Z książką przez życie

Wpisy

  • poniedziałek, 22 stycznia 2018
  • sobota, 20 stycznia 2018
    • #19. "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" - recenzja książki

       Dzisiaj chciałabym napisać Wam co nieco o książce, którą już dość dawno planowałam przeczytać i wejść w jej posiadanie. Tylko szczerze mówiąc nie miałam czasu jej poszukać.

      Jednak w naszym życiu są Dobre Duszki, które odgadują nasze myśli, nasze pragnienia i co więcej – spełniają je. W tym przypadku moim Dobrym Duszkiem okazała się moja rodzona siostra, Wiola. Mówiąc w skrócie, sprezentowała mi książkę autorstwa Sherry Argov „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?” plus jeszcze drugą część tej książki „Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy?” Nikomu chyba nie muszę pisać, jak wielką radośc sprawiła mi tym prezentem. Od razu zabrałam się do czytania i postanowiłam, że gdy tylko skończę czytać, zrecenzuję Wam ją.

      Muszę się przyznać, że ilekroć idę do księgarni lub mojej zaprzyjaźnionej biblioteki i staję przed regałami, na których ustawione są poradniki, ogarnia mnie niepewność, niewiadoma i strach. Nigdy nie wiem, czy warto skusić się i wypożyczyć dany poradnik.  Czy przypadkiem lektura jego nie okaże się czasem straconym? Zazwyczaj książki tego typu są napisane na jeden styl. Autorzy zazwyczaj wcielają się w rolę moralizatorów, ich „ton” przypomina ten, który posługuje się ksiądz, głoszący kazanie w kościele. Nie brakuje w nich sloganów typu: „Harmonia ciała i umysłu sprawi, ze poczujesz się szczęśliwa”, „Bądź dobra dla innych, bo tylko dobro zostanie wynagrodzone” i tego typu bzdury, w które większość z nas (niestety!!!!!) wierzy. Zupełnie jakbyśmy nie mieli swojego własnego rozumu.

      Jakież było moje zdziwienie, kiedy na kartach „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” nie znalazłam rad podanych powyżej. Wprost przeciwnie. Książkę Sherry Argov określiłabym poradnikiem dla niegrzecznych dziewczynek albo „Jak być rogatą duszą i nie dać sobie w kaszę dmuchać?” Sądzę, że to jest bardzo przydatna wiedza, nie tylko dla kobiet (chociaż przede wszystkim), ale przyda się ona także tym, którzy dotychczas wyznawali zasadę „Pokorne ciele dwie matki ssie”. Autorka udowadnia, że kobieta nie musi być wcale najlepszą przyjaciółką kobiety, a przynajmniej nie w relacjach z mężczyznami.

      Właściwie teraz powinnam przejść do tego, kim jest tytułowa „zołza”? Zołza kojarzy nam się z kobietą, a w zasadzie zgryźliwym babsztylem, wiecznie nadąsanym i kłapiącym ozorem. Tu nie chodzi o taką osobę. Tytułowa zołza to dziewczyna/kobieta , która ma życzliwe usposobienie, ale jest silna i nie da wejść sobie na głowę. Taka kobieta nie zrezygnuje z własnego życia tylko po to, aby zadowolić mężczyznę, o nie! Ona ma swoje życie, swoje zainteresowania, i jeśli tylko ma ochotę na rozwijanie swoich pasji, to będzie to robiła. Ona nie będzie uganiała się za nim, gdy on zapomni przyjść na umówioną randkę. Gdy będzie chciał ponownie się spotkać, uśmiechnie się słodko i powie: „Och wybacz mi, ale tym razem ja nie mogę, bo mam akurat areobik (czy cokolwiek innego). Ale możemy się spotkać w przyszłym tygodniu. Co Ty na to?” W ten oto sposób daje do zrozumienia jemu, że ceni swój czas i to ONA dyktuje warunki, a nie on.

      Autorka tego poradnika pisze wyraźnie: „Sukces w miłości nie zależy od wyglądu, ale od naszej postawy.” My, kobiety same decydujemy na co pozwalamy naszym mężczyznom, a na co nie. Argov uczy, że nikt nie będzie miał do nas szacunku, jeśli my same nie będziemy go mieć dla siebie.

      „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?” to poradnik napisany z humorem. Wszystko to, o czym pisze autorka jest wiarygodne, gdyż przytacza ona wiele rozmów z mężczyznami, w których Ci, opowiadają, co tak naprawdę przeszkadza im w zachowaniu kobiet i dlaczego ich związki rozpadły się albo dlaczego tkwią w związku z brzydką, niebogatą kobietą, na którą nikt w rzeczywistości by nie spojrzał. A ten mężczyzna akurat wybrał sobie ją za żonę. Dlaczego? Dlatego, ze ona jest kobietą nieosiągalną. Ceni się wysoko, a to jest wyraźny znak, że zna swoją wartość i nie pozwoli, aby mężczyzna traktował ją jak pierwszą lepszą.

      Po przeczytaniu pierwszej części zabrałam się od razu za drugą „Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy?” I tu nastąpiło wielkie rozczarowanie. Sherry Agrov powiela schematy, rady, które zaprezentowała we wcześniejszym tytule. Właściwie druga część to taki replay tej pierwszej. A szkoda, bo przecież relacje damsko-męskie to temat rzeka, który można by rozwijać jeszcze w wielu książkach. Tymczasem Argov poszła na łatwiznę, nie wysiliła się, aby zgłębić temat jeszcze bardziej.

      Dobrze, że chociaż pofatygowała się i nakreśliła temat w swojej pierwszej książce, która mimo różnych opinii moich koleżanek, uważam, że jest fenomenalna i nie byłoby mi szkoda na nią pieniędzy, czego niestety nie mogę powiedzieć o książce „Dlaczego kobiety poślubiają zołzy?”

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 20 stycznia 2018 13:23
  • środa, 17 stycznia 2018
  • wtorek, 16 stycznia 2018
    • #18. Barbara Iskra Kozińska „Dom nad Borkiem”

      Książek o miłości przeczytałam w swoim życiu bardzo dużo. Jedne zachwyciły mnie i oczarowały, nad innymi zaś nie rozmyślałam wiele. Historii, które po prostu mną potrząsnęły, poruszyły wszystkie struny mojej duszy poznałam niewiele. Dlatego tym większa moja radość, że właśnie taką opowieść zaserwowała mi Barbara Iskra Kozińska.

      Większość z Was powie, że miłość to strasznie oklepany temat i wyczerpany w całości. A co byście powiedzieli gdyby teraz ktoś przedstawił Wam czuły, nieupiększony i poruszający każdą strunę duszy, obraz miłości? Ja rzekłabym – wchodzę w to! I tak też zrobiłam. Sięgnęłam po „Dom nad Borkiem” Barbary Iskry Kozińskiej. No i zostałam wciśnięta w siedzenie. Takich uczuć, emocji, gwałtownej lawiny wspomnień oraz wzruszenia nie podarowano mi dawno. Dodatkowo akcja dzieje się w mieście, o którym swego czasu sporo się nasłuchałam. Czegóż więcej mogłam chcieć?

      Autorka „Domu nad Borkiem”  to pisarka i poetka. Czytelnicy mogli ją poznać dzięki dwóm, wcześniej wydanym powieściom historycznym: „Czerwone niebo nad Wołyniem” i „Maria”. Barbara Iskra Kozińska prowadzi jeszcze pensjonat „Sosnówka”, który znajduje się nad jeziorem Borek przy granicy z Niemcami. I to właśnie ten zakątek Polski postanowiła opisać w swej najnowszej książce pisarka.

      Do Kosarzyna, swojej rodzinnej wioski, przyjeżdża latem na odpoczynek Majka wraz ze swoim dorosłym synem. Bohaterka jest kobietą po przejściach. Małżeństwo z psychicznie chorym alkoholikiem zdążyło odcisnąć piętno na jej życiu. Majka twierdzi, że nic cudownego  jej nie spotka. Nie oczekuje niczego. Przypadkowe spotkanie dawno nie widzianego kolegi ze szkolnych lat – Janusza – sprawia, że świat naszej bohaterki zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Można by zapytać – może w końcu uśmiechnęło się szczęście?

      Książkę „Dom nad Borkiem” w stu procentach należy zaliczyć do gatunku powieści obyczajowej z elementami romansu. Dwójka bohaterów w średnim wieku, nie spodziewają się prezentu od losu, a jednak ten postanawia zrobić im niespodziankę. Czy zdecydują się ją przyjąć? Jak zareagują?

      Kozińska ciekawie zarysowała główne postaci, czyli Majkę i Janusza. Psychologicznie zwracają na siebie uwagę. Są realistyczni – tacy jak ja i Ty. Czytelnicy mogą spokojnie utożsamiać się z nimi.

      Jak już wspomniałam, motywem przewodnim tej lektury jest miłość. Ta szalona, zwariowana, nagła, namiętna, czasami trudna, która motywuje do przemian, porzucenia swego dotychczasowego życia i pójścia przed siebie, a zostawienia daleko w tyle tego, co złe. Czytając tę książkę zauważyłam, że autorka nie moralizuje, nie ocenia. Od tego są ci, którzy wezmą do ręki powieść „Dom nad Borkiem”. Ich Kozińska prowokuje do myślenia, ukształtowania własnej opinii.

      Nie bez znaczenia są tutaj także opisy przyrody. Bardzo plastyczne zresztą, co oddziałuje na zmysły czytających. Zamykasz oczy i widzisz ścieżki w Kosarzynie, którymi prowadzi nas autorka a zarazem główna bohaterka – Majka. Jeziora, łąki – tam możemy wędrować. Miejscem, ktore często wspomina kobieta, jest Gubin. On odgrywa tutaj również swoją rolę. Żałowałam jedynie, że tak mało dowiedziałam się o tej miejscowości, pragnęłam dogłębniej ją poznać. Mam nadzieję, że kiedyś to nadrobię.

      Język, jakim posługuje się Barbara Iskra Kozińska jest prosty, lekki i płynny. Czytając tę powieść, czułam się jakbym płynęła. Szalenie podobał mi się ten sielski klimat Kosarzyna. Te nieśpieszne wędrowanie. Zapachy, smaki, ćwierkanie ptaków i coś, w czym jestem zakochana bezgranicznie, śpiew i dźwięki gitary – odczuwałam całą sobą, przeżywałam to tysiąc razy intensywniej.

      Nie wiem, czy znajdę jakiekolwiek słowa, które oddadzą to, co myślę o tej powieści. Odebrałam ją nader osobiście. Każdy element fabuły był dla mnie niezmiernie istotny. Chwilami zastanawiałam się nawet co się ze mną dzieje, bo przecież to tylko fikcja literacka. Nie szkodzi! Absolutnie nie zmieni ten fakt mojej opinii. I nie pogniewam się, jeśli będę  miała w bliższej bądź dalszej przyszłości okazję, zapoznać się z podobnymi historiami literackimi. Są one miodem na moje serce.

      Komu polecam „Dom nad Borkiem”? Wszystkim, bez wyjątku – kobietom, mężczyznom, zakochanym i nie, singlom, żonom, mężom i tym, którzy z uporem maniaka wmawiają sobie i innym - ja to już wszystko przeżyłem! Doprawdy?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 stycznia 2018 17:34
  • niedziela, 14 stycznia 2018
  • sobota, 13 stycznia 2018
    • #17. Kolorowanki dla dorosłych – o co chodzi?

      Na czym polega fenomen kolorowanek dla dorosłych? Czy przynoszą tyle frajdy, jak zapowiadają wydawcy? Dzisiaj miałam okazję poszukać odpowiedzi na te pytania.

      Wszyscy oszaleli na punkcie malowanek antystresowych. Kolorują już nie tylko dzieci, ale także dorośli. Moi znajomi ciągle opowiadają o zaletach tych nietypowych książek, relacjonują swoje postępy w kolorowaniu. Postanowiłam i ja zmierzyć się z nimi, a przy okazji przypomnieć sobie, jak to było, gdy miałam kilka lat i bawiłam się w malarkę. Przyznam się do jednego – dawno tak świetnie się nie bawiłam i nie wyluzowałam. A to całe zamieszanie spowodowała moja siostrzenica, która postanowiła zrobić mi prezent, bo zdradziłam jej w luźnej rozmowie, że chętnie stałabym się właścicielką antystresowego „wynalazku”. W końcu egzaminy zbliżają się wielkimi krokami.

      Źródło radości i relaks dla kobiet w każdym wieku, niezależnie od upodobań - taką zachętę przeczytałam na okładce. Pomyślałam sobie – całkiem fajnie się zaczyna, wchodzę w to. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. I nie załuję!

      Moja kolorowanka nosi tytuł „Kolory szczęścia”. A w środku mnóstwo rysunków, które dopracowane są w najdrobniejszych szczegółach. Obrazki mają maleńkie elementy do pokolorowania. Niektórym osobom wypełnienie ich kolorem może sprawić nie lada problem, gdyż trzeba być niesamowicie precyzyjnym, nawet w doborze barw oraz w ich właściwym poprowadzeniu. Zauważyłam, że cały kłopot polega na tym, że w tej zabawie należy być konsekwentnym i uważnym, a przyniesie to niesamowite efekty. O cierpliwości nie wspomnę.

      Naukowcy głoszą, że kolorowanie pobudza fale mózgowe alfa, co sprawia, że znajdujemy się w stanie relaksacyjnym. Skupiamy się na tej czynności, wyciszamy się, a także poprawiamy sobie humor, co według mnie, jest wielkim plusem. Poza tym, podobno kolorowanki dla dorosłych znakomicie sprawdzają się w terapii zaburzeń psychicznych, szczególnie u ludzi z depresją. Wypełnienie pustej przestrzeni wymaga koncentracji, a dzięki temu uwalniamy głowę z natłoku natrętnych myśli.

      Mnie taki sposób na odstresowanie szalenie się podoba. I co najważniejsze – działa. Sprawdziłam od razu, gdy tylko dostałam książkę do ręki. Po oderwaniu się od rysowania miałam wrażenie, jakbym była w zupełnie innym świecie – lepszym. Myślę więc, że w stu procentach spełnia swoje zadanie.

      Kolorowanki dla dorosłych z czystym sumieniem polecam przede wszystkim osobom pełnoletnim. Nie dlatego że treść zawarta w wyżej wymienionej jest niedozwolona dla dzieci i młodzieży, nic z tych rzeczy. Jednak my, dorośli, znacznie częściej potrzebujemy spojrzenia na otaczający świat z zupełnie innej perspektywy, z dystansu, przysłowiowego zresetowania się. Jak już wspomniałam wcześniej, dopiero zaczęłam swoją przygodę z tą wyjątkową książką, ale mogę stwierdzić, że jestem jej fanką i chętnie zapoznam się z następnymi publikacjami z tej serii.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „#17. Kolorowanki dla dorosłych – o co chodzi?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 13 stycznia 2018 18:19
  • środa, 10 stycznia 2018
    • #16. Joanna Jurgała – Jureczka „Tajemnice prowincji”

      Lubicie poczuć od czasu do czasu dreszczyk emocji podczas czytania? A może mieli byście ochotę odkryć jakąś tajemnicę? Jeżeli na jedno i drugie pytanie odpowiedzieliście twierdząco, to zachęcam do przeczytania powieści „Tajemnice prowincji” Joanny Jurgały-Jureczki.

       

      Pośród starych drzew zdziczałego parku stoi wielki pałac – własność hrabiny. Przechowuje on pamięć arystokratycznej rodziny Doenhoff. Grube mury kryją echo minionej świetności. Tuż obok pałacu, znajduje się  Domek Leśniczego, stanowiący dziś obiekt żywej historii jako obecne Muzeum Hrabiny Franciszki, która nieustannie strzeże z zaświatów dziedzictwa. Los zmarłej arystokratki skrzyżuje się z drogą głównej bohaterki recenzowanej książki – Justyny Skotnickiej.

      Justyna powraca w rodzinne strony, gdzie pracuje jako miejscowy kustosz muzeum hrabiny. Ma jeszcze jedno, niełatwe zadanie – ma pełnić rolę opiekunki swoich dwóch niesfornych chrześniaków – zbuntowanego nastoletniego Maćka i młodszego Kuby. Kobieta wcale nie wiąże przyszłości z Brzozowem, chce się tu zatrzymać jedynie na rok, by wreszcie zatrudnić się w galerii artystycznej w Krakowie.  Jednak monotonny wypoczynek na prowincji zostaje ubarwiony intrygującymi wydarzeniami, a dotychczas spokojne Brzozowo przeobraża się w metropolię. Skotnicka poznaje nietypowych mieszkańców, którzy skutecznie urozmaicają dziewczynie pobyt. W tym miejscu nie można pominąć postaci Jana – bliskiego krewnego hrabiny. Ten nie zyskuje sobie sympatii naszej bohaterki.

      Justyna poznaje dobrze dzieje rodziny Kossaków, a pewien obraz stanie się inspiracją do kolejnych zmian w jej życiu, ich skutki odbiją się echem w lokalnych mediach. Jak wszystko się zakończy? Tego dowiecie się, gdy przeczytacie „Tajemnice prowincji” Joanny Jurgały – Jureczki.

      Autorka przybliża czytelnikowi Śląsk Cieszyński – jego mieszkańców, zwyczaje. Robi to subtelnie i nie narzucając nic odbiorcy. Razem z Justyną Skotnicką mamy okazję obserwować uroki miasteczka, wszystkie blaski i cienie społeczności małomiasteczkowej. Narracja jest płynna, co według mnie, podkreśla jeszcze bardziej sielskość i swobodny styl życia ludzi mieszkających na prowincji. Ponadto, pisarka pozwala nam na to, abyśmy zachwycili się przyrodą, zmiennością pór roku, niejako poczuli tamtejszy klimat.

      Na uwagę zasługuje fakt, że w powieść nie koncentruje się wyłącznie na wątkach historycznych. W całość Jurgała-Jureczka wpotła również wątek miłosny czy chociażby intrygę, dzięki której akcja znacznie nabiera tempa. Uważam, że zastosowanie takiego zabiegu literackiego dodało książce atrakcyjności i w stu procentach spełniło swoje zadanie.

      Jestem przekonana, że opowieść zaciekawi najbardziej wybrednego czytelnika, a szczególnie tych, którzy pasjonują się historią. I tej właśnie grupie chciałabym szczerze polecić tę książkę. Udanej lektury!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 10 stycznia 2018 15:59
  • poniedziałek, 08 stycznia 2018
  • niedziela, 07 stycznia 2018
    • #15. Monika Szwaja "Zatoka trujących jabłuszek"

      Istnieje naprawdę, w przeciwieństwie do Klubu Mało Używanych Dziewic, który ożył tylko na kartach książek Moniki Szwai. Jego „matki założycielki” zdobyły sobie wszakże taką sympatię Czytelników, jakby były najprawdziwsze w świecie.

      Fani książek Moniki Szwai pewnie doskonale pamiętają i wiedzą, że powieść, o której chciałabym dzisiaj trochę napisać, jest trzecią częścią z serii opowiastek o kumpelkach z LO, które po latach postanowiły spotkać się ponownie po to, by zbawiać świat i uszczęśliwiać siebie i wszystkich dookoła. Jak wiadomo, niektóre kobiety nie osiągną pełni szczęścia do momentu, aż nie znajdą sobie księcia z bajki, przy którym będą mdleć z rozkoszy.

      W „Zatoce trujących jabłuszek” autorka zabiera swoich wiernych Czytelników w podróż na Karaiby katamaranem. Jest tam słodko, miło, kolorowo i pachnąco.  Gdy zapoznajemy się z przygodami, jakie przeżywają bohaterzy biorący udział w wycieczce życia, przez chwilę odczuwamy coś w rodzaju błogostanu. Szum fal, lekki wiatr, plusk nadpływających ryb – sprawia, że sami chętnie znaleźlibyśmy się w podobnej scenerii. Tylko, że po jakimś czasie ze zdumieniem możemy stwierdzić, że właściwie zaczyna się robić nudno i mdło. Bo o czym w zasadzie można rozmawiać z ludźmi, których widzimy na okrągło, z którymi przerobiło się już chyba wszystkie możliwe tematy? Czasem człowiek potrzebuje również pobyć sam na sam z własnymi myślami.

      Niestety, tej sielanki i przesłodzonej atmosfery Szwaja zaserwowała nam w ogromnej ilości, gdyż przygodzie na oceanie, perypetiom wodnym pisarka poświęciła najwięcej miejsca w tejże pozycji. Powiem zupełnie otwarcie, że gdybym od początku do samiutkiego końca miała czytać o tym, co się działo zanim towarzystwo z Klubu Mało Używanych Dziewic dopłynęło do celu, to bez krępacji i wyrzutów sumienia rzuciłabym tą powieścią gdzie popadnie. Nie zdzierżyłabym tego. No, ale pani Monika urozmaiciła fabułę o jeszcze jeden wątek, czyli losy dyrektorki liceum – Agnieszki, jej partnera, a potem męża,  oraz uczniów kobiety, a szczególnie jednej uczennicy – Oli.

      Ta historia naprawdę mnie zainteresowała i wciągnęła. Kibicowałam nastolatce, śledziłam bacznie każdą jej decyzję, zaciekawiona byłam, jak sobie poradzi ze swoim problemem. W głowie widziałam już, jak to wszystko się zakończy. A tu klops! Zupełnie inaczej potoczyły się losy młodej dziewczyny. Poczułam się tak, jakby ktoś wpuścił mnie celowo w maliny. Pokazał światło i zupełnie przypadkiem, bez uprzedzenia, zgasił je. A podobno, jak twierdzi Szwaja, przypadków nie ma. Czyżby tak miało być? Cóż…nie ma co teraz się nad tym rozwodzić. Sami przekonajcie się, co też takiego się wydarzyło w życiu licealistki. A działo się,  działo!

      Wiecie co stwierdziłam po lekturze „Zatoki trujących jabłuszek”? Otóż doszłam do wniosku, że jestem zmęczona książkami, gdzie wszystko układa się pięknie, postaci są mądre, ułożone, postępują według ustalonych zasad i boją się złamać którąkolwiek. Na ten moment mam serdecznie dosyć happy endów, miłosnych uniesień, ochów i achów do księżyca i tym podobnych. W zamian za to z przyjemnością wejdę do zakazanego świata, pełnego intryg, niedomówień, kłamstw, zmylonych tropów, głównych bohaterów ze skrzywioną osobowością i czarnym charakterem. Mam przeczucie, że muszę wyjść z tego literackiego raju. Nie wiem jeszcze na jak długo. Uprzedzam więc, że przez pewien okres będą się tu pojawiać opinie literatury z pazurem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 stycznia 2018 20:03
  • sobota, 06 stycznia 2018
    • #14. „Jak miło spędzić czas” Jenny Eclair

      Są książki, które budzą w nas skrajne emocje.Oto jedna z tych pozycji.

       

      Chciałabym napisać Wam o książce, która wywołuje we mnie dość sprzeczne emocje. Z jednej strony bardzo mi się podoba, bo można traktować ją jako psychologiczną, opisuje psychikę człowieka, jego zachowanie w różnych sytuacjach życiowych. Napisana jest przestępnym językiem, postaci są takie z życia wzięte, ale… No właśnie,  po jej przeczytaniu mamy jakieś ale… Coś, co jakby uwiera nas od środka.

      Chodzi mi o książkę autorstwa Henny Eclair „Jak miło spędzić czas”. Schody w zasadzie zaczynają się już na samym początku. Stwierdzam, że tytuł książki nijak się ma do jej treści. Doslownie!

      Jest to historia dwóch par – jedna już po rozwodzie, a druga znajduje się na „najlepszej” drodze do tego by zakończyć związek. Dwie kobiety, dwaj mężczyźni, dwie kochanki. Jedna i druga para ma dwoje dzieci. Tak jakby autorka dawała nam do zrozumienia „do dwóch razy sztuka”.

      Joe Dobson często wraca do przeszlości, wspomina swoje małżeństwo. Kobieta, z którą aktualnie jest i dla której dopuszcza się zdrady jest wyrachowana, kapryśna i nieco dziecinna. Joe’go i Ninę (jego kochankę) różni wszystko – nie tylko wiek, zainteresowania, temperament, ale nawet poziom inteligencji. Jakby tego było mało, temperaturę w ich związku studzi mała Freya – owoc zdrady. Bohaterowie nieustannie wszystko kalkulują, przeliczają, zupełnie jakby to miało zadecydować o ich szczęściu.

      Alice i Guy to także ciekawa para. Są jak minus i plus, ogień i woda. Uważny czytelnik szybko stwierdzi, że ona i on w ogóle do siebie nie pasują. Alice to obrośnięta tłuszczem, obleśna baba. W ogóle o siebie nie dba. W zasadzie az trudno się dziwić, że Guy znalazł sobie inną kobietę.

      Żeby nie popsuć Wam przyjemności (choć nie wiem czy w tym przypadku to trafne określenie) tej powieści, więcej nie napiszę o bohaterach.

      Musicie się przygotować na to, że Eclair operuje specyficznym językiem. Nie stroni od wulgaryzmów, otwartych opisów stanów fizjologicznych (co mnie przy lekturze bardzo przeszkadzalo) i emocjonalnych. Narrator nie traktuje jednak poważnie bohaterów książki. Można rzec, ze lekko wyśmiewa się z nich, przedstawia w krzywym zwierciadle, ujmuje groteskowo.

      Uprzedzam, że historia opowiedziana przez Jenny Eclair wcale nie jest prosta w interpretacji. Nie jest to książka z gatunku „lekkich i przyjemnych”, takich „do kawy, do herbaty”. Co to, to nie! Zatem jeśli macie ochotę na wysiłek intelektualny, pobawienie się w „interpretatora” z czystym sumieniem  mogę polecić Wam powyższą pozycją. Natomiast jeśli szukacie książki na jeden wieczór, takiej przy której będziecie zaśmiewali się do łez, błyskotliwej – radzę nie sięgać po tę książkę, bo możecie czuć się zawiedzeni.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 06 stycznia 2018 17:27
  • piątek, 05 stycznia 2018
    • Wyślij kartkę do dziecka w szpitalu onkologicznym

       Strach, ból, samotność i niepewność – choremu dziecku i jego rodzinie podczas leczenia w szpitalu onkologicznym towarzyszą trudne emocje. Członkowie fundacji „Gdy Liczy się Czas” postanowili zainicjować akcję pisania kartek dla dzieci „WYLOSUJ ANIOŁA”, która ma na celu wsparcie oraz wywołanie uśmiechu na twarzach małych pacjentów.

      Akcja WYLOSUJ ANIOŁA powstała z inicjatywy rodziców dzieci leczonych na oddziale Hematologii, Onkologii i Transplantologii Dziecięcej Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Lublinie.

      – Jesteśmy grupą rodziców, którzy postanowili „odczarować” smutek i trud leczenia onkologicznego oraz „zaczarować” czas spędzany przez dzieci w szpitalu. Pokazać im, że są ludzie, którzy z drugiej strony okna, myślą o nich, modlą się za nich i piszą do nich kartki. Akcja jest bezterminowa.  Rotacja dzieci na oddziale onkologicznym jest ogromna, dlatego potrzebujemy stały „zastrzyk” kartek – tłumaczą organizatorzy z Fundacji  „Gdy Liczy się Czas”.

      Dzieci losują kartki, które dotrą na ręce Fundacji. Na oddziale onkologii panuje duża rotacja. Dzieci otrzymują chemioterapię lub naświetlania, wyjeżdżają do domu, a kolejne dziecko przyjeżdża na leczenie. Organizatorzy zachęcają również do anonimowej modlitwy za dziecko, które otrzyma przygotowaną przez nadawcę kartkę.

      - Kilka lat temu moja córka zachorowała na złośliwy nowotwór. Kiedy miała swoje 12 urodziny, podczas choroby, wśród moich znajomych narodził się pomysł, żeby wesprzeć ją wysyłając kartki urodzinowe. To bardzo nam pomogło, dało dużo sił. Teraz staramy się wspierać innych poprzez naszą akcję – tłumaczy Natalia Voytsel, pomysłodawca projektu WYLOSUJ ANIOŁA.

      Gorąco zapraszamy do udziału i propagowania akcji WYLOSUJ ANIOŁA!

      Szczegóły:Fundacja „Gdy Liczy się Czas”

      Polub fan page akcji na Facebooku: WYLOSUJ ANIOŁA – FACEBOOK

      AKCJA WYLOSUJ ANIOŁA – JAK WYSŁAĆ KARTKĘ DO CHOREGO DZIECKA?

      Poniżej kilka wskazówek dla osób zainteresowanych przyłączeniem się do akcji WYLOSUJ ANIOŁA

      1.Kartkę można wykonać własnoręcznie lub zakupić gotową

      2. Zastanów się do kogo ma być ona adresowana (do dziewczynki lub chłopca) i zaznacz to na kopercie.

      3. Napisz kilka pozytywnych słów wsparcia i życzenia zdrowia dla dziecka, który leczy się na chorobę nowotworową. Możesz dodać informacje o sobie oraz kontakt (być może dziecko zechce się później skontaktować z Tobą).

      4.Kartki mogą być pisane zarówno przez osoby dorosłe, jak i przez dzieci.

      5.  Wyślij gotową kartę na adres:

       Fundacja „Gdy Liczy się Czas”

      ul. Nowy Świat 30a/6

       20-418 Lublin

      „Anioł” może też zakupić drobny upominek dla wybranego dziecka. Na stronie akcji na Facebooku zamieszczane są informacje o marzeniach „Dzielnych Wojowników”, wraz z krótkim opisem dziecka.

      Gorąco zachęcam wszystkich moich Czytelników do przyłączenia się do tego wspaniałego przedsięwzięcia. Dla nas wysłanie kartki czy drobnego upominku to niewielki wysiłek, a dla tych dzieci ogromna radość i pomoc zarazem.

      Liczę na to, że wielu z Was wesprze czynnie tę akcję, a także rozpowszechni ją dalej wśród swoich znajomych i rodziny.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wyślij kartkę do dziecka w szpitalu onkologicznym”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 05 stycznia 2018 18:58
  • czwartek, 04 stycznia 2018
    • Znaczę coś więcej

      Codziennie rano spoglądasz w lustro. I widzisz w nim zwyczajną dziewczynę. Taką jak wszystkie. To Twoje obserwacje. On widzi kogoś znacznie bardziej wartościowego.

      Ktoś zapukał do drzwi. Nie chciało mi się wstać. Nie otworzyłam. Powtórzył czynność ze dwa razy. Poirytowana, ale jednocześnie zaciekawiona, postanowiłam sprawdzić, kto tak usilnie chce przestąpić próg mojej domowej twierdzy. Musi mu chyba mocno zależeć na spotkaniu ze mną skoro cierpliwie stoi i czeka aż go wpuszczę do środka – przemknęło mi przez myśl. To byłeś Ty.

      Po kilkunastu minutach przypominam sobie, że wiele razy tu przychodziłeś. Tylko jakoś nie potrafiłam znaleźć dla Ciebie czasu. Nie pytaj, proszę, dlaczego. Nie znajdę racjonalnej odpowiedzi, która zadowoliłaby Nas dwoje.

      Wolałam twierdzić, że wszystko, czego doświadczam to przypadek, a nawet gotowa byłam posądzać samą siebie o to, że mam omamy, że śnię na jawie albo moja wyobraźnia rozhulała się na dobre. Ty robiłeś swoje. Nie poddałeś się ani przez moment. Poduszką zasłaniałam uszy, żeby nie słyszeć tych głosów nie wiadomo skąd dobiegających. Ewidentnie uparł się i nie odpuści póki nie wygra. Uciekłam na dwór. Może późno-jesienne powietrze trochę otrzeźwi umysł, który nie chciał ze mną współpracować.

      Smagana zimnym wiatrem po twarzy zrozumiałam, że dostałam znaki. Nie, nie jeden a chyba z milion albo trylion. Niektóre maleńkie, ledwie dostrzegalne gołym okiem. Inne widoczne od razu. Dlaczego wcześniej ich nie odczytałam? Powrót do domu był trudny, bo z bagażem wyrzutów, ale poczułam się lżej, że z moją psychiką wszystko w należytym porządku. I że wreszcie wiem, którędy iść. I że gdziekolwiek wyruszę, nie będę nigdy sama. A może znów wysuwam mylne wnioski? Ty się przecież nie mylisz – puszczam w przestrzeń zdanie wypowiedziane z dozą niepewności. Słuchasz tego. Jesteś blisko. Łagodny, aczkolwiek przekonujący. Milczymy wymownie. I nawet w tej chwili słyszę, że próbujesz coś powiedzieć. Mam wrażenie, że znajduję w tym sens i dociera do mnie przekaz tych szczególnych słów. Po policzkach spływają łzy. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu płaczę. Wcale się nie krępuję. Nie potrafię przestać.

      Silna. Tak mówią o mnie znajomi bliżsi i dalsi. Ja chciałabym być jak skała, nie do zdarcia. Czy umiem? Raczej średnio. Przynajmniej na dzień dzisiejszy. Dziwnie patrzysz. Kpisz albo wyrażasz oburzenie. Wybieram drugą opcję. Pytasz, dlaczego pragnę być kimś, kim w rzeczywistości nie jestem. Poza tym, wysyłasz bezgłośny komunikat, że siła jest w słabości. Nie śmiem polemizować, a tym bardziej kłócić się. Walka trwa. Wierzyć? Nie wierzyć?

      Nie ma ideałów. Nikt nie jest doskonały. Dla mnie jesteś piękna, wspaniała. *Gdyby każde z Moich dzieci chciało przede wszystkim mnie zadowolić, strach przed oceną poszedłby w niepamięć, próby zaimponowania innym – także. Skup się na drodze przed Tobą, na tym, który Cię nigdy nie opuszcza („Jezus mówi do Ciebie” Sarah  Young) – mówisz delikatnie.

      Masz przecież to, czego Ci trzeba- cudownych rodziców, siostry, ludzi, którzy Ci kibicują. A jeśli czegoś jeszcze nie otrzymałaś, bądź spokojna i uzbrój się w cierpliwość. Opłaci się! Żyj tu i teraz. I miej oczy i uszy szeroko otwarte. Życie jest przygodą. Jeśli zdecydujesz się i odważysz przeżyć ją ze Mną i zdasz się na Mnie, nie pożałujesz – gwarantuję! Wiedz, że chcę być Twoim towarzyszem.

      Zasługuję na jeszcze więcej? Nie boisz się co z tym zrobię? A jeżeli zmarnuję szansę, a raczej źle spożytkuję kredyt zaufania, którym mnie obdarzasz? Dziękuję – proste słowo, ale ponoć dla Ciebie jedno z ważniejszych. Dziękuję więc, że w Twoich oczach znaczę coś więcej i nie jestem puchem marnym i zwyczajną wśród niezwyczajnych.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 stycznia 2018 18:30
  • środa, 03 stycznia 2018
    • #13."Rok we mgle" Michelle Richmond

      Pewnego dnia, podczas spaceru na plaży, Michelle Richmond spotyka dziewczynkę, która zbierała małże i wrzucała je do małego wiaderka. Po wymianie kilku zdań z dzieckiem, Richmond odwróciła się w drugą stronę, gdyż akurat zwróciła uwagę na martwą fokę. Gdy po chwili spojrzała w kierunku dziecka, małej już nie było. Rozpłynęła się we wszechobecnej i wszechpotężnej mgle.

      Chyba próbą zagłuszenia wyrzutów sumienia było ubranie tej całej historii w fikcję literacką.

      Powiem krótko – naprawdę szkoda czasu na tę książkę. To takie literackie flaki z olejem.

      Już dawno nie spotkałam się z tak głupią i niemrawą bohaterką. Ileż można czytać: „To moja wina, to przeze mnie Emma zginęła”. No oczywiście, że przez Ciebie – przechodziło mi niejednokrotnie przez myśl.

      Widać, że autorka kompletnie nie miała pomysłu na swoją książkę. Nawet przez moment ta historia mnie nie wciągnęła. Dobrnęłam ( z wielkim trudem) do strony dwusetnej z hakiem i aż sama siebie podziwiałam, że katowałam się tym „czymś” tak długo. W końcu stwierdziłam, że nie jestem przecież masochistką i nikt mnie nie zmusi do przeczytania czegoś, co mnie kompletnie nudzi. Zamknęłam książkę bez wyrzutów sumienia i ucieszona zabrałam się za kolejną lekturę, ale o niej w następnej notce.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 03 stycznia 2018 17:41
  • wtorek, 02 stycznia 2018
    • #12. Anna Gavalda "Po prostu razem"

       Dzisiaj chciałabym Wam zaproponować recenzję książki Anny Gavaldy „Po prostu razem”.

      Książka „Po prostu razem” Anny Gavaldy to opowieść, w której splatają się ze sobą losy kilku bohaterów: Philiberta, pochodzącego z arystokratycznej rodziny sprzedawcy pocztówek.

      Wrażliwej malarki i anorektyczki Camilii, która wykonuje niezbyt pasjonującą pracę, bo sprząta biura;

      Prostego chłopaka i kucharza Francka, miłośnika motocykli. Gbura, nałogowego podrywacza.

      Jest wreszcie Paulette, która czuje się potwornie osamotniona. Kobieta nijak nie może pogodzić się z ograniczeniami, jakie nakłada na nią starość.

      Życie tych bohaterów z pewnością nie było i nie jest usłane różami. Każdy z nich jest pokaleczony przez los i otoczenie. Są zagubieni, bezradni, ale kiedy los łączy ich drogi, sprawia że zamieszkują razem, stają się silni ponieważ mają siebie.

      Tak samo jak skomplikowane są historie tych ludzi, tak samo skomplikowana jest książka Anny Gavaldy.  Autorka pisze trudnym stylem. Często opisuje  obszernie jakiś wątek, następnie urywa go, zaczyna inny, by potem znowu powrócić do poprzedniego. To niewątpliwie utrudnia czytanie i skupienie się na akcji właściwej. Jednak nie ona jest chyba tutaj najważniejsza. Ważne są emocje, uczucia, które targają tą czwórką. Istotne jest to, co wpłynęło, że zachowują się tak a nie inaczej.

      Anna Gavalda udowadnia nam, że jeśli jesteśmy razem z najbliższymi, jeśli mamy wsparcie przyjaciół, pokonamy każdą przeszkodę. Dowodzi, że każdy człowiek potrzebuje bliskości, niezależnie kim jest, w jakim jest wieku, skąd pochodzi. Każdy ma marzenia, pragnienia. Potrzeba tylko odrobinę chęci by je spełnić.

      Powieść traktuje o sprawach codziennych, opisuje szarą rzeczywistość, jednak ani przez moment nie trąci ona banałem. Jest wzruszająca, szczera, czasem bawi, a chwilami zmusza do głębszej refleksji. Jest różnorodna niczym nasze życie.

      Na pewno nie jest to powieść na jeden wieczór, o nie! Wymaga ona skupienia, głębszej refleksji. Ale kto ją przeczyta, zapewne poczuje się wewnętrznie ubogacony. Serdecznie polecam!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 stycznia 2018 20:41
  • poniedziałek, 01 stycznia 2018
    • Warto stanąć z boku

      Z natury jestem raczej osobą towarzyską. Lubię otaczać się ludźmi, rozmawiać z nimi, wymieniać się poglądami. Czasami jednak potrzebuję wyciszenia, odsunięcia się od reszty świata, by pobyć sama ze sobą.

      Ciszy łaknę jak kania dżdżu głównie wtedy gdy wokół mnie piętrzą się problemy najróżniejszego kalibru. A, jak wiecie z jednego z wcześniejszych wpisów, z takimi zmagam się ja i moi najbliżsi od czerwca tego roku. Najchętniej zaszyłabym się w jakiejś głuszy, gdzie diabeł mówi dobranoc. Mogłabym być otoczona tylko zwierzętami i roślinami. One najlepiej łagodzą skołatane serce i nadszarpnięty układ nerwowy.

      Zastanawialiście się, dlaczego Polacy są tacy znerwicowani i nie rzadko sfrustrowani? Bo non stop tkwimy w hałasie – grający telewizor, radio, mp3  czy chociażby krzyk wydawany przez innych, te czynniki wpływają na to, że podnosi się nam poziom agresji, hormonów stresu, a nawet zmniejsza się odczuwanie empatii.

      W szponach hałasu

      Mam wśród znajomych osoby, które ciągle spragnione są atrakcji, nie potrafią normalnie funkcjonować bez tego,  są nakręceni na imprezowanie. Co weekend gdzieś wyjeżdżają, wychodzą, urządzają spotkania towarzyskie oczywiście zakrapiane alkoholem i okraszone muzyką, bawią się do białego rana, po czym wstają do pracy, na uczelnię. Dla nich spokój jest czymś nudnym, co przeznaczone jest jedynie dla starszych i schorowanych. Doprawdy nie wiem, jak długo jeszcze zniosą ten tryb życia, kiedy się ockną, że tak się nie da na dłuższą metę?

      Kiedyś trzeba odpocząć. Zrobić stop, wziąć głębszy oddech. Jeśli tego nie uczynimy, prędzej czy później nasz organizm upomni się by o niego zadbać odpowiednio.

      Poza tym, ile jesteśmy w stanie działać na pełnych obrotach, z naładowanymi  w pełni akumulatorami, bateriami? Kiedyś  nasz wewnętrzny motor się wyeksploatuje i nie ruszymy z miejsca. Czy naprawdę chcemy doczekać tej chwili?

      W ciszy doskonale usłyszymy drugiego człowieka – jego głos, potrzeby, wołanie. Wówczas będziemy mogli zbudować trwałą, prawdziwą relację, która jest cenniejsza od wirtualnej, dziś mocno gloryfikowanej przez media, ale głównie przez nas samych.

      Zdaję sobie sprawę doskonale z tego, że ci, którzy są przyzwyczajeni do wrzawy, będą mieli trudno przestawić się na inny tryb. Wyciszyć, uspokoić… Zapewne poczują złość, wściekłość, ogromny brak „czegoś”, co do niedawna wypełniało rzeczywistość. Jakby alkoholikowi odstawić nagle napoje wysokoprocentowe. Wykonalne? Jasne, że tak! Da się przetrwać, ale trzeba wielkiej siły woli i determinacji.

      Mogę się założyć, że wielu czytających ten felieton, zapyta z oburzeniem – a gdzie ja, w tym cholernie zabieganym świecie, znajdę teraz ciszę i wytchnienie? Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Powiem więcej – cisza jest skarbem, więc żeby ją złowić, musisz o nią zawalczyć. Jak o skarb. Dlatego, proponuję, żebyś stanął, mój Czytelniku, z boku. Zdystansuj się.

      Znajdź ustronne miejsce. Nie chcę wymieniać, bo każdy lubi inne. Ważne, by nic ani nikt Ci nie przeszkadzał. Nie bierz telefonu i innych dobrodziejstw współczesności. Zostaw, nie zginą.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 stycznia 2018 12:11
  • niedziela, 31 grudnia 2017
    • #11. Monika Orłowska "Całuję, Mama"

      Najnowsza powieść Moniki Orłowskiej pt. „Całuję. Mama” jest moją pierwszą stycznością z twórczością tej autorki. I spokojnie mogę powiedzieć, że proza tej pisarki jest w moim guście literackim.

      Najnowsza powieść Moniki Orłowskiej ujawnia wiele tajemnic głęboko skrywanych w zakamarkach pamięci, ukazuje rzeczywistość bez żadnego retuszu. Piętrzące się nieporozumienia, niedomówienia, pretensje, tłumione żale od lat ciążyły nad rodziną głównych bohaterek. Czy śmierć matki naprawi relacje między siostrami?

      Beata, Joanna i Paulina – o nich mowa. Trzy siostry, które łączą więzy krwi i w zasadzie nic poza tym. Wiek, poziom życia, sytuacja rodzinna zdecydowanie dzielą te trzy kobiety. Beata ma czterdzieści lat. Od dawna jest żoną i matką. Ponad połowę swojego życia spędziła z jednym mężczyzną. Mają dorosłego syna i kilkuletnią córkę.

      Dziesięć lat młodsza od swojej siostry Joanna jest dyrektorem banku. Doskonale wie czego chce. Również zamężna. Jej mąż Marek jest artystą. Wydawać by się mogło, że para ma wszystkie, czego dusza może zapragnąć. Jednak do pełni szczęścia brakuje im dziecka, o które usilnie się starają. Każda próba kończy się niestety niepowodzeniem, co skutecznie przyprawia Joannę o frustrację i bezradność.

      Najmłodsza, Paulina, jeszcze nie ma sprecyzowanych planów na życie. Dopiero niedawno wróciła z Londynu, gdzie rozpoczęła karierę jako projektantka, a teraz w rodzinnym Krakowie szuka dla siebie zajęcia i miejsca w całej skomplikowanej rzeczywistości, z którą przyszło jej się zmierzyć.

      Panie spotykają się w mieszkaniu matki, by po jej śmierci rozdzielić między sobą wszystko to, co zmarła zostawiła. To wtedy stają twarzą w twarz ze wspomnieniami z przeszłości, często bolesnymi. Chwilami atmosfera robi się nie do wytrzymania. Śmiech miesza się ze słonymi łzami. Na jaw wychodzą sekrety, które będą powodem do kłótni, wzajemnych oskarżeń. Podczas tych generalnych porządków poznają fakty, o których wcześniej nie miały pojęcia. Prawda zajrzy do mieszkania, jakby chciała wypełnić pustkę, która w nim zamieszkała. Czy będzie uzdrawiającym plastrem dla sióstr czy nieznośnym ciężarem, który będą musiały dźwigać przez lata? Tego dowiecie się, gdy przeczytacie książkę.

      Akcja powieści „Całuję. Mama” rozgrywa się w czasie pięciu dni, podczas których Beata, Joanna i Paulina próbują doprowadzić do ładu mieszkanie matki. Ale czy tylko chodzi tu o sporzątanie po zmarłej? Wnikliwy czytelnik  w trakcie lektury z pewnością uzyska odpowiedź na to pytanie.

      Historia, którą stworzyła Orłowska jest niezwykła, przesiąknięta specyficznym klimatem – nie do podrobienia. To swego rodzaju stadium psychologiczne. Na kartach tej powieści splatają się przecież tak odmienne od siebie charaktery. Autorka serwuje nam paletę osobowości.

      Wydawać by się mogło, że jest to opowieść o o typowej polskiej rodzinie, takiej jak moja, czy Twoja, drogi Czytelniku. Nic bardziej mylnego. Coś tych bohaterów odrożnia od nas. Niby są nam bliscy, a jednak czujemy pewną przepaść. Bez wątpienia jednak Monika Orłowska zgrabnie opowiedziała nam o losach Beaty, Joanny i Pauliny i ich najbliższych. Jeżeli chcecie przeczytać tę książkę i myślicie, że znajdziecie w niej nieskomplikowaną fabułę, lekkostrawną, to muszę Was rozczarować. Lepiej sięgnijcie po coś innego.

      „Całuję. Mama” jest obciążona silnym ładunkiem emocjonalnym. Trudno tę książkę zakwalifikować do typowych obyczajówek. Ja raczej położyłabym ją na półce z etykietą „literatura psychologiczna”, bo, jak już wcześniej wspomniałam, akurat psychologii mamy tu sporo.

      Podobał mi się również styl pisania autorki. Zgrabnie i z wyczuciem konstruowała zdania. Opisy, ktorych uświadczymy w tej prozie sporo, nie nużyły. Wręcz przeciwnie, czytelnik dla którego obce są czasy PRL-u, mógł zapoznać się, jak żyło się w tamtym okresie, z jakimi problemami przyszło się zmierzyć przeciętnym Kowalskim.

      Nie żałuję, że zapoznałam się z twórczością Moniki Orłowskiej. Jeśli tylko będę miała okazję przeczytać jakąś pozycję, która wyszła spod jej pióra, zrobię to z przyjemnością.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 31 grudnia 2017 13:20
  • sobota, 30 grudnia 2017
    • #10. Trup, kobieta i ostra jazda bez trzymanki

      Dzisiaj chcę Was zachęcić do przeczytania kolejnego kryminału. Nie takiego w wydaniu klasycznym, ale bardzo zabawnego i odprężającego. Tym razem  w moje ręce trafiła powieść „Całe zdanie nieboszczyka” autorstwa Joanny Chmielewskiej.

      Tej autorki nikomu nie trzeba raczej przedstawiać. Z obowiązku dziennikarsko-recenzenckiego przybliżę jednak nieco postać Joanny Chmielewskiej. Autorka powieści sensacyjnych, kryminalnych, komedii obyczajowych, a także książek dla dzieci i młodzieży.

      Ukończyła Wydział Architektury na Politechnice Warszawskiej, z zawodu inżynier architekt. Pracowała m.in. w Samodzielnej Pracowni Architektoniczno-Budowlanej „Blok”, w Energoprojekcie, w Biurze Projektów „Stolica”. Pracowała przy budowie Domu Chłopa.

      Debiutowała w 1958 na łamach czasopisma „Kultura i Życie” jako prozaik. Przez pewien czas pisała w Kulturze i Sztuce na tematy związane z architekturą wnętrz. W 1964 miał miejsce debiut książkowy – wydała sensacyjną powieść Klin. Od 1970 r. zajmuje się wyłącznie twórczością literacką. Łączny nakład jej powieści w Polsce przekroczył 6 mln egzemplarzy, a w Rosji – gdzie uważana jest za najpoczytniejszą pisarkę zagraniczną – 8 mln. Jej książki tłumaczono na języki obce 107 razy.

      Nielegalny hazard, przestępstwo i podróze z dreszczykiem w tle

      Główna bohaterka Joanna oddając się nielegalnemu w Danii hazardowi zostaje wzięta za członkinię międzynarodowej organizacji przestępczej. Konający człowiek przekazał jej sekret, który sprowadza na nią mnóstwo kłopotów i śmiertelne niebezpieczeństwo. Wkrótce kobieta zostaje uprowadzona. Tylko ujawnienie i rozwiązanie całej dziwnej zagadki pozwoli jej wrócić do normalności w żywej postaci. Czy ucieknie porywaczom? Jak potoczą się jej losy? Z czym jeszcze będzie musiała się zmierzyć?

      Chmielewska puściła luźno wodze fantazji i dała wyraźny upust własnej wyobraźni. Nawet uważny czytelnik nie zliczy wszystkich przygód, urozmaiceń w jakich brała udział bohaterka. Wiele z tych wydarzeń ma charakter fikcyjny i spełnie rolę czysto rozrywkową. I dobrze, bo nie chcę myśleć co by było, gdyby rzeczywiście ktoś popadł w takie tarapaty. Jeśli podejdziemy z dystansem do tego, co opisywane jest w książce, to będziemy mogli świetnie się bawić i poprawić sobie humor.

      Z prozą pani Joanny miałam okazję zapoznać się już drugi raz. Niestety, moje pierwsze spotkanie z jej twórczością nie należało do udanych. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jaki był tytuł tej pozycji a tym bardziej o czym była. Pamiętam jedynie, że mocno byłam zniesmaczona stylem pisarki, nie potrafiłam znaleźć sensu w całości. Stwierdziłam wtedy, że najprawdopodobniej nigdy nie sięgnę po jej powieści. Cieszę się, że na domowej półeczce stała sobie spokojnie omawiana właśnie książka i czekała na to, aż dojrzeję do tego, aby oddać się jej. Czuję się zaskoczona pozytywnie, bo z przyjemnością śledziłam, co wydarzy się w życiu Joasi, jakim problemom przyjdzie jej stawić czoła, kogo spotka na swojej drodze.

      Styl pisania pani Chmielewskiej jest dość specyficzny. Jak to powiedziała jedna z moich znajomych na Facebooku, cyt. trzeba mieć nastrój by ją czytać. Zgadzam się z tym zdaniem w pełni. Widać, że ja akurat taki nastrój miałam. Jedno trzeba przyznać – Chmielewska pisze lekko, z ironią, nie męczy swoich fanów wielką ilością postaci, co w kryminałach jest częstym zabiegiem, a to mnie mocno zniechęca do częstego zapoznawania się z tym gatunkiem. Co do akcji, mam pewne zastrzeżenia. Otóż, w mojej ocenie, jest ona spowolniona, a spowodowana jest to tym, że autorka, o dziwo, wplata w fabułę mało dialogów. Sporo opisuje, tłumaczy, ale jeśli chodzi o konwersacje, to tak jakby szkoda jej było miejsca na nie. Być może to celowe, nie mam pojęcia. Mnie akurat ten „manewr” sprytnie zastosowany przez pisarkę, trochę denerwował i znużył. Były momenty, kiedy tak byłam znudzona tym opisywanie, że przelatywałam kilkanaście kartek do przodu, bo chciałam się dowiedzieć czegoś więcej, spragniona byłam dynamiczności, jakiejś iskry. Po przeczytaniu gdzieś dwóch trzecich powieści uznałam, że zdecydowanie jest lepiej. Jakby wszystko ruszyło z kopyta i popędziło do przodu.

      Jeszcze kilka słów o samej bohaterce. Wzbudziła moją sympatię. Określiłabym ją jako nad wyraz zaradną osóbkę, z charekterkiem, wiedząca czego chce w życiu. Taka babka z jajami. Zastanawiałam się tylko, ile ona mogła mieć lat? Werwa, bystrość umysłu i działania wskazywały, że to całkiem młoda kobitka, ale opis siwych włosów i momentami aż za duża zrzędliwość wprowadziła mnie na trop, że jednak mamy doczynienia z nieco starszą panią. W każdym razie – mogłabym się z nią zaprzyjaźnić.

      Historia zaadresowana jest do kobiet, choć z pewnością i mężczyźni mogliby ją przeczytać. W końcu to oni lubią nagłe zwroty akcji, napięcie wymieszane z nutą strachu i niepewności o jutro. Myślę sobie, że nasi panowie wolą krwawe opowieści, gdzie co chwila ktoś umiera w niewyjaśnionych okolicznościach a na dodatek postaci nie przebierają w słowach. No na szczęście dla płci pięknej – tu tego zabrakło. Powyższa lektura na tle wymagań męskich wypada, powiedzmy sobie szczerze, blaaado. To nic! Przecież panowie także mają w czym wybierać. Wystarczy dobrze rozejrzeć się po regałach bibliotecznych, poszperać w domu albo iść do Empiku. Tam na sto procent każdy znajdzie coś, co mu podpasuje.

      Kochane czytelniczki, jeśli macie chęć na lekturę bogatą w żarty sytuacyjne, nie pozbawioną emocji, to polecam gorąco „Całe zdanie nieboszczyka”. Ja, miłośniczka powieści obyczajowych z wątkiem miłosnym, daję sobie uciąć wszystkie członki, że będziecie zadowolone, zrelaksujecie i spojrzycie na otaczający świat w nieco innym świetle.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 30 grudnia 2017 17:35
  • piątek, 29 grudnia 2017
    • #9. O książce "Ponieważ Cię kocham"

       Dzisiaj chciałabym napisać o książce „Poniewaz Cię kocham”, a jej autorem jest Guillaume Musso.

      W centrum handlowym na południu Los Angeles, wskutek nieuwagi opiekunki, znika pięcioletnia Layla. Nikt nie żąda okupu, a prowadzone przez policję poszukiwania stają się bezowocne. Rodzice – znakomita skrzypaczka i szanowany psycholog obwiniają sie za to, co się stało, aż w końcu rozstają się. Mark ląduje na ulicy, zaś jego żona rzuca się w wir pracy. Pięć lat później los krzyżuje ich drogi ponownie. Mark ratuje Nicole przed nożownikiem. Niedługo potem staje się cud. Zaginiona dziewczyna wraca…Pojawia się dokładnie w tym samym miejscu, w którym zniknęła.

      Tak w skrócie można by streścić książkę. Właściwie historia Layli to tylko jeden z wątków poruszony w książce. Podczas lektury poznajemy jeszcze historię Evie, Connora oraz Alyson, uzależnioną od wszystkich możliwych używek córeczkę bogatego tatusia, która jednak nosi w sobie piętno przeszłości, a jej nałogi nie są jedynie wynikiem braku pomysłu na siebie, ale raczej próbą zapomnienia o czynie, którego dopuściła się w przeszłości.

      W książce jest pewna magia – nie tylko w sensie metaforycznym, ale również dosłownym. Musso wplata do tej historii mnóstwo elementów surrealistycznych.

      Książka niewątpliwie jest warta uwagi i tego, by ją przeczytać.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 29 grudnia 2017 14:57
  • czwartek, 28 grudnia 2017
    • #8. Kinga Dębska "Moje córki krowy"- recenzja książki

      Moje córki krowy” Kingi Dębskiej to książka specyficzna. Społecznie – lektura na piątkę z plusem, zaś literacko – zdecydowanie do poprawki.

      Autorka pisze o sprawach trudnych w sposób lekki, używając przestępnego języka, wręcz kolokwialnego, co najbardziej mnie odpychało i zniesmaczało. No, ale o tym będę jeszcze pisała w dalszej części recenzji.

      To opowieść o rodzinie, o dość dziwnych relacjach nie tylko pomiędzy spokrewnionymi osobami, ale także tymi zupełnie obcymi. Nie brakuje tutaj smutnych zagadnień, takich jak: choroba, śmierć, żałoba. A w tym wszystkim dwie siostry – Marta i Kasia. Kobiety opowiadają co dzieje się w ich życiu. Każda mówi ze swojej perspektywy.

      Marta, typowa córeczka tatusia, wiecznie rozpieszczana, zbliża się do czterdziestki, samotnie wychowuje dorosłą córkę Zuzę. Bohaterka nie potrafi ułożyć sobie życia osobistego. Nie ma ochoty dłużej wcielać się w postać głupiutkiej Grażynki, którą gra w serialu od lat. Czterdziestolatka czuje się znacznie lepsza, mądrzejsza od swojej siostry, co bez skrępowania i wyrzutów sumienia udowadnia na każdym kroku, często będąc aż nadto złośliwa dla tamtej.

      Kasia jest nauczycielką, ma bezrobotnego męża oraz nastoletniego syna Filipa, który akurat przeżywa okres buntu. Mieszka z małżonkiem w tym samym domu, co rodzice. Kasia nadużywa alkoholu i nie dostrzega w tym absolutnie problemu.

      Choroba nowotworowa matki, a potem ojca, poniekąd zmuszają dziewczyny do tego, aby zjednoczyły siły, przestały patrzeć na siebie spode łba i razem rozpocząć dramatyczną walkę o życie. Czy im się to uda? Czy odłożą na bok wzajemne pretensje, egoizm, by ratować rodziców? Tego dowiecie się, gdy przeczytacie tę książkę. Zdradzę Wam jedynie, że to nie jest pozycja na jeden wieczór, o nie! Nie znajdziecie w niej słodkich opisów, sielanki czy niedomówień. Jeśli tego poszukujecie, musicie rozejrzeć się za innym tytułem.

      Niewątpliwie książka Dębskiej skłania do refleksji, zatrzymuje. Nie można przejść wobec treści tam zawartych obojętnie. Czytelnik zastanawia się co w danym momencie zrobić ta czy tamta postać, jaką podejmie decyzję i jak ona wpłynie na dalsze wydarzenia.

      Na początku tego wpisu wspomniałam, że książka literacko zdecydowanie nadaje się do poprawki. Dlaczego? Styl, jakim została napisana, jest tra-gi-czny!!! Chociaż jest wartościowa tematycznie i społecznie, to literacko naprawdę nie ma się czym chwalić. Pani Dębska ze szczegółami opisuje zachowania poszczególnych postaci, używa wulgaryzmów, a taki zabieg dla mnie w literaturze jest niedopuszczalny i ja go nie toleruję. Ponadto, zupełnie nie rozumiem, po co pisarka skupia się nawet na relacjonowaniu reakcji fizjologicznych u chorych osób? Nie mogę uchylić rąbka tajemnicy, bo wówczas zniechęciłabym Was do czytania tej pozycji. A nie ukrywam, że chciałabym poznać Wasze zdanie na jej temat.

      Komu zatem polecam tę powieść? Głównie tym osobom, które dzień dnia narzekają, że ich los jest ciężki, nie chce im się żyć. A także czytelnikom mojego bloga, których bliscy albo przyjaciele zmagają się z nieuleczalną chorobą. Mam nadzieję, że nie zawiedziecie się. Miłej lektury życzę!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 grudnia 2017 17:44
  • środa, 27 grudnia 2017
    • Po cholerę Ci mąż?

      Technologia XXI wieku wychodzi nam naprzeciw. Dziś jednym z najbardziej popularnych i rozpowszechnionych sposobów na znalezienie drugiej połówki jest Internet. Nikogo nie dziwi widok osoby zamieszczającej ogłoszenie na portalu randkowym czy czatującej. No…prawie nikogo.

      Miłość jest tematem przyjemnym. Lubimy o niej czytać, rozmawiać, ale najbardziej chyba lubimy jej doświadczać. Zakładam optymistyczny scenariusz, bo niestety jak przyjrzymy się temu co dzieje się dookoła nas, nie ma się z czego cieszyć. Rozwodzimy się na potęgę! Uzasadnione jest w tym miejscu zadanie pytania, czy prawdziwa miłość, taka aż do śmierci, jaką z hurra optymizmem zwykliśmy przyrzekać sobie przed ołtarzem, jeszcze istnieje? A może ona zarezerwowana jedynie dla wybranych? Po moich ostatnich doświadczeniach najchętniej odpowiedziałabym twierdząco, ale po kolei. Na refleksje i przykłady przyjdzie jeszcze czas.

      System wie kogo Ci trzeba

      Mało kto pewnie wie, że serwisy randkowe wykorzystują mechanizm wyszukiwania znany jako wyszukiwanie pasywne. O co chodzi? Potencjalni partnerzy nie są wyszukiwani przez użytkowników, ale zostają znajdowani przez system na podstawie szczegółowych pytań zadawanych szukającym partnera. Pytania te mogą przybierać formę testu psychologicznego, testu sprawdzającego zbieżność charakterów, mapy astrologicznej, analizy numerologicznej. Często te kwestionariusze są długie jak włoski makaron i szalenie banalnie skonstruowane, przypominajace kropka w kropkę psychotesty, które zapewne niejedna  z nas rozwiązywała. Logicznie myślący człowiek pomyśli: Świetnie! Rozwiążę sobie teścik. Zajmie mi około pół godziny i nie pozostanie mi nic innego jak tylko czekać na mój ideał. Jakie to łatwe! Zero wysiłku a ile korzyści. Pstryk i mamy. Szkoda, że w życiu  realnym nie działa to na takiej zasadzie.

      Pewnie słyszeliście ile Wasi dziadkowie, rodzice czy dalsi krewni musieli się, mówiąc kolokwialnie, wysilić aby zdobyć serce obecnej żony czy męża. Ileż trzeba było wykonać zabiegów, żeby w końcu dwoje kochających się ludzi mogło stanąć na ślubnym kobiercu. Nie będę wyliczać. Popytajcie trochę starszych od Was.

      A teraz co? Rozwiążemy sobie test, rzekomo ułożony przez psychologów (a kto sprawdzi, czy tu również ktoś nie nabija nas w butelkę?) i czekamy aż samo przyjdzie. Ot, relaks po ciężkim dniu.

      Zanim jednak zarejestrujemy się w jakimkolwiek serwisie kojarzącym pary, należy przypomnieć sobie, że nic nie zastąpi kontaktu realnego. Nawet jeśli decydujemy się na poznanie w sieci, byłoby dobrze  mimo wszystko dążyć do relacji face to face. Niezależnie co później z tego wyniknie – czy zdecydujemy się kontynuować znajomość wirtualną albo zakończyć ją i rzucić do kosza niepamięci.

      Wygląda na to, że nie tylko omawiane wyżej portale mają udział w łączeniu dwoje ludzi. Poznać się i zakochać można także…grając w gry on-line.

      Ostatnio przeczytałam artykuł o młodej dziewczynie i chłopaku. Poznali się przez Internet. Oboje byli fanami gry Halo 3 i sporo czasu spędzali grając on-line. Przez pierwsze trzy lata kontaktowali się za pośrednictwem Facebooka i MySpece’a. Dzięki połączeniom video na Skype mogli zobaczyć się. Wówczas się zakochali w sobie i postanowili być razem – już w świecie rzeczywistym.

      Dla wielu wyda się ta historia bajkowa. Przyznam, że i ja na początku miałam identyczne zdanie. Przekonał mnie fakt, że ten tekst przeczytałam na jednej z poczytnych  i, przynajmniej za założenia, rzetelnych stron.

      Po cholerę Ci mąż?

      Nie wiem, być może zostanę przez swoich Czytelników wyzwana, wyśmiana, obrzucona epitetami, ale  chciałabym Wam się do czegoś przyznać. Przez wiele, wiele lat nie byłam do końca przekonana do tego, że wynajdę potencjalnego męża dzięki Internetowi. Wiem, popełniałam błąd, bo winnam wierzyć w to, że wszystko jest możliwe. W przeciwnym razie oddalam od siebie mój cel. W sumie do tej pory podchodzę do tematu z pewnym dystansem, ale postanowiłam przekonać się, jak to w zasadzie jest. Tym bardziej, że mam znajomych (są niepełnosprawni tak jak ja), którzy są w związkach. Ponoć szczęśliwych. Zarówno koleżanka, jak i kolega. Kurde, skoro im się udało, dlaczego mnie ma ominąć szczęście? Gorsza jestem? Nie, nie, nie!

      Podjęłam więc decyzję, że otworzę furtkę komuś, kto może czeka tuż za rogiem. Co zrobiłam? Nic szczególnego – zaczęłam wchodzić na czat. Nie dlatego, że uległam namowom otoczenia, Boże broń! Nie z powodu licznych pytań, czy u mojego boku nie pojawił się jakiś przystojniak – absolutnie! Poczułam najzwyczajniej potrzebę, a raczej doszłam do wniosku, że nic nie tracę, a zyskać mogę. Nie jestem zdesperowana, nie przesiaduję tam godzinami. Wchodzę kiedy mam chęć i chwilę wolnego. Zupełny spontan.

      Wiecie, że należę do ludzi szczerych i nie zwykłam niczego ukrywać. Szczególnie kieruję się  tą zasadą, gdy chcę nawiązać trwałą relację z drugim człowiekiem. Uważam, że lepiej żeby druga strona wiedziała od razu na czym stoi niż miała dowiedzieć się o takiej czy innej rzeczy w momencie, gdy sytuacja pięknie się rozwinie i nabierze oszałamiającego tempa. Lubię grać w otwarte karty i kłaść je od razu na stół. I…bywa, że na tym tracę. Cóż, widocznie każdy ma coś pisane. Rano chcę odważnie spoglądać na siebie w lustrze i z dumą na ustach mówić: Dobrze zrobiłaś!

      Wracając do meritum, za każdym razem gdy rozmawiam na czacie uczciwie, po dłuższej wymianie zdań, przyznaję się, że poruszam się na wózku inwalidzkim a więc jestem niepełnosprawna. I co?

      Reakcje są przeróżne. Od tych lamentujących (Oj, bidula, współczuję! Pewnie Ci ciężko). Nie jestem biedna. Mam rodziców, siostry. Trzymamy się raczej razem. Finansowo również nie narzekam, choć oczywiście zawsze mogłoby być lepiej. Są dni, kiedy wcale tak słodko i sympatycznie nie jest, bo napotykam reakcje…nazwijmy to…oburzające, np: Idź kaleko lecz się!; Szukaj wśród swoich; I co, myślisz, że tutaj kogoś dla siebie wynajdziesz? A tak w sumie, to po co Ci mąż? I tak seksu nie możesz uprawiać. Mam rację? I inne tego typu wypowiedzi. Później niejednokrotnie zastanawiam się po takiej konwersacji, czemu nader często pada pytanie o ten seks i od razu stwierdzenie, że napewno nie mogę go uprawiać? Bo kurka mać co, jestem na wózku?!

      Założę się, że jeden czy drugi czatujący nie ma bladego pojęcia co to jest przepuklina oponowo-rdzeniowa i jak funkcjonują ludzie z tą chorobą. Czy naprawdę trudno zrozumieć, że niepełnosprawni mają identyczne potrzeby jak tzw. zdrowi?! Nie potrafię pojąć za Chiny, skąd te zdziwienia, że osoba z dysfunkcją poszukuje kogoś z kim spędzi całe swoje życie, kto pokocha ją całym sercem?! Bliskość, ciepło innego ciała, zauroczenie, zakochanie, namiętność – niepełnosprawni też mają takie pojęcia w swym słowniku.

      Dlaczego młoda kobieta na wózku inwalidzkim, czatująca prędzej czy później musi czytać na monitorze swojego komputera, że jest desperatką bo ośmieliła się przekroczyć za wysoki próg na jej bezwładne nogi i wkroczyć tam, gdzie wstępu nie ma? Bo chyba nie ma. A gdzie tam, do jasnej Anielki, było napisane, że brama otwarta wyłącznie dla młodych, sprawnych, zamożnych? Nigdzie! Oj przepraszam, w chorych głowach ludzi o ograniczonym światopoglądzie.

      Moje dotychczasowe internetowe relacje damsko-męskie kończyły się, jak się domyślacie, fiaskiem. Bo zawsze coś nie grało. Albo, co najgorsze, Panowie postanowili sobie zadrwić ze znajomości z taką kobietą jak ja i najczęściej byli zwykłymi oszustami i naciągaczami. Na szczęście, mam trzeźwy umysł i umiem się zdystansować, nie otwierać od razu. Nie ukrywam jednak, że wszystkie kłamstewka, próby zabawy moim kosztem sprawiają, że wycofuję się i mam coraz więcej wątpliwości, czy dobrze robię oraz zmienia się na poczekaniu w mojej głowie definicja idealnego związku.

      Rola masochistki nie dla mnie, ale nie będę zamykać się w skorupie tylko z tego powodu, że kilku idiotów dało mi w kość i że nie dorosło kompletnie ani fizycznie a już napewno nie mentalnie do tego, by być z kimś kto dajmy na to inaczej się porusza czy nie widzi. Życie! Nikt nie powiedział, że będzie super-hiper cudnie i że pójdzie jak po maśle. Obiecuję uroczyście jedno – nie poddam się! A zrobię to choćby po to, by nie dać dzikiej satysfakcji tym, którzy zacierają rączki i czekają na tę wielkopomną chwilę. Ja również mam prawo być szczęśliwa. Czy się komuś podoba czy nie. Na marginesie, to wyłącznie moja sprawa gdzie i jakimi metodami szukam partnera. Nie ja pierwsza i nie ostatnia.

      Nie wiem jeszcze, czy sama znajdę mojego Księcia czy pozwolę, żeby On mnie wypatrzył wśród tysiąca róż. Szczerze? Wolałabym tę ostatnią opcję. Pewność mam, że niezależnie od tego, jak się poruszamy, jak wyglądamy jesteśmy po to, by pięknie żyć, według własnego przepisu oraz sumienia i zasługujemy na to, co najlepsze. Ale wydaje mi się, że jeszcze sporo wody musi upłynąć, żebyśmy wreszcie zrozumieli, że my sami jesteśmy odpowiedzialni za to jak żyjemy, co robimy, bo nikt za nas życia nie przeżyje. Perfekcyjnie opanowaliśmy umiejętnośc dawania dobrych rad. Świetnie czujemy się w roli doradców. Czas na zmiany, kochani! Wszyscy uczmy się na własnych błędach, podążajmy swoją ścieżką. Powielanie tego, co już było, nie ma najmniejszego sensu.  A przede wszystkim zaczynajmy przemiany od siebie, nie od innych. Jeżeli komuś odpowiada konkretny sposób bycia, w porządku. Widocznie on/ona czuje się z tym komfortowo.

      A Wy, szukacie miłości w internecie czy w realu? Czatujecie? Co sądzicie na temat zawierania związków, niekoniecznie małżeńskich, przez osoby niepełnosprawne? Jesteście za czy wręcz przeciwnie? Podzielcie się opinią. Czekam na Wasze opowieści i komentarze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 27 grudnia 2017 16:30

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

  • Literatura polska

  • Literatura zagraniczna

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa