Z książką przez życie

Wpisy

  • środa, 02 maja 2018
    • #32. Diane Chamberlain „Prawo matki”

       Dużo dobrego słyszałam o powieściach autorstwa Diane Chamberlain. Dlatego gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce książkę spod jej pióra postanowiłam sprawdzić, czy i mnie spodoba się to, co serwuje  autorka.

      Głównym bohaterem jest Andy Lockwood. Chłopak cierpi na zespół alkoholowy płodu tzw. FASD. Nie myśli tak, jak jego zdrowi rówieśnicy. Nie zawsze wie, jak ma się zachować, często mówi bezmyślnie to, co mu ślina na język przyniesie. Jego matka, Laurel, nie może wybaczyć sobie, że piła podczas ciąży i teraz jej synek jest taki, a nie inny. Gdy chłopiec się urodził, został oddany do rodziny zastępczej. Do matki wrócił dopiero rok później, gdy ta, po odbyciu odwyku alkoholowego, była już zdolna do opieki nad dzieckiem. Teraz stara się wynagrodzić synowi wszystko. Przesadnie się o niego troszczy i jest wręcz nadopiekuńcza. Laurel ma jeszcze starszą córkę, Maggie. Znacznie bardziej dojrzałą od Andy’ego.

      Pewnego dnia Laurel postanawia wypuścić swojego syna na zamkniętą zabawę w pobliskim kościele. Po jakimś czasie przychodzi wiadomość, że w miejscu, gdzie miała odbyć się impreza dla nastolatków, wybuchł pożar. Jest wielu rannych. Jednak piętnastolatek nie ucierpiał. Wręcz przeciwnie –pomaga wydostać się z płonącego kościoła swoim kolegom i koleżankom. To wszystko sprawia, że miejscowi nazywają go bohaterem.

      Ta sielanka nie trwa niestety długo. Wkrótce okazuje się, że całe zajście nie było nieszczęśliwym wypadkiem. Policja podejrzewa, że to podpalenie i zaczyna się szczególnie interesować rodziną Lockwoodów. Kto jest głównym podejrzanym?

      W powieści mamy przedstawione przede wszystkim losy Laurel. Poznajemy ją w momencie, gdy wychowuje dwójkę dzieci. Ale autorka nie skupia się jedynie na teraźniejszości, bowiem wraca również do tego, co działo się z kobietą wcześniej. Mamy okazję przekonać się, jak poznała Jamie’ego, dowiadujemy się, że cierpiała na depresję poporodową, a potem stała się alkoholiczką. Szczerze mówiąc bardzo irytował mnie ten zabieg retrospekcji. Nie znoszę książek, w których raz ukazana jest przeszłość i to dość obszernie, a potem nagle pisarka lub pisarz przenosi nas do czasu teraźniejszego. Nie potrafię skupić się wówczas nad akcją, gubię się.

      Zdecydowanie bardziej zainteresowałam się akcją, gdy urodziła się Maggie. Zmagania z depresją poporodową, trudy macierzyństwa, a nawet wręcz brak instynktu macierzyńskiego – te tematy wydały mi się bliższe i ciekawsze.

      Mamy w tej książce też wątek kryminalny, gdyż cały czas zastanawiamy się wraz z jedną z postaci, którą jest Marcus, kto też podpalił kościół.

      W „Prawie matki” autorka pokazuje jak wiele rodzice są w stanie zrobić dla własnego dziecka. Nie ma większej miłości niż matczyna.

      Mimo że Diane Chamberlain poruszyła wiele interesujących tematów, stworzyła niebanalne postaci, starała się połączyć różne wątki – obyczajowy z kryminalnym, co lubię, to ta książka nie zachwyciła mnie i nie powaliła na kolana. Wolę czytać powieści, gdzie wydarzenia przedstawione są z perspektywy jednego bohatera. Poza tym, nie podobał mi się sposób narracji. Jakoś całość była dla mnie strasznie chaotyczna i zagmatwana.

      Kiedyś zapisałam sobie w notesie kilka tytułów książek autorstwa Chamberlain, bo nawet miałam ochotę po nie sięgnąć. Dzisiaj, po zapoznaniu się z prozą tej pisarki stwierdzam, że powinnam porzucić swoje plany i zacząć rozglądać się za powieściami innych autorów. Wtedy może nie będę miała poczucia, że czas spędzony z książką, był stracony i mogłam spożytkować go w zupełnie inny sposób lub z zupełnie inną pozycją w dłoni. Niestety, w tym przypadku towarzyszy mi taka myśl.

      Jeżeli ktoś z Was ma chęć zapoznać się z „Prawem matki” – nie zabraniam, a tym bardziej nie odradzam. Spróbujcie i wyróbcie sobie swoje zdanie. Może akurat Wy znajdziecie w tej historii coś, co Was poruszy i zachwyci. Tego Wam życzę!

       

  • wtorek, 01 maja 2018
    • #31. „Chustka” nauczy Cię żyć

      Z „Chustką” a raczej z blogiem Joanny Sałygi miałam możliwość zapoznać się jakieś półtora roku temu. Od tamtej pory nie potrafiłam przestać myśleć o tej historii. Gdy dowiedziałam się, że zostanie ona spisana w formie książki, obiecałam sobie, że koniecznie ją przeczytam. Udało się!

       

      Jeśli ktoś spytałby mnie, żebym w kilku słowach lub zdaniach szybko opisała o czym jest ta książka powiedziałabym, że to historia umierania, heroicznej walki o życie, o każdą godzinę, minutę i sekundę. Jednak ta definicja tylko połowicznie jest prawdziwa. Ona nie oddaje w pełni, jeżeli w ogóle oddaje, treści, tego, z czym czytelnicy stykają się podczas lektury. „Chustka” to prawdziwy i bezpośredni zapis zmagań z chorobą trzydziestokilkuletniej kobiety, przeplatany ogromną miłością do kilkuletniego synka, męża, a przede wszystkim do życia, które przecież niebawem może się skończyć. Joanna nie skupia się na tym. Ona smakuje chwile, które jeszcze jej zostały. I gdzieś podświadomie cały czas wierzy, że pokona raka, zobaczy jak jej ukochany synek dorasta, z podlotka stopniowo staje się mężczyzną. Marzy, że kiedyś zatańczy na jego weselu…

      Joanna Sałyga nie rozczula się nad sobą, nie częstuje nas patosem, jaki zazwyczaj towarzyszy odchodzeniu. Nic z tych rzeczy. Jest po prostu szczera, często do bólu własnego, a także naszego, czyli czytających książkę. Dzieje się tak chociażby w chwili, gdy pisze list do syna. To czysta, niczym nie skażona miłość matczyna. Ten list jest tak intymny i osobisty, że chwilami zastanawiałam się, czy aby na pewno powinnam się z nim zapoznawać. Po kilku minutach doszłam do wniosku, że „Chustka” (bo tak też nazywano Joannę) publikując swoje intymne notatki na blogu ma pełną świadomość, że przeczytają je tysiące, a może i więcej osób. Warto dodać, że stronę Joanny odwiedzały i odwiedzają do tej pory, bo zostawiła ona po sobie swoiste świadectwo, tłumy internautów. Aż trudno ich zliczyć.

      Wracając znów do pytania, o czym jest ta historia…z całą pewnością mogę przyznać, że to jedna wielka apoteoza życia. To piękny poradnik, jak cieszyć się z drobnostek. O tym, że nie powinniśmy czekać aż w naszym życiu wydarzy się coś spektakularnego i wtedy dopiero być szczęśliwym. Nie! Mamy być szczęśliwi TU I TERAZ! Bo przecież za moment wszystko może pęknąć i wtedy nie będzie już niczego. Dlatego powinniśmy czerpać garściami to, co otrzymujemy od losu. I być nieustannie wdzięczni, o czym wielokrotnie pisałam tutaj w swoich felietonach.

      Nasza bohaterka w zaskakujący i dla nas trochę nietypowy sposób pokazuje nam, że odczuwanie radości jest naprawdę proste, tylko trzeba tego chcieć i przestać wiecznie narzekać. Bo ona nie marudzi, nie stęka, a jeśli już, to robi to tylko wtedy, kiedy ból jest nie do wytrzymania.

      Na mnie ta opowieść zrobiła przeogromne wrażenie, a przede wszystkim wiele mnie nauczyła. Staram się wcielić w moje życie to, co chciała pokazać swoją postawą i zachowaniem Joasia. Myślę, że właśnie takie jest przesłanie tej opowieści, by nauczyć się żyć.

      Blogowe notatki Joanny Sałygi ukazały się dzięki Wydawnictwu Znak.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 maja 2018 19:26
  • poniedziałek, 30 kwietnia 2018
    • #30. Aneta Rzepka „Miseczka szczęścia” – recenzja

      W życiu na każdego czeka nie tylko wiadro porażek, ale też miseczka szczęścia. Trzeba ją tylko odnaleźć. To cytat z książki Anety Rzepki „Miseczka szczęścia”. Opowieści, przy której odpoczniecie i zrelaksujecie się.

      Przeważnie, jak pojawiam się w osiedlowej bibliotece, to doskonale wiem co chciałabym przeczytać. Mam swój sekretny zeszycik, w którym spisuję tytuły interesujących mnie książek. Ostatnio zjawiłam się bez kajetu. Nie miałam sprecyzowanych planów czytelniczych. Pragnęłam tylko oddać się jakiejś miłej lekturze o miłości, przyjaźni, niezbyt wymagającej ale i nie głupiej. Pani bibliotekarka, wysłuchawszy moich kryteriów, szybko pobiegła do jednego z regałów i przyniosła mi książkę „Miseczka szczęścia” autorstwa Anety Rzepki. Spojrzałam na okładkę i uśmiechnęłam się, bo czułam, że to jest to, czego wówczas szukałam. I Bogu dzięki nie myliłam się ani trochę.

      Zanim przejdę do recenzowania, chcę napisać jeszcze, że uwielbiam, gdy w książkach splecionych jest kilka wątków, np: miłosny, sensacyjny, komediowy, itd.  Słowem – w jednej historii czytelnicy znajdują coś dla siebie. Jesteśmy różni i każdy z nas lubi co innego. Powieści (nawet te o mniejszej objętości) są według mnie wtedy pełniejsze. I ogromnie się cieszę i jestem usatysfakcjonowana, jako czytelniczka, że autorka zaserwowała mi taką opowieść.

      Jest to przede wszystkim doskonała propozycja dla osób, które szukają w literaturze miłości niebanalnej, chcą pomarzyć, oderwać się na jakiś czas od codzienności, poprzeżywać to samo, co bohaterzy.

      Życie Patrycji nie jest łatwe. Boryka się ona z różnymi problemami. Dziewczyna ciężko pracuje, chce wyjść ze skomplikowanej sytuacji rodzinnej, uwolnić się od matki alkoholiczki, wiecznie potrzebującej pieniędzy. Zależy jej na samodzielności, niezależności i życiu na własny rachunek. Czy uda się jej osiągnąć ten cel?

      Patrycja nie wierzy w siebie. Jest osobą zakompleksioną. Wierzy, że już nic dobrego w jej życiu się nie zdarzy, że wszyscy zasługują na wspaniałego mężczyznę, ale nie ona. Jest pewna, że nie spotka miłości życia. A może i na nią szczęście czeka za rogiem? Jak zareaguje bohaterka, gdy los postawi przed nią przystojnego, ale mocno poturbowanego życiowo Radka? Czy tych dwoje da sobie szansę na związek, mimo tajemnic ukrytych głęboko w sercach?

      Poznajemy także Renatę, matkę słodkich bliźniaczek. Kobieta znosiła wiele lat upokorzenia, cierpienia, doświadczała przemocy ze strony męża. Długo milczała, była ofiarą. Lecz któregoś dnia postanowiła, że zakończy tę gehennę i zacznie bezpiecznie żyć bez małżonka. Na szczęście stabilizację zawodową nie czeka długo, bowiem znajduję dobrze płatną pracę. W sferze uczuć też czekają zmiany, których nawet się nie spodziewa. Miejsce byłego męża zajmuje ktoś nowy. Ów człowiek dostarczy Renacie ogrom emocji. Czy Piotr jest osobą godną zaufania? Co łączy Renatę z Radkiem, chłopakiem Patrycji? Jak będą układały sie relacje kobiet? Nie mogę i nie chcę odpowiadać na te pytania. Odpowiedzi poznacie, gdy sięgniecie po „Miseczkę szczęścia”.

      Nie żałuję czasu spędzonego z tą książką, wręcz przeciwnie. Gdybym mogła, chętnie przeczytałabym ją po raz kolejny. Nie ma w niej przekłamania, lukrowania, tak charakterystycznego dla tego typu powieści. Czytelnik ma wrażenie, że wszystko jest na miejscu, harmonizuje ze sobą, akcja toczy się w zawrotnym tempie i, co najważniejsze, dla wielu moli książkowych, treść nie jest przewidywalna. Książka zasługuje na uwagę.

      Dodatkowy atut to przesłanie płynące z tej opowieści. Jego treść przytoczyłam już na samym początku tego tekstu. Wszyscy, bez względu na wykształcenie, pochodzenie, sytuację materialną, zasługujemy na szczęście, miłość, szacunek. Nigdy nie powinniśmy tracić nadziei i mówić, że to nie dla mnie, już wszystko stracone. Nieprawda! Dzisiaj jest tak, ale za chwilkę może być zupełnie inaczej, lepiej. Warto otworzyć drzwi nieznanemu. Gorąco polecam!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 kwietnia 2018 20:25
  • wtorek, 24 kwietnia 2018
    • #29. Mila Rudnik "Miłość przychodzi z deszczem"

      Łatwo wpaść w pajęczynę kłamstw. Jeśli raz skłamiemy, nie możemy przestać. Czy zawsze nam się to opłaca? 

       

      W fabułę debiutanckiej powieści "Miłość przychodzi z deszczem" Mili Rudnik wpisane jest kłamstwo. To w zasadzie główny motyw tej książki. Ono łączy i jednocześnie dzieli bohaterów. 

      Marek i Marcin to bracia. Jednojajowi bliźniacy. Podobni do siebie jak dwie krople wody, identyczni. Marcin jest żonaty, Marek wolny. Ten pierwszy pragnie zostać ojcem, ale niestety jest to niemożliwe. Mężczyzna jest tak zdesperowany, że w jego głowie rodzi się pomysł. Szalony. Rzekłabym nawet, że chory i szatański. Ma on być lekiem na małżeńskie problemy oraz plastrem na wszystkie wewnętrzne rozterki. By spełnić swoje marzenie, Marcin posuwa się do szantażu.  Nad rodziny Marka i Marcina nadciągają złowrogie, burzowe chmury. Czy obejdzie się bez grzmotów?

      To nie jest lukrowana opowieść o losach rodziny. To dramatyczna historia, pełna przykrych niespodzianek, nagłych zwrotów akcji. Tutaj nic nie jest pod kontrolą, a wręcz przeciwnie - szybko się spod niej wymyka. Autorka pokazuje, że każda nasza decyzja powinna być bardzo dokładnie przemyślana, bo w przeciwnym razie cena, jaką przyjdzie nam płacić, będzie naprawdę wysoka. Może nawet za wysoka dla niektórych. 

      Lektura zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie potrafiłam się od niej oderwać, bo byłam ciekawa, co dalej się wydarzy, jakie będą konsekwencje postępowania braci. Czasami miałam ochotę wydać ocenę o danej postaci, ale gdy zagłębiłam się w treść, przeczytałam kilka stron więcej stwierdziłam, że to nie miałoby najmniejszego sensu. Poza tym, tutaj trudno wydawać opinię o kimkolwiek. Myślę, że byłoby to niezwykle krzywdzące.Pisarka w mistrzowski sposób uzmysławia, że w życie, czy tego chcemy czy nie, jest przewrotne, potrafi płatać nam figle i ukazywać przed nami najróżniejsze swe odcienie. 

      "Miłość przychodzi z deszczem" to piękna i mądra książka dla ludzi o wrażliwym sercu. Akcja toczy się w dwóch przestrzeniach czasowych i ani na chwilę nie zwalnia. Postaci wykreowane przez Rudnik są realistyczne i wyraziste. 

      Serdecznie polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią trudne powieści, dające do myślenia. 

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „#29. Mila Rudnik "Miłość przychodzi z deszczem"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 kwietnia 2018 19:08
  • czwartek, 19 kwietnia 2018
  • wtorek, 17 kwietnia 2018
    • #28. „Płatki na wietrze” Virginia C.Andrews

      Gdy sięgnęłam po pierwszy tom cyklu V.C. Andrews nie sądziłam, że „Kwiaty na poddaszu” zrobią na mnie az takie wrażenie. Wiedziałam, że będzie to książka o nietypowej tematyce, a ja takową uwielbiam. Lubię książki poruszające tematy tabu.

      Nie mogłam się oprzeć. Musiałam szybko zapoznać się z dalszymi losami rodzeństwa Dollangagerów.

      Po tragicznej śmierci najmłodszego członka rodziny, Chris i Cathy podejmują decyzje o ucieczce z poddasza. Realizacja tego planu zajmuje im wiele miesięcy, w trakcie których przygotowują się na każdą ewentualność. Gromadzenie środków zajmuje im sporo czasu, jednak żadne z nich się nie poddaje, tylko cierpliwie wyczekują chwili, której będzie im dane spełnić swoje marzenia. W końcu ich prośby zostają spełnione i rodzeństwo oddala się od miejsca, które przez wiele lat stanowiło dla nich prawdziwe więzienie. Z każdą kolejną chwilą znajdują się coraz bliżej miasta, z którym wiążą ogromne nadzieje. Niestety w trakcie jazdy autobusem, młodsza siostra nastolatków dostaje dość poważnego ataku i czym prędzej musi znaleźć się pod fachową opieką. Dollangangerom pomaga w tym czarnoskóra kobieta, która okazują się być gospodynią w domu dr Sheffielda. Mężczyzna bardzo szybko nawiązuje kontakt z nieufnym rodzeństwem i daje im poczucie bezpieczeństwa, o którym do tej pory mogli tylko pomarzyć.

      „Płatki na wietrze” to świetna opowieść, która porusza wiele problemów. Jest tutaj wątek kobiety, która nade wszystko kocha pieniądze i zrobi dla nich wszystko – dosłownie. Jest także ukazane do czego może prowadzić nadmierny luksus. Jest też motyw zastraszenia.

      Chyba najlepiej w tej książce jednak podobał mi się motyw miłości brata do siostry, ale jest ona tutaj przedstawiona w bardzo nietypowy sposób. W jaki? To już musicie sami przekonać się sięgając po „Płatki na wietrze”.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 kwietnia 2018 20:52
  • poniedziałek, 16 kwietnia 2018
    • #27. Kwiaty na poddaszu Virginii C. Andrews

      „Kwiaty na poddaszu” to historia pewnej, z pozoru zwykłej, rodziny. Piękna mamusia, kochający i scalający rodzinę w całość tatuś i czwórka słodkich dzieciaczków: Chris, Cathy i bliźniaki – Cory i Carrie. Żyją sobie sielankowo, nie są bogaci, ale to jakoś nie spędza im snu z powiek za bardzo.

      Niestety, nic nie może wiecznie trwać. Sielanka kończy się także. Ukochany tatuś ginie w tragicznych okolicznościach, a matka jest życiową niedorajdą i nie potrafi poradzić sobie z utrzymaniem rodziny po śmierci męża. Postanawia wrócić do rodziców, którzy mają forsy jak lodu i żyją w ogromnym domu.

      Jest jednak pewien problem – w momencie ślubu została wydziedziczona i musi się bardzo postarać, żeby ojciec przyjął ją z powrotem. W dodatku stary ojciec nigdy nie ma pojęcia o istnieniu dzieci i nie zanosi się na to, że mógłby je zaakceptować. Matka wraz z oschłą babką postanawiają więc ukryć dzieci w jednym z licznych pokoi do czasu, aż dziadek wybaczy ich całej rodzinie. Początkowo ma to być tylko kilka dni…

      „Kwiaty na poddaszu” to okrutna i przerażająca baśń, ale za to strasznie wciągająca.

      Dzieci mają dostęp do ogromnego strychu i to on tak naprawdę staje się ich jedynym kątem, gdzie mogą przebywać, rozmawiać ze sobą i jakoś egzystować. Są odizolowane od świata. Nikt nie może ich odwiedzać, jedynie stara, bezwzględna i okrutna babka i równie wstrętna (jak się później okazuje) matka, która okłamuje swoje pociechy.

      W dodatku oni sami zaczynają dostrzegać dziwne zmiany w swoim zachowaniu. Zwłaszcza dotyczy to najstarszej dwójki. Dorastają, ich ciała się zmieniają. Muszą też coraz częściej pełnić rolę rodziców wobec bliźniaków, które powoli zapominają o innym życiu. Brat z siostrą niebezpiecznie zbliżają się do siebie…

      Narratorką jest Cathy, jedna z bohaterek. To jej głosu słuchamy, jej zwierzenia (nawet te najintymniejsze) czytamy na kartach powieści. Ona opowiada nam co przeżywała na poddaszu wraz z rodzeństwem. Wszystko to okropnie przeraża Czytelników.

      Trzeba podkreślić, że postaci wykreowane przez autorkę są wyraziste, ciekawe, dostarczają czytelnikom wielu wrażeń i emocji. Tutaj bohaterów można podzielić na tych dobrych, którzy niosą ukojenie oraz na tych zlych, których najchętniej wtrąciloby się do piekła albo od razu zabiło za ich wredne i nieludzkie postępowanie.

      Uprzedzę Was, że historia opowiedziana przez Andrews kończy się dobrze, ale ma swój ciąg dalszy w innych tomach. Ja jestem pewna, że sięgnę po następne i zobaczę co wydarzy się w życiu postaci przedstawionych w tomie pierwszym.

      Jeśli ktoś z Was czytając tą moją recenzję jeszcze nie odpowiedział sobie zdecydowanie na pytanie „czy przeczytać tę książkę”, to podpowiem Wam – przeczytać koniecznie. Tylko ostrzegam – książka jest gruba. Jednak czyta się ją bardzo szybko, druk jest dobry. Akcja zarysowana wyraziście, szybko się toczy. Polecam wszystkim!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 kwietnia 2018 18:00
  • sobota, 14 kwietnia 2018
    • #26. „Pierwszy raz” Joy Fielding

       Joy Fielding jest autorką takich powieści jak „Laleczka”, „Grand Avenue”, „Ta druga” i „W pajęczej sieci”. Tą ostatnią książkę miałam okazję już kiedyś przeczytać, pamiętam nawer, że recenzowałam Wam ją na blogu. Polowałam w bibliotece na nią dość długo, ale w końcu udało się i przyznac muszę, że byłam zachwycona, tym co napisała autorka.

      Tym razem w moje ręce trafiła powieść „Pierwszy raz” Joy Fielding. I co? Znowu się nie zawiodłam. Wprost przeciwnie! Sądzę, że jest to jedna z lepszych książek, jakie ostatnio było mi dane przeczytać.

      Książka opisuje relacje pewnego, pozornie udanego małżeństwa z szesnastoletnim stażem. Mattie i Jake żyją sobie jak początek w maśle.Mają wymarzoną pracę, szesnastoletnią córkę, piękny dom. Można powiedzieć: żyć nie umierać. Jednak to tylko pozory sielanki. Za tym wszystkim, a raczej pod tym wszystkim kryją się problemy: zdrady Jake’a, samotne noce Marthy zwanej Mattie, zagubienie ich córki Kim oraz brak ciepłych i normalnych relacji pomiędzy członkami rodziny.

      Po kolejnej awanturze w domu Jake postanawia skończyć z tą domową farsą i wreszcie zamieszkać z kochanką. I wtedy wydarzy się coś, co zmieni na zawsze życie tej rodziny. Coś, co zbliży ich do siebie. Wtedy po raz pierwszy małżonkowie poczują, że są naprawdę bliscy sobie.

      Sytuacja, w której zostaną postawieni, pomoże pokonać im lęki przeszłości (trudnego dzieciństwa) i stawić czoło trudnej przyszłości. Jake i Mattie odnajdą w sobiewielkie pokłady siły a ich relacje będą trwalsze niż kiedykolwiek. Los jednak nie będzie dla nich łaskawy, bo mimo wszystko, z zaistniałej sytuacji nie ma wyjścia…

       W treść tej książki doskonale wpisuje się prawda Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Po lekturze powieści dochodzimy do wniosku, że trzeba cieszyć się każdym dniem, że nie warto drzeć kotów o byle co.

      Nie jest to lektura łatwa, bo dotyka trudnego tematu. Polecam ją jednak wszystkim tym, którzy pragną zatrzymać się chociaż na moment. Zapewniam Was, moi drodzy Czytelnicy, że naprawdę warto!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 14 kwietnia 2018 11:43
  • wtorek, 10 kwietnia 2018
    • #25. „Pod słońcem Toskanii” Frances Mayes – recenzja

       Gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce książkę "Pod słońcem Toskanii" bardzo się ucieszyłam, bowiem bardzo lubię film o tym samym tytule. Jest on moim ulubionym. Jednak czy lektura spełniła moje oczekiwania czytelnicze i okazała się tak samo świetna jak film?

      Pod słońcem Toskanii” autorstwa Frances Mayes to powieść w formie pamiętnika, która opisuje perypetie pary Amerykanów po ich przeprowadzce do Italii.

      Pod słońcem Toskanii” najogólniej rzecz ujmując to pamiętnik opisujący zmagania pary Amerykanów, ktorzy postanawiają przeprowadzić się do Italii.

      Narratorką jest czterdziestokilkuletnia Frances – kobieta pogodna, szczera i bezpośrednia.

      Pisarka snuje opowieść o przygodach w Toskanii, a także o tym, co spotkało ją w życiu zanim wyruszyła w swoją podróż. Mocno doświadczona przez los, zaleczyła rany po nieudanym małżeństwie, spotkała nową miłość i dostała pracę, która ją satysfakcjonuje. Wydaje się, że bohaterka ma już wszystko to, co może uczynić ją szczęśliwą i spełnioną. Niestety, Frances w głębi duszy czuje, że do pełni szczęścia jeszcze czegoś jej brakuje. Podczas jednej ze swoich podroży do Włoch kobieta odnajduje odpowiedź na nurtujące ją pytanie. Zauroczona Toskanią podejmuje nagłą decyzję, że właśnie tu chce się osiedlić.

      W samym sercu Val di Chiana znajduje dom z jej marzeń. Przekonana co do słuszności własnego pomysłu, kupuje starą posiadłość i postanawia ją wyremontować.

      Początkowo Frances jest bardzo poirytowana tym, że budowa przedłuża się w nieskończoność. Jednak trwa w swoim postanowieniu.

      Co jeszcze robi Frances w Italii? Sadzi warzywa, zrywa zioła i cały czas gotuje przeróżne włoskie potrawy i co najważniejsze angażuje się w to zajęcie bardzo. Moim zdaniem za bardzo. Gdy czytałam tą książkę miałam wrażenie, że bohaterka chce zarazić swoją pasją wszystkich czytelników. Prawie na każdej stronie z przesadną dokładnością podaje przepisy na dania, ktore udaje jej się przyrządzić. Nie raz i nie dwa miałam wrażenie, że pomyliłam półki w bibliotece i że wypożyczyłam zamiast interesującej książki obyczajowej, wielką księgę kucharską.

      Przyznam szczerze, że książka mocno mnie rozczarowała. Liczyłam, że przeczytam optymistyczną opowieść o moim ulubionym zakątku na Ziemii, jakim są Włochy, a tymczasem dostałam nudną, ciągnącą się jak guma opowieść o tym, jak wykonać risotto z ćwikłą, sorbet z mięty i bazylii czy inne smakołyki, które niekoniecznie chciałabym wziąć do ust.

      Jeżeli oczekujecie, że przeczytacie w książce “Pod słońcem Toskanii” o zwyczajach Włochów, poznacie bliżej ten region, czy chociażby dowiecie się więcej o zabytkach, nie sięgajcie po tę powieść. Szkoda Waszego czasu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 kwietnia 2018 21:11
  • piątek, 06 kwietnia 2018
  • wtorek, 20 marca 2018
  • środa, 14 marca 2018
    • Feromonami się komunikujemy

       DROGA DO SPEŁNIENIA

       

      nieruchomieję

      gdy wypełniasz przestrzeń

      feromonami się komunikujemy

      bo nam zwyczajnie brak odwagi

      by odciąć pępowinę przeszłości

      i zacząć żyć

      bez znaków zakazu

      spomiędzy krat zielone liście

      kiełkują jak szalone

      róża w wazonie

      też jakaś śmielsza

      jej płatki płoną

      pamięta pewnie jeszcze Twój dotyk

      tak jak ja

      bo nie da się zapomnieć

      drogi do spełnienia

       

      ˆ Agnieszka „MAGOU” Maciejewska, dn. 14.03.2018r.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 14 marca 2018 17:12
  • czwartek, 01 marca 2018
    • #24. „Czarownice z Salem Falls” – refleksje

      Do sennego miasteczka Salem Falls w Nowej Anglii przybywa przystojny Jack St. Bride. Kiedyś był nauczycielem w prywatnej szkole dla dziewcząt, ale jego życie legło w gruzach z powodu zakochanej w nim uczennicy.

      W Salem Falls zatrudnia się jako pomywacz w restauracji należącej do Addie Peabody. Wkrótce między  właścicielką, a Jackiem rodzi się uczucie. Wydawać by się mogło, że nic nie zdoła zagłuszyć tej sielankowej atmosfery i spokoju tych dwojga. Życie jednak bywa bardzo przewrotne.

      W miasteczku mieszkają cztery nastolatki, które obierają sobie Jacka za cel. Bardzo szybko zamieniają życie byłego nauczyciela i jego ukochanej w piekło. Chłopak zostaje posądzony o gwałt.

      Addie oczywiście nie może w to uwierzyć. Jak to się stało, że taki spokojny i ułożony mężczyzna mógł dopuścić się tak haniebnego czynu. Kobieta nie jest w ogóle świadoma, że zanim Jack zatrudnił się u niej jako pomywać, także siedział w więzieniu za przestępstwo na tle seksualnym. Czy „przybysz” odsłoni tajemnice swojej przyszłości przed właścicielką restauracji?

      W powieści mamy ukazanych wiele wątków magicznych, ale w żadnym wypadku nie jest ona ani powieścią fantasy ani horrorem. To opowieść o walce o własną godność, dobre imię, o walce z uprzedzeniami.

      Książka liczy prawie pięćset stron. Czasami wydaje się nudna, bo opisy są dokładne i długie, ale uważam, że mimo wszystko warto ją przeczytać.

      Autorka stworzyła galerię ciekawych i nietuzinkowych postaci, z których każda wnosi coś interesującego w akcję.

       

      Fabuła książki „Czarownice z Salem Falls” nie trąci banałem. Wprost przeciwnie. Picoult powoli rozwija akcję, cały czas trzymając w napięciu, niekiedy stosując element zaskoczenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 01 marca 2018 18:27
  • środa, 21 lutego 2018
  • poniedziałek, 12 lutego 2018
    • #23. Małgorzata Kalicińska „Życie ma smak”

      Małgorzata Kalicińska zaprasza nas do świata zlepionego z fragmentów historii kilku osób. Każda z nich zostaje przyłapana na krótki moment, niczym w fotograficznym kadrze. Wszystkie historie łączy jedno – jedzenie. (Cytat z notki wydawniczej).

      Chyba każdy miłośnik literatury wie doskonale, kim jest Małgorzata Kalicińska. Większość zna ją z cyklu o Rozlewisku. Niewielu jednak wie, że pisarka uwielbia także gotować. Jak dowiadujemy się  z książki, autorka kocha zupy wszelkiego rodzaju:  rosoły, chłodniki, zupy jarzynowe, ale zdecydowaną faworytką jest ogórkowa. W książce „Życie ma smak” w ciekawy sposób Kalicińska połączyła historie paru osób z przepisami, jak przygotować rozmaite dania.

      „Życie ma smak” to nie jest jednolita historia, z wartką akcją i wątkiem głównym. To  zbiór nie za długich opowiadań albo raczej wspomnień. Snuta konkretna powiastka ozdobiona jest nutą sentymentu i żalu, że te wydarzenia należą już do przeszłości, choć w zakamarkach pamięci ciągle spoczywają na honorowym miejscu. Któż z nas nie pamięta smaków lat dziecięcych czy młodzieżowych? Wszyscy z nostalgią wracamy do tych czasów. Te niezwykłe ciepłe i ważne wspomnienia. Są dla nas jak ciepły koc na jesienno-zimowe dni.

      Długo myślałam o tym, co napisać w tej recenzji, i jak zachęcić Was do sięgnięcia po tę pozycję. Pojawiły się nawet wątpliwości, czy aby na pewno powinnam ją zrecenzować. Trudno bowiem rekomendować coś, co w zasadzie przypomina książkę kucharską. Zresztą, o ile dobrze kojarzę, przy recenzowaniu „Pod słońcem Toskani”, w której też jest mnóstwo przepisów i w ogóle wszystko tam omawiane kręci się wokół jedzenia, to wspominałam wtedy, że nie bardzo lubię książki obyczajowo-kucharskie, że tak je nazwę. Nie umiem się przy nich odpowiednio skupić, wczuć w klimat. Nie czuję w tego rodzaju literaturze głębi, której zawsze poszukuję biorąc do ręki jakąkolwiek powieść.

      Zdziwicie się pewnie faktem (mnie też ta refleksja zaskoczyła), że to, co zaserwowała tym razem autorka, podobało mi się i postanowiłam nie skreślać całkiem tej smacznej propozycji. Spróbowałam w myślach rozebrać całość na czynniki pierwsze i przyjrzeć się indywidualnie poszczególnym składnikom. Dlaczego mam odrzucić coś pogodnego, pozytywnego, ukazującego świat z pewnych perpektyw, pochwałę tego, co minęło, ale mimo wszystko będącego częścią nas samych? Nie widzę powodu. Zauważyłam, że Kalicińska pięknie potrafi celebrować codzienność i nienachalnie namawia Ciebie, drogi Czytelniku, i mnie, do tego abyśmy uczynili to samo. Gdzieś między zdaniami możemy wyczytać, że powinniśmy doceniać to, co ofiaruje los, niczego nie żałować i przyjrzeć się uważniej światu. Bo chociaż życie potrafi płatać figle, jest przecież piękne.

      Pozycję polecam zarówno tym, którzy w kuchni czują się jak ryba w wodzie a gotowanie, to ich największa pasja, jak również osobom, które mają ochotę na smakowitą, nie wymagającą koncentracji lekturę. Jedni i drudzy będą usatysfakcjonowani – gwarantuję!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 12 lutego 2018 18:11
  • niedziela, 04 lutego 2018
    • #22. Monika Szwaja "Anioł w kapeluszu"

      Anioły istnieją nawet na Ziemi. Czasami noszą kapelusze, są bardzo pracowite, pomocne na tyle, że wyratują z największej opresji tych, których szczęście opuściło. Nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. O tym wszystkim możecie się przekonać czytając kolejną książkę autorstwa Moniki Szwai pt. „Anioł w kapeluszu”.

      Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz, każdy jest kowalem swojego losu - to przysłowia, które świetnie znamy. Wielu z nas uparcie wierzy, że to, o czym mówią – jest prawdą. Ja nie byłabym tego taka pewna. Los bywa przewrotny i lubi robić przeróżne psikusy. Nie zawsze jest tak, jak sobie to wcześniej zaplanowaliśmy. Niekiedy przykre wydarzenia spadają jak grom z jasnego nieba w najmniej odpowiednim momencie, z zaskoczenia. Wówczas trudno się pozbierać, bo cały świat, który budowaliśmy przez lata, wali się na głowę i przypomina ruinę. Bezradnie stajemy wobec problemu z pytaniem: Co mam teraz zrobić? Nic innego, jak rozejrzeć się dookoła, czy przypadkiem gdzieś blisko nie mamy przy sobie anioła w ludzkiej postaci. Człowieka o wielkim sercu i z wyciągniętymi w naszą stronę ramionami.

      Kocham twórczość Moniki Szwai! Nie ma w tym ani krzty przesady. Ta autorka skradła moje serce kilkanaście lat temu, kiedy otrzymałam książkę „Jestem nudziarą” , zanurzyłam się w niej i …zakochałam po uszy w tej prozie. Od tamtej pory czytam wszystko co wyszło spod pióra pani Moniki .I za każdym razem jestem zachwycona. Tym razem też tak było. Powiem więcej – książka, którą dla Was recenzuję skradła moje serce w całości i zasłużyła na miano najlepszej powieści 2015 roku, jaką miałam przyjemność przeczytać.

      O czym najkrócej mówiąc jest „Anioł w kapeluszu”? To opowieść o zwykłym, codziennym życiu, takim które nie raz daje w kość. Składa się ona z dwóch części. W pierwszej zapoznajemy trójkę głównych bohaterów, którzy dźwigają ciężkie bagaże doświadczeń. Niemalże jak Syzyf wtłaczają na wielką górę głazy i gdy już mają wrażenie, że są na górze, wszystko stacza się w dół i trzeba próbować od początku. Oni się jednak nie poddają, podejmują kolejne próby wierząc, że tym razem się uda. Są z nimi ich wierni przyjaciele.

      Przesympatyczna i życzliwa starsza pani Jaśmina nie może dojść do siebie po niespodziewanej śmierci swojego męża Ludomira. Kobieta z zawodu jest psychologiem i doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego stanu psychicznego, otwarcie przyznaje się do tego, że ma depresję i jej dusza cierpi. Nie chce udzielać już porad innym. Brakuje jej motywacji do tego, by pracować na uczelni, choć lubi młodzież. Na dokładkę, jej synowie uciekają z rodzinnego gniazda, żyjąc własnym życiem. Bohaterka po śmierci matki postanawia więc zacząć nowe życie.

      Mamy też Jonasza, bardzo nieszczęśliwego chłopca, mającego zapracowanych rodziców, zapatrzonych tylko we własny czubek nosa. Dzieciak czuje się totalnie przemęczony i przepracowany. Jak to pisze Szwaja – zarąbany. Rodzice ubzdurali sobie, że nastolatek musi mieć wszystko najlepsze i we wszystkim być doskonały. Wydają nakazy, zakazy, dokładając coraz to „ciekawsze” obowiązki. Co z tego wyniknie? Czy Ędżi Pirania (bo tak jest określana w książce mamuśka Jonasza) zrozumie swój błąd i zmieni zachowanie wobec chłopca?

      Jest i Miranda. Studentka. Nieprzyjemne przeżycia sprawiają, że zamyka się w sobie, izoluje od ludzi. Odczuwa ciągły brak akceptacji. Czuje się niekochana i niezrozumiana, zwłaszcza przez ojca.

      Co połączy Jaśminę, Mirandę i Jonasza w następnej części? Tego nie mogę Wam zdradzić, bo lektura „Anioła w kapeluszu” nie miałaby sensu. Powiem jedno – czekają na Was nagłe zwroty akcji, napięcie, duża dawka humoru i refleksji. Tak, tego w najnowszym swoim dziele literackim serwuje nam najwięcej autorka „Domu na klifie” czy „Romansu na receptę”.

      „Anioł w kapeluszu” to historia, która pochłonie Was bez reszty. Jest niezwykle ciepła, mądra i wzruszajaca. Tutaj nie ma tematów tabu. To realna i prawdziwa książka. Pozbawiona lukru, sztuczności i cenzury. Tematami przewodnimi są: przyjaźń, bezinteresowna pomoc i samotność. Pokazuje, że nie wszystko jest stracone i że nie zawsze za rogiem czai się zło. Bywa, że gdzieś w ukryciu stoi ktoś, na kogo całe życie czekaliśmy, kto będzie umiał wskazać nam właściwą drogę. Wyczytamy z niej, że warto dawać drugą szansę, bo w każdym człowieku mieszka dobro.

      Komu polecam? Wszystkim, ale w szczególności: pracoholikom mającym dzieci, samotnym, emerytom. Udanej lektury, kochani!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 lutego 2018 17:52
  • piątek, 02 lutego 2018
  • poniedziałek, 29 stycznia 2018
    • #21. Katarzyna Grochola „Podanie o miłość”

      Chociaż lubię prozę, to nie przepadam za wszelkimi zbiorami opowiadań. Nudzą mnie. Poza tym zazwyczaj poirytowana jestem tym, że brakuje w nich pewnej ciągłości. W przypadku „Podania o miłość” Katarzyny Grocholi te uczucia odsunęłam na bok.

      Katarzyna Grochola jest córką polonistki i prawnika. Ukończyła VII Liceum Ogólnokształcące im. Juliusza Słowackiego w Warszawie. Zanim zajęła się literaturą pracowała jako salowa, o czym pisze w jednej ze swoich książek (mojej ukochanejm, polecam bardzo gorąco!) zatytułowanej „Zielone drzwi”. Była również konsultantką w biurze matrymonialnym oraz jako pomocnik cukiernika. Współpracowała m.in. z czasopismami „Jestem” i „Poradnik Domowy.” W 2010 Grochola uczestniczyła w dziewiątej edycji programu telewizyjnego Taniec z gwiazdami, w którym zajęła trzecie miejsce razem ze swoim partnerem – Janem Klimentem. Jej córką jest Dorota Szelągowska

      Do tej pory miałam okazję przeczytać trzy książki tej autorki i w każdej znalazłam coś dla siebie. Jak już wspomniałam w powyższej notce, najbardziej wartościową i mądrą powieścią, do której pragnęłabym wrócić raz jeszcze jest książka „Zielone drzwi. To niejako autobiograficzna historia, w której czytelnik znajdzie wszystko – począwszy od humoru, zabawnych sytuacji, świetnie nakreślonej charakterystyki poszczególnych bohaterów, po nostalgię, zadumę i żal. Nie zawiedziecie się, gwarantuję!

      Recenzowana przeze mnie dziś pozycja spod pióra autorki „Ja Wam pokażę” czy „Osobowości ćmy” wcale nie jest gorsza. Inna od pozostałych, ale nie mniej ciekawa.

      Nie spodziewałam się, że Katarzyna Grochola znowu ukaże mi się jako pisarka nostalgiczna, refleksyjna, taka która nie boi się trudnych emocji a do tego genialnie umie zobrazować je słowem przed swoimi czytelnikami. Pochyla się nad człowiekiem takim, jakim on jest – bez upiększeń, z jego licznymi zaletami ale i wadami. Wie, że przedstawione przez nią postaci niejednokrotnie dźwigają ciężkie bagaże doświadczeń,  a mimo to stara się wniknąć do wnętrza, przygląda się, wciela się w rolę psychologa. Obserwuje, ale nikogo nie ocenia i nie osądza. Uważam, że to zabieg celowy, gdyż to my, czytelnicy, winniśmy sami dokonać oceny konkretnych postaci.

      Mamy tu dziesięć kilkustronicowych utworów. Z pozoru zupełnie różnych, choć uważni dostrzegą, że można znaleźć kilka elementów, motywów, które misternie łącze ze sobą te historyjki. Zaznaczyć trzeba, że w każdym najważniejszy jest człowiek i jego problemy, a raczej małe i wielkie tęsknoty, dramaty, rozczarowania, kłopoty.

      Niektórzy mogą zarzucić, że Grochola zwraca uwagę na sprawy błahe, drobiazgowe czy wręcz banalne. Ale w tej drobazgowości, w szarej codzienności tkwi autentyzm tego zbioru. Przekonujemy się, że z tych małych, czasem głupich spraw, składa się nasze życie, które jest tak mocno dalekie od idealnego.

      Komu polecam „Podanie o miłość”? W pierwszej kolejności miłośnikom krótkich form literackich. Myślę, że ci, którzy szukają niezobowiązującej książki, przy ktorej można się zadumać o tym, co najistotniejsze – także będą zadowoleni.

      Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko życzyć Wam wspaniałych wrażeń czytelniczych i interesujących wniosków podczas czytania. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 stycznia 2018 16:16
  • piątek, 26 stycznia 2018
  • czwartek, 25 stycznia 2018
    • #20. Marta Grzebuła "Dotyk przeznaczenia"

      Toksyczny związek to coś, co wypełnia życie cierpieniem, walką i poczuciem bezradności. Niektórzy tkwią w takich relacjach latami, nie wiedząc jak je uzdrowić lub sprawnie zakończyć – czytamy na stronie michalpasterski.pl. Z podobnym problemem zmagała się Helena Chodowska, bohaterka książki „Dotyk przeznaczenia” autorstwa Marty Grzebuły.

      Helena, troskliwa matka i dobra żona. Od wielu lat znosi najróżniejsze upokorzenia ze strony męża Jerzego, toleruje nawet jego zdrady. Życie kobiety jest monotonne, brak w nim jasnych i ciepłych barw. Żadnych zmian, ciągle te same schematy powtarzane dzień po dniu, reakcje, słowa, które zdążyły wryć się doskonale w pamięć, choć przynoszą coraz większy ból, są udręką. Swoisty labirynt a w nim zaplątała się tajemnica, skrzętnie skrywana. Gdy wyjdzie na jaw, nic nie będzie takie samo. Czy Helena, Jerzy, Patrycja i Adam udźwigną ciężar własnych decyzji? Czy wystarczy im odwagi aby odmienić swoje losy?

      Przeznaczenie – jakaś siła, której nie możemy dotknąć ani zobaczyć. Zazwyczaj poddajemy się jej, bo coś nas ciągnie do przodu. Tutaj zdecydowanie nie ma miejsca na negocjacje, dyskusje czy zastanowienie. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie, jak to jest – jesteśmy kowalami własnego losu? A może gdzieś w przestrzeni (niektórzy mawiają, że w gwiazdach) każdemu zapisano co do niego należy? Odpowiedzi jest nieskończona ilość. W zasadzie tyle, ile nas samych na ziemi.

      Często nieumiejętność odpowiedzenia na te pytania popycha ludzi  w ślepy zaułek, jakim jest obwinianie innych za to, co nas spotyka. Próbujemy z uporem zrzucać winę na innych i do tego obarczyć odpowiedzialnością. Sami zaś jesteśmy czyści jak łza. Niestety, błędne myślenie, zwykła ułuda. Podobnie dzieje się w historii przedstawionej przez panią Martę Grzebułę.

      Helena choć jest już po czterdziestce, to nadal jest zahukaną, zakompleksioną kobietą, która wiecznie potrzebuje czyjegoś wsparcia, nie umie być silna i niezależna. Albo nie chce. Nigdy nie bierze spraw w swoje ręce, w zamian za to czeka, co też zgotuje jej los, a ten przecież bywa bezlitosny. Nieustannie przepraszająca cały świat i tłumaczy się jak uczennica, często zupełnie niepotrzebnie. Poddana małżonkowi, cichutka. Zamiast rozkwitać, ona praktycznie więdnie. Staje się cieniem samej siebie. Z jednej strony spełniona, ale z drugiej nie ma na nic siły i na nic już nie czeka. Uśmiech, od czasu do czasu pojawiąjący się na jej twarzy, jest jedynie maską zakrywającą rozpacz, bezgłośne wołanie o pomoc i tęsknotę za bezpowrotnie minionym i utraconym. Czy długo da radę odgrywać takie przedstawienie? Jaką cenę zapłaci za tę grę?

      Chylę nisko czoła przed autorką tej powieści i jednocześnie dziękuję pięknie, że mogłam zapoznać się z „Dotykiem przeznaczenia”. Chyba wielokrotnie pisałam w moich recenzjach o tym, że kocham książki trudne, z zawikłanymi wątkami, w których postaci są nieodgadnione, skłaniające czytelnika do myślenia. A ta bez dwóch zdań wspaniale wpasowuje się w tę charakterystykę. Mnóstwo tu odniesień do psychologi, do wnętrza ludzkiej psychiki, duszy. Możemy także poznać szczegółówy opis dwóch światów – kobiety i mężczyzny. Z pewnością zwrócimy uwagę na to, że jedno i drugie zupełnie inaczej rozumuje, różnie patrzy na zagadnienia życiowe.

      Autorka po mistrzowsku przelała na papier ferię emocji – od tych dobrych, aż po te, od których pragniemy uciec. Myślę, że zabieg ten został użyty celewo, by snuta opowieść była bardziej realistyczna, jak i bohaterowie w niej występujący. Przecież nie wie nikt, czy obok nas nie mieszka osoba o podobnych przeżyciach, jakie miała główna bohaterka. Sekret, o którym wcześniej wspomniałam, był dodatkowym atutem tej opowieści. Pełno w niej niedopowiedzeń, niezamkniętych rozdziałów.

      Przyznam szczerze, że po przeczytaniu całości miałam łzy w oczach i w głowie od razu pojawiło się mnóstwo refleksji i odniesień do mojego życia. Trochę gorzkich, ale i takie muszą się też pojawiać. Jedno ze stwierdzeń, dobrze zresztą znanych, które zaświtało brzmiało: „Prawda zawsze wychodzi na jaw”. Tak, dlatego nie powinniśmy karmić się wzajemnie niedopowiedzeniami albo wręcz kłamstwami. Nic dobrego one nie przynoszą.

      Jedynym minusem zaserwowanej przez Panią Martę historii jest jej zakończenie, które według mnie, było zbyt naciągnięte, cukierkowate i oderwane klimatycznie od wcześniejszych wątków. Mimo tego maleńkiego zgrzytu końcowego oceniam „Dotyk przeznaczenia” na szóstkę, ponieważ lektura jest niezwykła, warta poznania, mądra. Kto ją przeczyta, gwarantuję, że nie zapomni o niej szybko. I taki powinien być wyznacznik dobrej literatury.

      Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Pani Marcie Grzebule z nadzieją, że będę miała jeszcze okazję zrecenzować i polecić fanom tego bloga kolejne, cudowne pozycje literackie spod Pani pióra.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 stycznia 2018 14:32

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

  • Literatura polska

  • Literatura zagraniczna

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa