Internetu, dzięki czemu wszyscy dowiadują się o preferencjach Nadzianego i jego zabawach poza miejscem pracy. Jeśli ktoś myśli, że to koniec przygód pechowego policjanta, to się bardzo myli. Bowiem z sanatorium nagle wraca mamusia naszego bohatera i zastaje synalka takiego jak go Pan Bóg stworzył. Oczywiście musi się starszej pani wytłumaczyć. Policjant ma już dość tego, że stał się pośmiewiskiem wśród znajomych i postanawia poprosić szefa o przeniesienie. Chce przeprowadzić się na wieś, bo ma nadzieję, że tam odnajdzie spokój i uda mu się zapomnieć o niechlubnym wydarzeniu.

      Mamy także Krystiana Dzianego. Kolejną ofiarę losu. Zostaje on pobity przez dwunastoletnią dziewczynkę. Podobnie jak wyżej wymieniona postać stwierdza, że chce cos zmienić w swoim życiu. Marzy o karierze prywatnego detektywa. Czy spełnią się jego marzenia?

      I jest jeszcze Gianni, który obiecuje, że nigdy nie będzie pracował w Polsce. Jednak, jak doskonale wiecie, los bywa przewrotny i uwielbia płatać nam figle. Mężczyzna musi zostać w Polsce i przyjąć zlecenie. Nie wie, że przyjdzie mu pracować u gangstera.

      Mniej więcej nakreśliłam Wam o czym jest książka. Więcej jednak nie zdradzę.

      Prawdę mówiąc to mam spory problem z tą powieścią i nie wiem co mam o niej myśleć. Bo z jednej strony lektura była to zabawna, nasycona komizmem sytuacyjnych, zabawnymi dialogami, przy czytaniu których uśmiałam się do łez, ale…coś było niestety nie tak. Czegoś było za dużo, a czegoś znów za mało. Nie była to powieść, o której będę pamiętała jeszcze przez długi czas albo może przez wiele miesięcy czy lat. Nie poczułam, żeby coś zmieniła we mnie, w moim światopoglądzie. Ot, taka historyjka, którą mogę potraktować na zasadzie „przeczytać, pośmiać się i zapomnieć”. Wiele powieści już przeczytałam, przede wszystkim polskich autorek i autorów i mam prawo oczekiwać od literatury czegoś więcej niż jedynie rozrywki, bo tę niewątpliwie autorka mi zaserwowała. Nic poza tym.

      W tym miejscu zapewne zniecierpliwieni pytacie „No ale polecasz czy nie?” Ani tak, ani nie. To już zależy od Was. Jeżeli szukacie rozrywki, lubicie lekkie kryminały i nie jesteście wymagającymi czytelnikami, to tak, polecam Wam tę książkę.

      Ale jeśli poszukujecie czegoś z wyższej półki, co Was maksymalnie wciągnie, zaintryguje, to zdecydowanie skierujcie swój wzrok na inny tytuł. Myślę, że spokojnie znajdziecie coś co zaspokoi Wasz czytelniczy gust.

      Muszę się przyznać, że mam dylemat, który mam nadzieję, że pomożecie mi rozwiązać. Otóż zapisałam sobie  w moim zeszycie bodajże jeszcze dwie pozycje autorstwa Olgi Rudnickiej. Nie wiem tylko, czy po nie sięgnę, bo nie chcę po raz kolejny się rozczarować. Jest przecież tyle interesujących książek do przeczytania. W związku z tym mam pytanie, czy czytaliście coś już tej autorki? Jakie są Wasze wrażenia? Co polecacie?

      Dajcie znać, co ostatnio przeczytaliście. Może chcielibyście, żebym  jakąś książkę zrecenzowała tutaj? Czekam na Wasze komentarze i podpowiedzi.

      Tymczasem do następnej recenzji, która już niebawem na moim blogu się pojawi.


       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 listopada 2018 18:33
  • poniedziałek, 26 listopada 2018
    • #61. „Zielone drzwi” Katarzyny Grocholi – recenzja książki

      “Zielone drzwi” autorstwa Katarzyny Grocholi to niezwykła książka, wobec której nie można przejść obojętnie. W swojej bardzo osobistej powieści autorka udowadnia, że w życiu z każdej sytuacji jest wyjście.

       

      Nasze życie pisze najlepsze scenariusze. Ono potrafi zaskakiwać najbardziej nieoczekiwanymi zwrotami akcji. To właśnie w książce “Zielone drzwi” Katarzyna Grochola próbuje udowodnić swoim czytelnikom. I z całą pewnością jej się to udaje.

       

      W sposób prosty, zwyczajny, ale także błyskotliwy i nie pozbawiony humoru pisarka opowiada historię swojego życia. Zaczynając od narodzin, czasów szkoły podstawowej, czasów licealnych, a kończąc na dorosłości, kiedy to jest już znaną pisarką, ma dorosłą córkę, własnoręcznie wybudowany dom. Strony rodzinne, spełnione i niespełnione marzenia, pierwsze przyjaźnie, miłości, oświadczyny, podróż do Libii, narodziny córki, romans rozwód, aż wreszcie kolejna wielka miłość i równie wielkie rozstanie, choroba nowotworowa – wszystko to opisuje Grochola w książce. Nie stroni też od trudnych tematów, takich jak śmierć. Ze szczegółami opowiada o pracy w szpitalu w charakterze salowej, o trudnej przyjaźni z nieuleczalnie chorymi pacjentami, o tym, jak pomagała im godnie odejść. Ma odwagę opowiedzieć o stracie pracy oraz o tym, jak pewnego dnia zorientowała się, że brakuje jej pieniędzy na życie.

       

      Jednak każdą z tych sytuacji pisarka kwituje jednym stwierdzeniem – “wszystko jest po coś”. Od każdego człowieka, którego napotkałam na swojej drodze nauczyłam się czegoś nowego, niezwykle istotnego – pisze. – Dostaję do odrobienia kolejne lekcje, a jeśli ich nie odrabiam, powtarzają się do znudzenia.

       

      Z opowieści, jaką snuje Katarzyna Grochola dowiadujemy się, że nie miała łatwego życia. Jednak nigdy się nie poddała. W każdym momencie towarzyszyła jej wiara w lepsze jutro. Wiedziała i wie do tej pory, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Autorka z uporem przekonuje nas, że nawet z najbardziej beznadziejnej sytuacji jest wyjście. Kiedy autorka stanie oko w oko z kolejnym problemem powie: “Wolę napis wstęp wzbroniony, aniżeli wyjścia nie ma”.

       

      Ktoś mógłby zapytać – po co znana pisarka pisze książkę, w której opisuje własne życie, nie pomijając najbardziej bolesnych, często traumatycznych chwil? Odpowiedzi udziela sama Katarzyna Grochola: “Ku pokrzepieniu serc. Chciałam sobie przypomnieć rzeczy, które mnie spotkały, nie otwieram na oścież zielonych drzwi, tylko je uchylam…”

       Być może jedni odbiorą tą lekturę jako swoistą spowiedź kogoś, kogo dotychczas znali tylko ze szklanego ekranu, może ktoś uzna “Zielone drzwi” za następne czytadło – gusta są różne, każdy ma prawo do własnej opinii. Ja jednak książkę polecam bardzo gorąco zwłaszcza tym, którym wydaje się, że w życiu wszystko już przeszli, wszystko zobaczyli. Tym, którzy twierdzą, że nic już ich złego spotkać nie może, że życie już niczym ich nie zaskoczy. Po przeczytaniu tej wzruszającej, pełen emocji historii dowiedzą się, że wszystko się jeszcze może zdarzyć i że trudne nas umacnia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „#61. „Zielone drzwi” Katarzyny Grocholi – recenzja książki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 listopada 2018 17:32
  • sobota, 24 listopada 2018
    • #60. Recenzja książki „Ono” Doroty Terakowskiej

      Czy ONO słyszy? A jeśli słyszy i przestraszy się tego wszystkiego i nie chce wyjść? Co jeśli usłyszy wszystkie przekleństwa, obelgi?

      „Ono” to historia dziewiętnastoletniej Ewy. Do niedawna dziewczyna żyła marzeniami, miała swój świat. Była dziewczyną bez przyszłości, bez żadnych perspektyw. Jej życie bardziej przypominało egzystencję.

      Dziewczyna marzy o lepszym świecie, o dobrej pracy. I wtedy „niejasne, wzięte z filmów wyobrażenia dziewczyny zderzają się z brutalną rzeczywistością”. W jednej chwili sięga gwiazd i zostaje wybrana na dziewczynę millenium. Tańczy, bije od niej seksapilem. Wszystkie oczy kierują się na nią…Tymczasem ona dostrzega trzech, z pozoru miłych chłopaków. Uśmiechają się do niej zalotnie.

      Ewa naiwnie myśli, że chcą jej pomóc wyrwać się z małego miasteczka, w którym mieszka. A może nawet im się podobam? – myśli bohaterka. Nic z tego! Pudło!

      Dziewiętnastolatka zostaje zgwałcona i …zachodzi w ciążę. Od tej pory jej świat zaczyna walić się. Co zrobić? Urodzić? Wychowywać samotnie czy szukać ojca dziecka? Na te pytania bohaterka próbuje znaleźć odpowiedź. Czy ją znajdzie? Jaka będzie jej decyzja? Przekonajcie się Państwo sami czytając książkę Doroty Terakowskiej pt: „Ono”.

      To niezwykle wzruszająca opowieść o miłości, przyjaźni, wzajemnej akceptacji.

      Jest to opowieść, która dostarcza nam wiele emocji. Napisana jest językiem zrozumiałym. Nie brakuje w niej ciekawych opisów stanów emocjonalnych, w których znajdują się bohaterowie.

      Książkę przeczytałam w ramach wyzwania „Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „#60. Recenzja książki „Ono” Doroty Terakowskiej”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 24 listopada 2018 17:57
  • czwartek, 22 listopada 2018
    • #59. „Kruchość porcelany” Moniki Sawickiej

      „Kruchość porcelany” to debiut literacki Moniki Sawickiej. I to właśnie tak książka jest uważana za najlepszą w dotychczasowym dorobku autorki.

      Bohaterką tej opowieści jest trzydziestokilkuletnia Zuzanna Maks. Ma ona dziewięcioletnią córeczkę Amelkę, która zadaje pytania, których zdecydowanie nie powinna zadawać mała dziewczynka. Kobieta posiada też psa, koty, samochód i wieczny bałagan w sypialni. Niby nic takiego. Ja jednak odczytałam ten wieczny bałagan jako ilustracje życia bohaterki, czyli nic innego jak galimatias, nieuporządkowanie.

      Co jeszcze ma Pani Maks? Pani Maks ma też męża. Męża, który od dziewięciu lat maltretuje swoją ukochaną żonę. Męża, który czas umila sobie w towarzystwie prostytutek.

      Zuza żeby jakoś przejść przez to swoje trudne życie tworzy sobie we własnej wyobraźni kochanka, którego nazywa nie inaczej jak właśnie Wymyślonym. To z nim rozmawia, uprawia seks, śmieje się, płacze. Maks żyje ciągle w nierealnym świecie. To jej odskocznia od szarej rzeczywistości. Być może dzięki temu nie wylądowała jeszcze w wariatkowie?

      Zuzanna Maks ma jednak w każdym aspekcie życiowym pod górę. Niby wszystko układa się w jej życiu dobrze, córka przynosi ze szkoły same czwórki i piątki, ona ma swojego ukochanego Wymyślonego…I nagle dowiaduje się, że ma również raka piersi. Świat Maks znowu zaczyna się walić. Ból, strach, niepewność – to jest wszystko to, w czym teraz tkwi bohaterka książki „Kruchość porcelany”.

      Czy poradzi sobie ze sobą, z własnym życiem? Czy spotka wreszcie kogoś, kto nie będzie tylko wytworem jej wyobraźni? Na te i inne pytania znajdziecie Państwo odpowiedź w książce Moniki Sawickiej.

      Warto spędzić popołudnie lub wieczór z tą książką. Gwarantuję Wam, że nie pożałujecie czasu poświęconego tej historii.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 listopada 2018 14:41
  • poniedziałek, 19 listopada 2018
    • POMÓŻ ALI, KUP KSIĄŻKĘ DLA DZIECI

      Nie ma zbyt wielkiej kwoty, by wyrwać dziecko śmierci, jest za to czas, który kurczy się z dnia na dzień. Jeśli komuś uda się ocalić życie tej dziewczynki, to tylko nam i tylko wtedy, jeśli będziemy ratowali ją wszyscy razem...

      Najbardziej bolało, gdy patrzyłam bezsilnie na jej łzy. W buzi cały czas trzymała smoczek, zagryzała go z bólu, na który nie pomagały żadne leki. Po operacji usunięcia nowotworu z nadnercza, na sali pooperacyjnej wciąż miała w ustach swój smoczek, tyle zostało z dzieciństwa. Odkładała go tylko na chwilę, kiedy wymiotowała krwią po pierwszych dawkach chemii...

      Różowy smoczek nie pasuje do sterylnej zieleni oddziału intensywnej terapii, dzięki temu momentalnie przykuwa wzrok. Tak stanęła do najtrudniejszej walki w życiu i o życie – 2-letnia Ala i okrutny nowotwór – ten, który wciąż zabija dzieci…

      Tylko rodzic wie, jak łatwo można zauważyć, że z dzieckiem dzieje się coś złego, bo 2-letnia dziewczynka błyskawicznie reaguje na ból. Alusię bolały nóżki, a gorączki nie udawało się zbić żadnymi lekarstwami. Jestem pewna, że już pierwszy lekarz, który ją zobaczył, zdawał sobie sprawę, że to będzie szalona, ale bardzo krótka walka. Na początku tygodnia Alusia śmiała się i cieszyła, przybiegała do łóżka, dosłownie wypełniała cały dom. Na końcu tygodnia siedziała smutna i zapłakana na izbie przyjęć, a lekarze robili badania. Nikt się nie uśmiechał, nikt nie dawał nam złudzeń, a ja potrzebowałam wtedy choć jednego słowa otuchy...

      Dostałam za to diagnozę, która zmieniła życie w koszmar walki o życie. Alusia umiera, rak – neuroblastoma, jest niemal wszędzie, bo lewego nadnercza przedostał się do szpiku i kości. O jej życiu zdecyduje kilka najbliższych miesięcy. To najgorsze słowa, jakie może usłyszeć rodzic. Pamiętam, jak dbałam o nią, kiedy była jeszcze w brzuchu, jak chciałam dla niej jak najlepiej.

      Teraz moje 2-letnie dziecko umiera, a lekarze zastanawiają się, z której strony uderzyć w raka. Od czterech miesięcy robimy wszystko by wytrwać, by zmusić jej maleńki organizm do heroicznej walki, na której końcu będzie śmierć albo życie. Te pięć miesięcy rozpięte pomiędzy klinikami w Warszawie i Wrocławiu, z których właściwie nic nie pamiętam, wypełnił ogromny ból i strach. Od pięciu miesięcy nie śpię, bo moja córeczka nie wyszła właściwie ze szpitala. Gdyby było wiadomo, że przetrwamy tę chemię, przeszczep i naświetlenia, zacisnęłabym zęby i nadal przy niej trwała z pokorą. Jednak wiem, że Neuroblastoma to zabójca, choroba podstępna, taka, która zabrała już wiele dzieci.

      Jestem przy niej, kiedy ból przekracza jej granice, kiedy chemia wypala nie tylko raka, ale i jej ciało, jestem, kiedy płacze i kiedy śpi po godzinach walki. Urodziłam ją po to by żyła, nie po to by umierała i nigdy nie pogodzę się z cierpieniem, które ma iść na marne. Alusia przeszła już wszystkie bloki chemii i doszła do tej ostatniej – megachemii, która zniszczy jej odporność, by maksymalnie podnieść szansę udanego przeszczepu szpiku.

      To będzie kluczowy moment, po którym okaże się, czy wygraliśmy. Jeśli nowotwór powróci, zabije moją córeczkę, bo 2-letnie dziecko nie poradzi sobie ze wznową. Lekarze nazwali naszą największą szansę – immunoterapia – leczenie, które podniesie nasze szanse i sprawi, że wygramy. Bardzo skuteczne i bardzo drogie – za bardzo, jak dla nas...

      Bez pomocy to wszystko, co przeszliśmy, nie będzie miało sensu, nasza córka nie wygra, a jedyne co po niej zostanie to wspomnienia i różowy smoczek, który pomagał ukoić ból.

      Na podjęcie leczenia ostatniej szansy mamy bardzo mało czasu. Megachemia, zwana też chemią zerującą, to wyjątkowo potężna dawka chemioterapii, po której dziecko rozpoczyna ostatnie starcie. Od mojej córeczki pobrano już szpik. W maju przejdziemy radioterapię i zaczniemy czekać na cud. Naszym cudem jest właśnie leczenie przeciwciałami anty GD2.

      Już na samym początku leczenia, można podnieść szanse mojego dziecka o 20%!

      Kiedy było naprawdę źle, szeptałam jej do ucha, że damy radę i wyjdziemy ze szpitala w Warszawie razem, że zabiorę ją do domu, że będziemy razem czekały, aż dorosną jej włosy. To wszystko może się ziścić, ale trzeba zapłacić za to ogromną cenę.

      Błagam Was jako matka dziecka, które trwa w zawieszeniu, pomiędzy życiem i śmiercią. Pomóżcie mi uratować moje dziecko. Marzę, by wreszcie wykraść ją z objęć raka, by ochronić i być może, będę miała jedyną w życiu szansę. Błagam, nie pozwólcie jej odejść…

      Taki listo opublikowała mama Alicji na stronie Siepomaga, która jest zaangażowana w pomoc dziewczynce. Nie potrafiłam wobec tego apelu przejść obojętnie. Postanowiłam linki do poniższych stron opublikować na moim prywatnym profilu na FB i Was zachęcić do tego, abyście zechcieli pomóc Alicji. Zwłaszcza, że to wcale nie jest takie trudne. Szczegóły zamieściłam poniżej. 

      Ty również możesz pomóc małej Ali. Jak? Kupując książki dla dzieci! Aukcję książek dziecięcych znajdziecie na FB pod adresem @aukcjaksiazek  Zachęcam do brania udziału w licytacji! Dajmy szansę małej Ali!

      Zajrzyj tutaj: https://www.siepomaga.pl/aukcja-dla-ali

      Zachęcam do wzięcia udziału w aukcji. Uczmy nasze dzieci, że czytanie jest ważne a pomaganie jeszcze ważniejsze!

      Zbiórka jest prowadzona przez fundację Siepomaga. Poniżej link:

      https://www.siepomaga.pl/ratujemy-ale

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „POMÓŻ ALI, KUP KSIĄŻKĘ DLA DZIECI”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 listopada 2018 20:10
  • niedziela, 18 listopada 2018
    • #58. Aleksandra Tyl „Aleja Bzów”

      Osoby, które znają mój gust czytelniczy dobrze wiedzą, że bardzo często sięgam po powieści, w których rozbudowany jest wątek miłosny, a jeśli jeszcze dodatkowo któraś z postaci jest dziennikarką bądź dziennikarzem, to takiej pozycji nie jestem w stanie się oprzeć. Tak też było w przypadku książki autorstwa Aleksandry Tyl pt. „Aleja Bzów”.

      Główną bohaterką tej powieści jest dobiegająca trzydziestki Izabela Wieniawska. Dziewczyna pracuje jako dziennikarka w tygodniku społeczno-kulturalnym „OKO”.

      Mieszka u przyjaciółki i z niecierpliwością oczekuje momentu, kiedy będzie mogła wprowadzić się do własnego mieszkania, które dopiero zaczyna się budować. Jej rodzice rozwiedli się i mieszkają daleko od Warszawy, więc najbliższą dla Izy jest jej babcia, która mieszka w małej miejscowości Skotniki. Iza jest ambitna, wszystko chce wypracować sama, nie lubi gdy ktoś szepce za jej plecami, że to czy owo osiągnęła dzięki znajomościom z wpływowymi osobami.

      Iza podbiła moje serce od razu, czyli w momencie gdy zdecydowała się zaopiekować się psem, którego potrąciła. To feralne zdarzenie zapoczątkowało szereg zmian w życiu sympatycznej dziennikarki. Właścicielem potrąconego zwierzaka jest biznesmen Wiktor Morawski, który wykupił od gminy pałac będący jednocześnie domem, który zamieszkuje babcia Izabeli Wieniawskiej. Oczywiście, jak się domyślacie, przyczynia się tym samym do eksmisji starszej pani.

      Nasza bohaterka, dowiedziawszy się o całym zajściu, obiecuje sobie i babci, że nie dopuści, aby jej babcię wyrzucono na bruk i pozbawiono domu. Podejmuje więc działanie, choć tak naprawdę to czuje się w tym wszystkim strasznie osamotniona. Na szczęście na jej drodze niespodziewanie pojawia się Monika, samotna matka małej Oliwki chorej na serce. Kobiety mocno zaprzyjaźniają się ze sobą. Jak się później okaże Izabela odmieni życie Moniki i jej córeczki. W jaki sposób? Sami się przekonajcie sięgając po książkę spod pióra Aleksandry Tyl.

      „Aleja Bzów” to opowieść wobec, której czytelnik nie może przejść obojętnie. Jest to historia o tym, że z każdej sytuacji jest dobre wyjście i że zawsze po ogromnej burzy z piorunami wychodzi słońce. Autorka porusza na kartach swojej książki tematy, które są bliskie każdemu z nas. Wyścig szczurów, pogoń za karierą, pieniędzmi, problemy w rodzinie, czy intrygi w pracy. Znamy wszyscy te zagadnienia i mamy z nimi do czynienia niemalże każdego dnia, prawda? Tyl ukazuje życie takim jakie ono jest – jego żywe, ciepłe barwy, ale także te ciemne, przytłaczające. Tutaj nie znajdziecie słodzenia tak często obecnego we współczesnych książkach, gdzie miłosny wątek wysuwa się na plan pierwszy. W „Alei Bzów” wszystko jest wyważone, przemyślane. Dodatkowo całość wzbogacają opisy przyrody i miejsc, w których przebywają postaci. Szybko poczujemy klimat zarówno słodkiej prowincji, gdzie wszystko jest proste, jak i wielkiego miasta, gdzie zazdrość i  wyścig szczurów grają pierwsze skrzypce. Który świat wybierzecie, w którym poczujecie się lepiej i będziecie chcieli zostać, to już zależy od Was. Gwarantuję jednak, że ciężko Wam będzie rozstać się z bohaterami tej powieści, bo jest ona niesamowicie wciągająca i wzruszająca.

      Ponieważ pisarka na ostatniej stronie pozostawiła nam niedosyt, bo nie wyjaśniła do końca, jak potoczyły się losy Izy i Wiktora oraz pozostałych osób, to liczę, że niedługo będę mogła zaspokoić swoją ciekawość i dowiem się, co też wydarzy się dalej i jaki będzie finał wątków, które mnie zaciekawiły.

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „#58. Aleksandra Tyl „Aleja Bzów””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 listopada 2018 14:51
  • sobota, 17 listopada 2018
    • #57. „Kuźnia na Rozdrożu” – moje refleksje

      Gdy tylko zauważyłam w bibliotece tytuł „Kuźnia na Rozdrożu” miałam już określone wyobrażenie na temat tej książki. Gdy przeczytałam na okładce, że bohaterką będzie dziennikarką, bardzo się ucieszyłam gdyż lubię książki o dziennikarzach. Niestety, mocno zawiodłam się na tej książce i…znudziłam.

      To opowieść o dziennikarce Adeli, która jest totalnie znudzona swoim dotychczasowym życiem. Po wielu latach małżeństwa dochodzi do wniosku, że popełniła błąd wychodząc za mąż za Mariana. No cóż…zdarza się.

      Jednak gdy bliżej poznałam bohaterkę stwierdziłam, że osobą, która najbardziej powinna chcieć się rozwieść powinien być właśnie Marian.

      Jego żona to zwykła pierdoła i mamla. Nie potrafi cieszyć się z tego, że ma sielankowe życie, niczego jej nie brakuje bo mąż zarabia świetnie. Dla Adeli to za mało. Ona stale wybrzydza. Śni na jawie o cudownym mężu, który będzie spełniał jej wszystkie wybujałe zachcianki.

      Bohaterka, chyba dla zabicia czasu, spotyka się z wróżką, która wciska jej farmazony i gada, to, co akurat tamta chce usłyszeć. Parzy ziółka, po których ciulowata Adela zaczyna nagle widzieć wszystko w rożowych kolorach, robi jej się błogo, tak jakby zażyła maryhę.

      Książka jest przereklamowana zdecydowanie. Na okładce zapewniają czytelnika, że znajdzie w niej humor, magię, tymczasem znalazłam tylko magię, która obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg lub problemy moich sąsiadów.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „#57. „Kuźnia na Rozdrożu” – moje refleksje”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 17 listopada 2018 18:50
  • piątek, 16 listopada 2018
    • #56. „Europejka” Manuela Gretkowska

      O twórczości Manueli Gretkowskiej słyszałam wiele. Złego i dobrego. Jedni mówili, że pisarka ma zbyt wulgarny styl, jej książki są zbyt ociekające seksem, to, co piszę w ogóle nie przypomina literatury. Inni zachwycali się nią i odpierali wcześniej podane przeze mnie zarzuty. Ja siedziałam cicho, bo nie śmiałam wypowiadać się na temat literatury, której zwyczajnie nie znałam. Postanowiłam jednak sama przekonać się, jak to jest z tym pisarstwem Pani Manueli Gretkowskiej.

       Już na początku tego roku sporządziłam sobie listę książek, które chciałabym przeczytać w roku 2012. Wśród tych literackich odkryć znalazła się „Europejka” Manueli Gretkowskiej.

      Cóż…wobec „Europejki” nie można przejść obojętnie. Tak czy siak, wywołuje ona emocje. Sprawia, że człowiek zaczyna zastanawiać się nad pewnymi sprawami, problemami, chociażby tymi poruszanymi w książce. Już po przeczytaniu pierwszych kilku stron książki okazało się, że Gretkowska porusza problemy, które dotykają każdego z nas. Macierzyństwo, partnerstwo, problemy w pracy – to tematy, które omawia szerzej w swojej powieści w formie pamiętnika.

      Manuela Gretkowska pisze dziennik, w którym dzieli się swoimi doświadczeniami, przeżyciami, refleksjami. To właśnie na kartach tej książki podejmuje walkę ze współczesnością, z codziennością, z ludźmi, którzy ją otaczają. Nie rzadko opisuje przeżyte wydarzenia swoistym dla siebie językiem – bezpośrednim, chwilami wulgarnym, bez ogródek. Zapewne niejeden czytelnik, który sięgnął po „Europejkę” nie dotrwał do końca, właśnie z powodu stylu, jakim posługuje się pisarka. Ona jednak robi swoje, nie zrażając się opiniami innych. A są one przeróżne – o czym też informuję nas w swojej książce.

      Mnie styl Manueli Gretkowskiej spodobał się, chociaż nie powiem, że byłam nim zachwycona. Czytając jej zapiski miałam wrażenie, że siedzę z Gretkowską na kawie, patrzymy sobie w oczy i opowiadamy najbardziej intymne szczegóły z życia. Albo raczej ona opowiada mi, a ja wchodzę w rolę spowiednika. Nie powiem, bo z przyjemnością wypełniłam powierzone mi zadanie. I gdyby dzisiaj ktoś poprosił mnie o przeczytanie jakiejkolwiek książki autorstwa Manueli Gretkowskiej, nie zastanawiałabym się. Przeczytałabym kolejne książki.

      Być może zaraz ktoś uzna mnie za masochistkę, albo tą, która nie zna się na literaturze i nie wie, jak odróżnić chłam od perełki literackiej. Trudno! Jestem gotowa wysłuchać podobnej obrazoburczej opinii.

      Książkę przeczytałam w ramach dwóch wyzwań czytelniczych:

      1. „Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę”

      2. Recenzja została napisana w ramach wyzwania czytelniczego ” grudniowa Trójka e-pik”

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „#56. „Europejka” Manuela Gretkowska”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 16 listopada 2018 17:49
  • czwartek, 15 listopada 2018
    • #55. „Klub Matek Swatek” Ewy Stec

      O „Klubie Matek Swatek” Ewy Stec słyszałam już wcześniej. Czytałam kilka recenzji na blogach literackich. Zaciekawiły mnie. Szybko zorientowałam się, że książka wpisuje się w mój czytelniczy gust. Nie przypuszczałam jednak, że kiedyś będzie mi dane ją przeczytać.

      Ewa Stec ma świetne poczucie humoru – jej dowcipy są nienaciągane, subtelne, lekkie. Jest tu w zasadzie wszystko, czego ostatnio było mi trzeba: jest intryga i to całkiem interesująca i nieźle nakreślona, jest element miłosny, na szczęście nie rodem z komedii romantycznych, bo tego już bym nie zniosła.

      Koleżanki w wieku menopauzalnym zakładają dość nietypowy biznes. Mianowicie swatają dzieci swoich koleżanek, obcych kobiet. Wszystko to dzieje się oczywiście w wielkiej tajemnicy przed samymi zainteresowanymi, czytaj: młodymi.

      Pewnego dnia postanawiają, że znajdą (jak to określa autorka) królewicza z bajki, dla Ani. Niestety, nikt nie wziął pod uwagę starej jak świat reguły, że serce nie sługa i dziewczyna już jest zakochana. Zaczynają się pewne problemy. Kobieta zaczyna się interesować mężczyznami, o których Klub nie ma zielonego pojęcia. Co ciekawe, jeden z nich jest dośc podejrzanym typem.

      Tyle o samej akcji. Więcej nie napiszę, bo wtedy byście stracili chęć na przeczytanie tej książki.

      Mogę powiedzieć Wam, że „Klub Matek Swatek” to świetna lektura na zimowe wieczory. Stec doskonale kreśli portret nadopiekuńczej matki. To książka, którą powinna przeczytać matka i córka.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 listopada 2018 18:38
  • wtorek, 13 listopada 2018
    • #54. „Zabójczy spadek uczuć” Gacek&Szczepańska

      Pierwsza książka pisarskiego duetu Katarzyna Gacek – Agnieszka Szczepańska – „Zabójczy spadek uczuć” to atrakcyjny kobiecy kryminał łączący jakby dwa światy – świat miłości i świat kryminalny.

      Najwidoczniej autorki doskonale przewidziały, jaka tematyka pozwoli zaistnieć ich książce najlepiej.

      Zaczyna się banalnie, niemalże jak w kiepskiej komedyjce. Beatka, po uszy zakochana w swoim narzeczonym – nieco antypatycznym Pawle – dostrzega go w kawiarni z atrakcyjną dziewczyną. Przyjaciółka Beatki, Monika, odczuwa do Pawełka niesprecyzowaną niechęć.

      Jako najbardziej trzeźwo myśląca osoba i do tego niezaangażowana uczuciowo może znaleźć rozmaite, kompromitujące Pawełka, materiały. Tylko czy naiwna, głupiutka i omotana przez ukochanego Pawełka Beatka zdoła uwierzyć swojej przyjaciółce?

      Książkę czyta się zadziwiająco dobrze. Przeczytałam w swoim zyciu już wiele książek i zazwyczaj tego typu opowiesci nudziły mnie, sprawiały że odkładałam książkę zanim dobrnęłam do ostatniej strony. W przypadku „Zabójczego spadku uczuć” było zupełnie inaczej. Lektura tej książki sprawiła mi wieką przyjemność, choć przedstawiona historia wcale nie należała do lekkich. Czytałam tę książkę z zapartym tchem.

      Miałam wrażenie, że autorki bardzo dobrze wiedziały co chcą przekazać swoim Czytelnikom, wszystko zostało dokładnie przemyślane. Co więcej, Gacek i Szczepańska konsekwentnie trzymają się tego planu i zbaczają z „drogi”, wprawiając tym samym Czytelników w szał.

      Kolejnym atutem wyżej omawianej książki jest styl, jakim została napisana. Jest on lekki, ale nie banalny. Miałam wrażenie, że panie, które napisały tę książkę, mają ogromny szacunek do odbiorców swojego dzieła.

      Nie ma tutaj mowy o żadnej wpadce gramatycznej, stylistycznej czy jakiejkolwiek. Wszystko zostało podane ze smakiem i gustem. Aż szkoda, że książka tak szybko się skończyła.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 listopada 2018 14:00
  • poniedziałek, 12 listopada 2018
    • #53. Przygoda z Sosnówką

      Maria Ulatowska obecnie przebywa na emeryturze. Studiowała kiedyś prawo i bankowość na SGH. Jednak dopiero będąc na emeryturze zdecydowała się spełnić swoje marzenie o napisaniu książki.

      Anna Towiańska przyjeżdża do niewielkiego miasteczka na Kujawach, aby wreszcie po kilkudziesięciu latach w ręce prawowitych właścicieli powrócił dworek o nazwie „Sosnówka”. Kobieta od razu zjednuje sobie wszystkich ludzi, których spotka. Trzeba dodać, że od razu uważa ich za swoich przyjaciół. Z każdą chwilą spędzoną w Towianach, kobieta utwierdza się w przekonaniu, że chce tu zostać na stałe. Nie przeraża ją nawet fakt, iż dworek potrzebuje gruntownego remontu. Jednocześnie poznajemy historię rodzinną Anny i ich drogę do odzyskania dziedzictwa.

      Celowo napiszę tylko tyle o samej fabule książki. Nie chcę odbierać Wam przyjemności poznawania historii Anny.

      W książce opisane są właściwie dwie historie, które w końcu spajają się w jedną całość. Niestety to jest chyba największy minus pierwszego tomu, czyli „Sosnowego dziedzictwa”. Przyznam się Wam,że miałam trudności w połapaniu się kto jest kto i o co tak naprawdę chodzi w tym całym zamieszaniu.

      Denerwowało mnie to,że raz opisane są bardzo odległe, niemalże zamierzchłe czasy, innym razem zaś autorka sewuje nam historię współczesną. Trochę ten zabieg literacki spowalniał moje czytanie pierwszej części tej opowieści.

      Kolejnym minusem „Sosnowego dziedzictwa” są bohaterowie. Choc może w sumie nie powinnam nazywać tego minusem. Denerwujące było to, że wszystkie postaci, a zwłaszcza Anna Towiańska, są wyidealizowane i przesłodzone.

      Anna jest piękna jak aktorka, bez żadnych mankamentów urody, do tego wszystko potrafi, no złota rączka normalnie. Co ciekawe, ma ona niebywały fart w życiu, wszyscy ją kochają i traktują prawie jak świętość. Dziwne, prawda? Przecież w życiu realnym takie coś jest niemożliwe.

      Język powieści jest prosty i plastyczny, więc nikt nie ma najmniejszego problemu ze zrozumieniem treści fabuły.

      Natomiast „Pensjonat Sosnówka” jest kontynuacją wspomnianego wcześniej „Sosnowego dziedzictwa” i przedstawia swoim czytelnikom dalsze losy Anny Towiańskiej, która zdecydowała się na życie w Sosnówce. Na swojej drodze spotyka ona wielu ciekawych ludzi, którzy skłaniają bohaterkę do wielu przemyśleń. Niektórzy z nich odkrywają tkwiące w ich duszy dobro, inni zaś są takimi od niemalże zawsze. Dzięki temu niezwykłemu miejscu odkrywają oni swoje wielkie pasje, a także poszukują miłości bez względu na to, czy mają dwadzieścia, czterdzieści, czy sześćdziesiąt lat. I pomyśleć tylko, że wszystko to jest zasługą na pozór zwyczajnego pensjonatu, który poprzez swoje niezwykle usposobienie, stał się świątynią dla wszystkich poszukujących równowagi w życiu.

      Zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu druga część tej historii, czyli „Pensjonat Sosnówka”. Momentami miałam nawet łzy w oczach,, gdy czytałam np: wątek Florka, czy uczucia między Anną a Jackiem.

      Z czystym sumieniem mogę polecić Wam obydwie książki. Będą one nadawały się idealnie na długie, zimowe wieczory.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 12 listopada 2018 14:25
  • sobota, 10 listopada 2018
    • #52. „Przewrotność dobra” Jolanty Kwiatkowskiej

      Od kilku tygodni poszukiwałam książki, która mnie poruszy, zmusi do refleksji, skłoni do postawienia sobie kilku ważnych pytań, takiej, od której nie będę mogła się oderwać, i której treść będę pamiętała jeszcze bardzo długo po jej odłożeniu. Znalazłam i się zachwyciłam.

      “Przewrotność dobra” Jolanty Kwiatkowskiej w stu procentach spełniła moje oczekiwania

      Jestem wybredną czytelniczką. Zazwyczaj, zanim wybiorę jakąkolwiek książkę do przeczytania, długo buszuję po bibliotece, przeglądam, analizuję noty wydawnicze, często czytam mnóstwo recenzji na temat danej pozycji po to, by przekonać się czy rzeczywiście jest warta tego, by po nią sięgnąć.

      Bywa tak, że cały ten mój rytuał zawodzi, bo i tak lektura okazuje się kompletną porażką. W przypadku “Przewrotności dobra” było zupełnie odwrotnie. To strzał w dziesiątkę.

      Autorkę Jolantę Kwiatkowską miałam możliwość poznać za pośrednictwem jednego popularnego portalu społecznościowego. Pamiętam, że przeprowadziłam z nią wywiad, który ukazał się także na portalu, który prowadziłam razem z kumplem.

      Pisarka zadebiutowała na rynku wydawniczym w 2009 roku powieścią “Jesienny koktajl”. Jest skromna, tajemnicza, lubi ludzi, analizować ich zachowania.

      “Przewrotność dobra” to psychologiczna opowieść o kobiecie, która cały czas dąży do spełnienia marzeń swoich i innych, będąc przy tym mistrzynią manipulacji.

      Głowna bohaterka wychowuje się w rodzinie, gdzie jest poniżana, szykanowana, wykorzystywana do zaspokajania dziwnych potrzeb jej władczych rodziców. Dziewczyna na każdym kroku słyszy, że jest zła, do niczego nie przydatna, nic nie potrafi, jest jedynie ciężarem dla rodziny. Za to jej brat, Krzysiek, to cudowne, uzdolnione i dobre dziecko, od którego zakompleksiona dziewczyna winna się wszystkiego nauczyć.

      Dorota ciągle chce być dobrym człowiekiem. Rozgraniczając swoje uczynki na dobre i złe, zawsze potrafiła osiągnąć wewnętrzną satysfakcję z dotarcia do celu. Szybko pojęła co zrobić, żeby zadowolić otoczenie, być dobrą, ale jednocześnie dla siebie zaczerpnąć jak najwięcej.

      Fabuła książki przeplatana jest bajką “Calineczka”. Bohaterka porównując swoje życie do tego, które miała bajkowa postać, próbuje wyjaśnić czytelnikom, dlaczego postąpiła tak, a nie inaczej.

      Więcej o samej fabule pisać nie będę, ponieważ nie chciałabym zepsuć Wam przyjemności czytania.

      Jedyna rzecz, do której muszę się przyczepić, to zakończenie. Nie wiem, co właściwie stało się z bohaterką. Umarła? Jeśli tak, to co było przyczyną jej śmierci? To nie jest dla mnie jasne.

      Jolanta Kwiatkowska w specyficzny sposób pisze. Używa krótkich, prostych zdań. Treść podaje w czytelny sposób. Niczego nie ukrywa, a jednocześnie pozwala czytelnikowi samemu pomyśleć, wyciągnąć wnioski z postępowania głównych postaci. Niczego nie narzuca. Taki styl bardzo mi się podoba.

      Nie umęczyłam się czytając tę historię, wręcz przeciwnie. Byłam ciekawa co dalej się wydarzy, czym jeszcze zostanę zaskoczona.

      Akcja ciekawa, postaci wyraziście nakreślone, dialogi mądre. Do tego jeszcze co jakiś czas autorka raczy nas niebanalnymi cytatami. A zatem czego chcieć więcej?

      Ja zostałam literacko zaspokojona w pełni. Dostałam to, czego oczekuję zawsze od dobrej literatury. Z pewnością będę sięgała po kolejne powieści Jolanty Kwiatkowskiej. Są tego warte!

      Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie wydawnictwu Dobra Literatura

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 10 listopada 2018 19:24
  • wtorek, 06 listopada 2018
    • #51. „Solo” Soni Raduńskiej – opowieść o tym, jak kochać życie

      “Solo” Soni Raduńskiej to niezwykle wzruszająca książka o samotności, miłości, bliskości, a przede wszystkim o tym, jak kochać życie – mimo wszystko. To lektura, wobec której nikt nie powinien przejść obojętnie.

      Jesteśmy jak śliwki węgierki wiszące na drzewie w październiku; trochę już podmarznięte, zmarszczone, ale najsłodsze i gęste od treści.[s.21]

      Pierwszy raz o książce Soni Raduńskiej przeczytałam na jednym z portali internetowych. Recenzja od razu mnie zachwyciła i zachęciła do tego, aby sięgnąć po tę lekturę. Nie dlatego, że była ona pozytywna. Spodobało mi się to, że autorka przekonuję nas, że warto podążać za swoimi pragnieniami, że w każdym (obojętnie kim jesteśmy) jest piękno i dobro, tylko trzeba je odnaleźć i umiejętnie wykorzystywać.

      “Solo” napisane jest w formie dziennika, osobistych zapisków dojrzałej kobiety o imieniu Sonia, terapeutki, troskliwej matki, byłej żony, miłośniczki kotów.

      Kobieta skrupulatnie odnotowuje ważne dla niej wydarzenia, te o którymi żyje cały świat, ale także te znane tylko jej. Dzieli się z czytelnikami tym, co niemal każdego dnia zaprząta jej głowę, nie daje spać, tkwi gdzieś głęboko.

      Sonia jest samotna, ale nie robi z tego żadnej tragedii. Wprost przeciwnie – ten stan przynosi jej szczęście. Potrafi czerpać pozornie ze zwykłej, szarej codzienności to, co najpiękniejsze. Nie użala się nad sobą. Żyje w pełni, tak jakby każdy dzień miał być tym ostatnim. I w dodatku umie te spostrzeżenia i refleksje ubrać w piękne słowa, tworząc z nich coś na kształt obrazów, i przekazać odbiorcom. Niby nic takiego, zwykła proza codzienności, ale coś niezwykłego jest w pisarstwie Soni Raduńskiej. Coś, co sprawia, że od śledzenia tych intymnych zapisków nie można się oderwać, bo przyciągają jak magnes. Natomiast główna bohaterka staje się naszą przyjaciółką, kimś z kim chciałoby się usiąść wygodnie, wypić kawę i porozmawiać na każdy temat.

      Na uwagę zasługuje też styl, jakim posługuje się autorka. Jest on poetycki, lekki, zrozumiały. W treść wplecione są również liczne wiersze, wypowiedzi znanych osób oraz cytaty z literatury.

      “Solo” Soni Raduńskiej to przecudowna historia, wobec której nikt nie powinien przejść obojętnie. To dzięki takim powieściom uczymy się dostrzegać to, czego nigdy wcześniej nie zauważaliśmy. Bardziej rozumiemy innych, ale przede wszystkim poznajemy samych siebie, własne wnętrze.

      Gorąco polecam wszystkim książkę Soni Raduńskiej pt: “Solo”. Zapewniam Was, że czas spędzony w towarzystwie tej lektury nie będzie czasem straconym.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 listopada 2018 11:28
  • sobota, 03 listopada 2018
    • #50. Dorota Milli „To jedno lato”

      Uwielbiam chwile gdy pogoda za oknem nie zachęca do wyjścia na zewnątrz, a ja trzymam w ręku książkę, która pochłania mnie bez reszty. Tak właśnie było gdy sięgnęłam po powieść autorstwa Doroty Milli „To jedno lato”.

      Pamiętam, jak buszując po książkowych blogach, natrafiłam na recenzję wyżej wymienionej książki. Już wtedy poczułam, że bardzo chcę zapoznać się z historią spod pióra naszej rodzimej autorki. A że już dawno za cel postawiłam sobie skupienie się na literaturze polskiej (choć zagranicznej też nie omijam) stwierdziłam, że prędzej czy później książka wpadnie w moje ręce. Owo życzenie wysłałam w Wszechświat z wiarą, że kiedyś na pewno się ono zamanifestuje. Zajęłam się swoim życiem i zapomniałam o moim marzeniu.

      I jakież było moje zdziwienie i jednocześnie wielka euforia, gdy mama mojej koleżanki wypożyczyła mi z naszej osiedlowej biblioteki trzy tytuły, w tym TEN upragniony, na który miałam chrapkę. Obawy jednak miałam, czy nie zawiodę się na tej opowieści. Obawy i…strach, czy dam radę ją przeczytać, bowiem liczy sobie ona aż 518 stron a, jak wiecie, nie jestem zwyczajna czytać takich opasłych tomiszczy. Ale poradziłam sobie i niezmiernie się z tego cieszę, bo…było warto!

      Lukrecja Lis zwana Luką ma jeden cel, do którego dąży – upolować bogatego mężczyznę, który by na nią pracował, a ona, dumna jak paw, przechadzałaby się po galeriach handlowych w poszukiwaniu coraz to nowych fatałaszków. I w zasadzie wszystko idzie w dobrą stronę, bo dziewczyna od dwóch lat spotyka się na poważnie z Aleksem, którego rodzice zbijają fortunę w przemyśle farmaceutycznym. Luka liczy, więc naiwnie, że na zbliżającym się przyjęciu u jego rodziców, w końcu usłyszy to pytanie, za którym zdesperowane panny gonią: „Czy zostaniesz moją żoną?” i że na jej palcu zalśni pierścionek z brylantem. Właściwie Aleks niczym nie pociąga Lukrecji – jest gruby, nie ma ambicji, ani talentu, ale ma przecież pieniądze, które dziewczyna stawia na pierwszym miejscu. Jednak los postanowił spłatać jej figla i na owym przyjęciu przyłapuje swojego chłopaka z kelnerką w, jak się domyślacie, sytuacji intymnej. Wtedy to do uszu bohaterki docierają wieści, że niewierny Aleks miał już niejedną taką panienkę, a z Luki robił sobie niewiele, kolokwialnie mówiąc.

      Świat Luki rozpada się na drobniuteńkie kawałeczki. Za namową Florki, swojej przyjaciółki, bierze urlop w pracy i wyjeżdża z zatłoczonej Warszawy do rodzinnego Dźwirzyna. Co tam ją czeka?

      Lukrecja Lis to zadufana w sobie snobka, do tego szalenie wyrachowana i bezczelna. Ona jest najważniejsza. Tylko jej zdanie się liczy. Wszyscy powinni klękać do jej stóp. Na wszystko ma ciętą i niezbyt wyszukaną odpowiedź. Gdy coś się wydarzy, to oczywiście każdy jest winny, tylko nie Lisówna. Od małego dziecka czuła się lepsza od innych i na każdym kroku okazywała swoją wyższość.

      To szalenie denerwująca postać i w zasadzie nie wzbudzająca sympatii. Czy dziewczyna rzeczywiście jest taka, na jaką się kreuje? Skąd w niej tyle jadu i złośliwości? O tym przekonacie się, gdy zapoznacie się z treścią tej książki, do czego serdecznie zachęcam.

      Zapewniam Was jednak, że to jest jedna z tych lektur, które kończą się happy endem, choć po drodze wcale nie jest kolorowo. Tutaj irytacja miesza się ze współczuciem, gorące uczucie, które aż trudno ugasić z chłodem, potokiem łez i ostrymi jak brzytwa słowami. Które emocje wygrają? Kim okaże się  kierowca busa – Hubert? I do czego namówi główną bohaterkę? I najważniejsze – czy którejś z wykreowanych przez Dorotę Milli postaci uda zmienić Lukrecję Lis? Nie odpowiem Wam na te pytania, bo wówczas nie musielibyście zapoznawać się z tą historią. Zamiast tego jeszcze raz powiem, że to jest książka warta uwagi i nie będziecie żałowali poświęconego dla niej czasu. Przyjemna w odbiorze, z mistrzowsko nakreślonymi bohaterami z interesującym rysem psychologicznym, na jej kartach emocje szaleją. Potrzeba Wam jeszcze więcej argumentów? Myślę, że są wystarczające. To wspaniała historia dla każdego, z której wypływa dość wyraziste motto: „Nie sądź nikogo po pozorach, bo mogą Cię wprowadzić w błąd”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 03 listopada 2018 13:05
  • czwartek, 01 listopada 2018
    • #49. Jan Grzegorczyk "Niebo dla akrobaty"

      Na „Niebo dla akrobaty” Jana Grzegorczyka polowałam już od bardzo dawna, jeszcze będąc na stażu w jednej z filii Miejskiej Biblioteki Publicznej we Włocławku.

      Do przeczytania tej książki zachęcił mnie opis umieszczony na okładce przez wydawcę. Bałam się jedynie żebym po lekturze nie czuła rozczarowania, że obiecywano mi coś rewelacyjnego, a nie otrzymałam tego. Na szczęście nie zawiodłam się.

      „Niebo dla akrobaty” to opowieść dająca nadzieję zwłaszcza tym, którzy balansują na granicy życia i śmierci. Przypomina też o tym, że bez względu na status społeczny czy wykształcenie, i tak każdy z nas musi umrzeć. To, coś od czego nie możemy się uchronić.

      Bohaterami opowiadań Jana Grzegorczyka są pielęgniarki, pacjenci i wolontariusze hospicjum. Autor, przedstawiając ich wybory i przemyślenia, daje czytelnikom do myślenia, skłania do głębszej refleksji nad naszym życiem, naszymi decyzjami i nad sensem życia.

      Każde w zawartych w zbiorze opowiadań ma innego narratora, co sprawia, że motyw, cierpienia i śmierci możemy ujrzeć za każdym razem z innej perspektywy. Postaci prezentują często skrajne i nawet kontrowersyjne postawy wobec nieuchronnej śmierci, zarazem prowokując (oczywiście nieświadomie), nas do tego, abyśmy wyrobili sobie swoje własne zdanie na poruszane tematy.

      Według mnie „Niebo dla akrobaty” to świetna lektura, o której nie da się tak szybko zapomnieć, jej treść porusza niemalże do szpiku kości.

      To książka, która prowokuje do samodzielnego myślenia na tematy, które nurtują każdego człowieka, choć ten nie zawsze ma odwagę się do tego przyznać.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 01 listopada 2018 18:06
  • sobota, 27 października 2018
    • #48. Agnieszka Rusin "Miłość w spadku"

       Śmierć zawsze kojarzy się z końcem. Uświadamiamy sobie wtedy, że nic już nie będzie takie samo, nie spędzimy czasu z ukochaną osobą, nie porozmawiamy, nie poprosimy o radę. To smutna chwila. Nie często zdarza się, że odejście kogoś, kto był nam bliskim, staje się początkiem czegoś nowego.

      Tak właśnie dzieje się w życiu trzydziestodwuletniej Mariny Kowalczuk, mieszkanki małej miejscowości na wschodzie Polski.

      Wychowana przez despotyczną matkę i ojca-pantoflarza nigdy nie odważyła się na jakikolwiek sprzeciw czy walkę o siebie, swoje potrzeby. Dzielnie znosiła rozkazy matki-histeryczki, jak również pracę, której szczerze nie cierpiała, i która nie dawała jej żadnej satysfakcji. Wobec Mateusza, czyli swojego narzeczonego, także dziewczyna była uległa. Chłopak nic sobie z niej nie robił, a jej plany i marzenia miał za nic. Ważniejsza dla niego była praca. A zalegalizować ich związek zgodził się tylko dlatego, że …tak wypada.

      Chyba nikt z nas nie  wytrzymałby dłużej kumulacji tylu złych zdarzeń. Ona – Marina-także tego nie wytrzymała i dała temu jasny dowód w kościele, przed ołtarzem, gdzie miała wypowiedzieć sakramentalne „tak” i zostać żoną egocentrycznego mężczyzny, jakim niewątpliwie był Mateusz.

      Nasza bohaterka przed niedoszłym mężem i frustracją własnej matki ucieka nad morze, gdzie z całej siły pragnie rozpocząć nowy, lepszy rozdział w jej życiu. To wcale nie koniec tej wciągającej historii, jaką zaserwowała nam Agnieszka Rusin. To zaledwie początek tego, co mamy na kartach powieści „Miłość w spadku”.

      Książka opublikowana nakładem wydawnictwa Lucky jest ciepłą, mądrą i barwną opowieścią o tym, jak przewrotny potrafi być ludzki los. Ta historia pokazuje nam, że wszystko jest możliwe i że nie warto odkładać swoich pragnień, tych maleńkich i wielkich, na później. Trzeba działać od razu. Iść za głosem serca i nie czekać na lepszą okazję, bo taka szybko może nie nadejść. Albo wcale. Nie należy iść za tłumem, bo to zawsze nas zgubi. Trzeba umieć walczyć o siebie, bo nikt za nas tego nie zrobi.

      Już w pociągu do miasteczka o uroczej nazwie Nadmorskie Marina spotyka Pawła – swoją dawną miłość, który wywołuje w jej myślach i sercu nie lada zamieszanie. On pochodzi z bogatej rodziny, jedynak, porzucił Marinę, bo wybrał wyjazd do Warszawy, oczywiście pod wpływem rodziców. Trzydziestodwulatka długo musiała leczyć złamane serce. Ten jednak nieustannie zapewnia, że ją kochał i kocha nada. Mimo to, główna bohaterka nie potrafi mu zaufać. Stawia pewien warunek decyduje się jednak, że zamieszka na trochę u Pawła dopóki nie znajdzie pracy i ciekawszego lokum. Jaki to warunek? Czy Marina będzie umiała znowu zaufać  temu mężczyźnie?

      Wreszcie kierowana przez jedną z mieszkanek nadmorskiej miejscowości, zdesperowana Marina trafia do domu na skarpie, gdzie poszukiwana jest akurat opiekunka dla starszej pani. Córka owej kobiety twierdzi, że jej matka musi (!!) mieć towarzystwo, a ona jej tego dać nie może. Fakt ten sprawia, że 32-latka zostaje zatrudniona mimo że nie posiada żadnego doświadczenia w tym fachu. Pani Rozalia okazuje się być dość dziwną kobietą, trudno do niej dotrzeć. Ponadto, później wychodzi na jaw, że starsza pani skrywa pewną tajemnicę, której nie chce wyjawić. Czy w końcu kobietom uda się nawiązać nic porozumienia? Co z tego wyniknie? Co zawiera pamiętnik, który Rozalia ofiaruje Marinie?

      Niestety, nic nie może wiecznie trwać. Zwłaszcza nasze życie. Podopieczna Mariny umiera i zostawia testament, a w nim specyficzną prośbę, która wstrząśnie wszystkimi postaciami z tej książki i doprowadzi do wielu zmian. Jakie one będą? Czy urocza i trochę dotąd nieporadna Marina będzie wreszcie szczęśliwa i odzyska spokój? Co zrobi z pamiętnikiem, który otrzymała od Rozalii? Pytania nie kończą się. Wręcz przeciwnie – jest ich coraz więcej, aż do finału tej historii. Jeśli chcecie wiedzieć, jaki on będzie, koniecznie przeczytajcie książkę autorstwa Agnieszki Rusin „Miłość w spadku”.

      Tylko proszę, nie sugerujcie się tytułem. Bo chociaż lektura jest o miłości, to zapewniam Was, że tematów poruszanych przez pisarkę, jest znacznie więcej. Zagwarantować mogę, że podczas czytania nie będziecie się nudzić i że całość wciągnie Was maksymalnie. Dodatkowo, uspokajam Was, że brakuje tu lukru, tak mocno wylewającego się ze współczesnych historii miłosnych. Rusin ukazuje rzeczywistość taką, jaka jest. Bez zbędnego słodzenia i zamydlania czytelnikom oczu.

      Moim zdaniem to doskonała książka na jesienno-zimowe wieczory. Jeśli szukacie pozycji , która Was poruszy, zaintryguje, to nie zastanawiajcie się dłużej i sięgnijcie po polecaną przeze mnie powieść. Miłej lektury! Mam nadzieję, że po jej przeczytaniu, zechcecie podzielić się ze mną wrażeniami. Gorąco do tego zachęcam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 27 października 2018 19:40
  • poniedziałek, 22 października 2018
    • #47. Denise Hunter "Tylko pocałunek"

      Plany Rileya Callahana, aby wyznać swojej przyjaciółce długo skrywane uczucie, rozsypują się, gdy Afganistan drastycznie zmienia jego życie.

      Riley wolał obóz szkoleniowy w armii niż przyglądanie się, jak wyśniona dziewczyna zakochuje się w jego bracie. Po roku Paige jest już wolna, a Riley decyduje się po powrocie zdobyć jej serce.

      Wszystko to jednak rozpada się, gdy wybuch miny czyni z niego kalekę na całe życie. Nagle Paige staje się nieosiągalnym marzeniem – ponieważ jego zdaniem zasługuje na coś więcej niż inwalidę. Riley postanawia się wycofać, aby nie niszczyć życia jej ani sobie.

      Tymczasem okazuje się, że okres rekonwalescencji musi spędzić w domu Paige. Dziewczyna z radością bierze na siebie opiekę nad swoim serdecznym przyjacielem. Riley niewiarygodnie szybko zaczyna funkcjonować samodzielnie, lecz im więcej czasu upływa, tym bardziej widać, że żarty i uśmiech są przykrywką dla udręczonej duszy.

      Mijają tygodnie i uczucia Paige zaczynają się zmieniać. Czyżby nieświadomie poszukiwała zamiennika dla nieudanego związku ze starszym Callahanem? (Notka wydawnicza)

      Paige to atrakcyjna dziewczyna, wokół której kręci się od zawsze wielu chłopców.  Kocha zwierzęta, dlatego nie chce by zamknięto schronisko, które od pewnego czasu prowadzi.

      Jej przyjacielem jest Riley. Dziewczyna uważa, że zna go jak nikt inny. Jednak nie zauważa, że chłopak kocha ją całym sercem. 

      Riley to przystojniak. Kiedyś poławiacz homarów. Kiedy Paige wiąże się z jego bratem, bohater wyjeżdża  na wojnę do Afganistanu.  Po powrocie niestety nie jest już tym samym Riley'em co kiedyś.  Zarówno psychicznie, jak i fizycznie, bo amputowano mu nogę.  Wraca do domu pełen kompleksów i obaw. Paige podejmuje ryzykowną decyzję, że się nim zaopiekuje. 

      Książka nie należy do bardzo ambitnych. To trzeba powiedzieć od razu. Ale nie zmienia to faktu, że to lektura całkiem przyjemna i dająca do myślenia dosyć mocno. 

      Jeśli myślicie, że mamy tutaj przedstawioną słodką opowieść o parze zakochanych, to jesteście w błędzie. Mamy tu zaserwowany kawał dobrej historii o dwójce młodych ludzi, o ich słabościach, marzeniach, o walce o siebie, o urzeczywistnienie swoich pragnień. 

      Zachwycił mnie także język, jakim posługuje się pisarka. Jest bardzo plastyczny. Czytając powieść, mamy wrażenie, jakbyśmy podążali tymi samymi ścieżkami co postaci z tej książki. To niewątpliwie udany zabieg literacki. 

      Serdecznie polecam wszystkim tę lekturę. 

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 października 2018 20:46

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

  • Literatura polska

  • Literatura zagraniczna

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa