Z książką przez życie

Literatura zagraniczna

  • czwartek, 14 lutego 2019
    • #81 Robert B. Cialdini „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka”

      Jak nakłonić innego człowieka do zmiany sposobu postępowania? Jak zachęcić go do podjęcia lub zmiany decyzji? Jeśli chcesz poznać odpowiedzi na te i inne pytania, sięgnij po książkę światowej sławy eksperta w dziedzinie wywierania wpływu” – tak zachęca czytelników do sięgnięcia po książkę Roberta B. Cialdiniego Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne. Czy rzeczywiście warto?

      Chyba na samym początku warto napisać, że recenzowana przeze mnie książka wykorzystywana jest jako podręcznik na wielu amerykańskich uniwersytetach i nie tylko.

      Na końcu każdego z rozdziałów znajduje się podsumowanie, czyli podanie w „pigułce” najważniejszych kwestii omawianych wcześniej, a także znajdziemy dział z pytaniami, które mają na celu usystematyzowanie zdobytej wiedzy. Co ciekawe, autor dodał również „Pytania na myślenie”, dzięki którym osoba zainteresowana może sprawdzić swoje umiejętności w praktyce.

      W opisie z tyłu książki czytamy, że grono odbiorców dzieła Cialdiniego jest zróżnicowane. Wymienione są zawody, dla których szczególnie kierowana jest ta pozycja. Są to: dziennikarze, psychologowie, kierownicy, specjaliści od reklamy i marketingu, prawnicy, ekonomiści, wykładowcy i nauczyciele i „inni”. Inni, czyli przeciętna Iksińska i Nowak też mogą sięgnąć po tę lekturę. Nie ma tu ograniczeń.

      Interesującym zabiegiem zastosowanym w pozycji „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka” jest wzbogacenie całości o listy od czytelników, które napisane są językiem zrozumiałym dla wszystkich, czego już nie można powiedzieć o pozostałych częściach. We wspomnianej korespondencji czytelnicy relacjonują zaistniałe sytuacje z ich życia osobistego, a Cialdini tłumaczy, dlaczego wydarzyło się coś tak, a nie inaczej. Posługuje się przy tym opisywaną akurat w danym rozdziale regułą wpływu społecznego. Trzeba podkreślić, że treść listów jest uaktualniana wraz z kolejnymi wydaniami książki.

      Cialdinie przytacza wiele przykładów, sytuacji, gdzie ktoś próbował manipulować nami i wykorzystać do własnych celów. Uczy, jak zachować ostrożność, co w konkretnym momencie powinniśmy uczynić. Przyznam, że niejednokrotnie zdziwiona byłam tym, jakich metod mogą używać ludzie, żeby osiągnąć to, co chcą. W ten sposób otwiera nam oczy na kilka spraw, o których wcześniej zapewne nie mieliśmy bladego pojęcia.

      Czy książka mnie zachwyciła? Poniekąd zaintrygowana byłam niektórymi przykładami. Myślę, że rady zawarte w tej lekturze wykorzystam na co dzień. Jednak skłamałabym, gdybym powiedziała, że zostałam przez Cialdiniego rzucona na kolana przedstawioną treścią. Przede wszystkim zmęczyłam się przy czytaniu tej książki. Wymaga ona bowiem sporego skupienia uwagi. Nie radzę czytać jej hurtem, bo gwarantuję, że wówczas szybko dacie sobie spokój z analizą tych jakże cennych wiadomości. Jeśli naprawdę  pragniecie zapoznać się z książką „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka”, to dawkujcie, proszę, sobie wiedzę. Czytajcie niewielkie fragmenty. A nawet potraktujcie całość wybiórczo.

      Jedno mogę Wam powiedzieć – sięgacie po tę pozycję na własną odpowiedzialność. Nie odradzę Wam jej, ale też nie zamierzam namawiać. Wybór pozostawiam każdemu indywidualnie. Zainteresowanym życzę miłej lektury!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 lutego 2019 19:38
  • sobota, 09 lutego 2019
    • #80 Joanna Trollope „Cudze dzieci”

      Dlaczego niektórym małżeństwom nie udaje się wyjść z kryzysu? Czy łatwo jest założyć nową rodzinę, zbudować szczęście rodzinne od początku? Co na to dzieci z poprzednich związków? Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedź czytając powieść Joanny Trollope „Cudze dzieci”.

      Matthew Mitchel i Josie Carver decydują się pobrać. Tych dwojga musi jednak pamiętać o tym, że do tej układanki powinni jeszcze pasować: Rufus – mały chłopiec, synek z poprzednego małżeństwa Josie. Oprócz tego są pociechy Matthew, czyli: Becky, Rory i Clare.

      Jakby tego było mało mamy Nadine – nie do końca zrównoważoną byłą żonę Matthew i Toma – małżonka Josie, jego nową partnerkę Elizabeth oraz Dale i Lucasa – dzieci Toma. Nie zdziwię się, jeśli na tym etapie tego wpisu ktoś napisze: „Pomieszanie z poplątaniem”. Trafny to wniosek. Sama wielokrotnie do niego dochodziłam, próbując doczytać książkę do końca.

      Specjalnie nie odkryję przed Wami fabuły. Jeśli zdecydujeciem, że chcecie zagłębić się w tę historię, to sami przekonacie się o szczegółach.

      Trollope gromadzi na kartach swojej powieści mnóstwo postaci, co moim zdaniem, jest kiepskim zabiegiem. Już przy przeczytaniu kilkunastu lub kilkudziesięciu stron możemy zadać sobie pytanie: „Ale chwila, chwila…Właściwie kto jest spokrewniony z kim i jaką rolę pełni?” Dociekliwi pewnie będą przewracali kartki. Tylko czy taka lektura ma sens?

      Ponadto, autorka kreśli dla każdego przedstawionego bohatera dokładny portret psychologiczny. Mają oni swoje zdanie, swoje zmartwienia i wspomnienia z przeszłości, do której nie rzadko wraca. A więc serwuje nam kolejny labirynt, przez który czytelnik przebrnie z lekkością albo zmęczony zawiłościami fabuły zwyczajnie odpuści.

      Chciałam bardzo „Cudzym dzieciom” dać szansę. Nawet na samym początku stwierdziłam, że opowiedziana przez Joannę Trollope historia ma potencjał i może wciągnąć innych. Zagłębiałam się w losy Josie i Matthew. Starałam się wczuć w ich sytuację tak, jakby byli moimi znajomymi. Na nic jednak to się zdało, bo książka z każdym rozdziałem stawała się dla mnie coraz bardziej nużąca, męcząca i nie do zniesienia. Były momenty, że już miałam skończyć przygodę z tą powieścią i nie katować się nią dalej. Łudząc się: „a może coś się w końcu wydarzy, co powali na kolana” kontynuuowałam lekturę. Największe szczęście poczułam, gdy zamknęłam książkę i odhaczyłam ją w serwisie Lubimy Czytać jako przeczytaną. Choć w zasadzie powinnam napisać – prześledzoną.

      Jak widzicie, nie wszystkie pozycje, które biorę z biblioteki, wprawiają mnie w zachwyt i euforię. Tutaj raczej więcej było irytacji i zniechęcenia.

      Nie zamierzam niczego Wam narzucać. Proszę, abyście sami podjęli decyzję, czy zapoznacie się z „Cudzymi dziećmi” czy dacie spokój i poświęcicie czas na coś ciekawszego.

      Ja gdybym drugi raz stanęła przed wyborem: sięgnąć czy nie sięgnąć po ten konkretny tytuł, zdecydowanie wybrałabym opcję drugą. Pani Trollope nie zaserwowała mi tego, czego akurat poszukuję w literaturze.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lutego 2019 16:58
  • poniedziałek, 04 lutego 2019
    • #79 „Gwiazd naszych wina” – fajerwerków i szału brak

      „Gwiazd naszych wina”  autorstwa Johna Greena to książka, nad którą pieją zachwyty niemalże wszyscy blogerzy literaccy.  Oprócz mnie.

      Zacznijmy więc od samego początku. Historia podana przez autora jest dość prosta i nie ma w niej nic nadzwyczajnego, co mogłoby powodować w czytelniku szybsze bicie serca, wypieki na twarzy albo zwykły efekt „woooooooow!”

      Szasnastoletnia Hazel cierpi na nowotwór tarczycy w ostatnim stadium, z przerzutami do płuc. Te zaś sprawiają, że nastolatka nie może swobodnie oddychać.  Dzień po dniu wszyscy toczą walkę o jej życie, choć i tak doskonale wiedzą, że śmierć w jej przypadku przyjdzie szybko.

      Augustus znajduje się w pozornie lepszej sytuacji, bo jego choroba jest uleczalna. Prawdopodobieństwo, że pożegnał się z rakiem na zawsze wynosi statycznie 85%. Chłopak cały czas powtarza, że czuje się świetnie, stara się za wszelką cenę być optymistą. Wspiera innych na spotkaniach grupy wsparcia dzieci z rakiem. Tam poznaje Hazel, z którą łączy go silna więź.

      Dodatkowo, ulubiona książka Hazel staje się inspiracją i przyczynkiem do tego, by tych dwoje zjednoczyło siły w poszukiwaniu pisarza, który mógłby w wyczerpujący sposób odpowiedzieć na pytania dotyczące dalszych losów bohaterów literackich ich ukochanego dzieła literackiego.

      W tym momencie mogłabym zakończyć pisanie opinii na temat „Gwiazd naszych wina”. Szukam odpowiednich słów i zdań, by wyrazić odczucia po lekturze. Nie znajduję, więc powiem prosto z mostu – nuda i chała. Nic więcej! Wiele razy miałam chęć zamknąć książkę i zacząć następną, ciekawszą. Pomyślalam sobie jednak, że sprobuję poszukać głębszej treści, przesłania, które powali na kolana i sprawi, że nie zasnę w nocy, bo będę nieustannie myślała o tym, co przeczytałam. Kurde, nic takiego się nie wydarzyło! W pewnej chwili całkiem zgłupiałam co czytam – kiepski harlequin, wypracowanie szkolne czy może beznamiętny pamiętnik gimnazjalisty…Jezu, czym się tu zachwycać? Płakać mam? Śmiać się z naiwności i głupich tekstów podlotków? W rezultacie wściekła i poirytowana bez żalu i skruchy zamknęłam czytadło i wydobyłam z siebie uuuuuuuuf!!!!

      Przygotowując się do napisania tego tekstu, poszperałam na kilkunastu blogach, by zapoznać się ze zdaniem innych. W wielu recenzjach czytałam, że to historia wzruszająca, piękna i każdy po zapoznaniu się z nią będzie lepszy. No po prostu cuda nad Wisłą! Nie mam serca z kamienia, uważam się za wrażliwą, sporo we mnie empatii. W tym wypadku przyznam się bez bicia i z ręką na sercu, że nikomu nie współczułam ani tym bardziej z moich oczu nie lały się łzy. Za to bez przerwy zaglądałam na zegarek, bawiłam się z kotem albo zastanawiałam się, co słychać u facebookowych znajomych.

      Ileż razy zarzekałam się, że nie wezmę do ręki pozycji książkowych, które są modne, przy których społeczeństwo zbiorowo się podnieca jakby oglądało słynny francuski film przeznaczony dla dorosłych - „Emmanuelle”? Niestety, człowiek ma tendencję do powtarzania błędów. Po raz enty dałam się zwieźć wspaniałym rekomendacjom. Znowu mam jasny dowód, że powinnam słuchać wyłącznie własnego głosu serca i chodzić szlakami literackimi, które sama wyznaczyłam. W przeciwnym razie zginę i nie będe miała okazji odkryć faktycznie przepięknych opowieści i literackich zakątków.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 lutego 2019 20:17
  • wtorek, 29 stycznia 2019
    • #78 Jacques Expert „Żona potwora”

      W chwili ślubu z przystojnym Simonem Dargetem miała zaledwie dwadzieścia dwa lata. Podziwiała jego siłę, urok, nie mogła uwierzyć, że wybrał właśnie ją. Kiedy po latach policja przyszła aresztować jej męża, nagle zainteresował się nią cały kraj. Taki opis przeczytałam na okładce książki Jacques’a Expert’a „Żona potwora”.

      Nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego po tej powieści. Ale w głębi duszy chciałam, by czas jej poświęcony nie okazał się całkowicie stracony. Mogę przyznać z czystym sumieniem, że naprawdę nie żałuję swego wyboru. Więcej zdradzę – to jedna z lepszych historii z dreszczykiem w tle z jaką miałam okazję się zapoznać.

      Simon Darget to niezwykłej urody mężczyzna. Można zaryzykować stwierdzenie – prawdziwy Casanova. Skończył dobrą szkołę, znalazł dobrze płatną pracę i założył rodzinę. Na pierwszy rzut oka niczego mu nie brakuje, idealny kandydat na męża, ojca, zdolny do wszelkich poświęceń dla najbliższych. Czy rzeczywiście tak było? Dlaczego ten z pozoru grzeczny, miły i uczynny człowiek zostaje nazwany potworem?

      Jak się domyślacie jednym z głównych wątków jest przestępstwo. Jakiego rodzaju? Na kim? Czy główny bohater okazał skruchę za popełniony czyn? Co na to jego dzieci i znajomi? Na te pytania nie odpowiem napewno, bo wówczas pozbawiłabym Was przyjemności czytania tej książki, a jest ona tego warta.

      „Żona potwora” to opowieść, w której ukazana jest historia młodej kobiety, ktora przez szesnaście lat tkwiła w związku małżeńskim z mężczyzną o dwóch twarzach. Tak, nie ma w tym ani krzty przesady. Simon to anioł dobroci ale i diabeł wcielony.

      Przez wszystkie lata tej chorej relacji kobieta usprawiedliwiała męża, była na jego usługi (dosłownie!), spełniała nawet najbardziej niedorzeczne zachcianki, usilnie zapobiegała jego wybuchom złości.

      Gdy czytałam tę książkę, to zupełnie nie wiedziałam komu właściwie powinnam współczuć. Bo mamy kobietę pokrzywdzoną, matkę i żonę w jednym, która  każdego dnia poniżana, upokarzana odgrywa swoje codzienne role. Nie mogę niestety pozbyć się opinii wyrobionej podczas zapoznawania się z fabułą, że ta bohaterka jest niemiłosiernie głupia, naiwna i wszystko czego doświadcza, otrzymuje bo na to się godzi a czasem odnosiłam wrażenie, że jej to nad wyraz pasuje! No  do diaska, czy nie widziała przez taki długi okres czasu, jak zachowuje się ojciec jej dzieci?! Nic kompletnie jej nie zaniepokoiło? Mało tegu, gdy już niemalże była przekonana z kim mieszka, to i tak nie protestowała. Niby kochała swoje dzieci, była dla nich dobra, ale w gruncie rzeczy swoim zachowaniem robiła im niewyobrażalną krzywdę, wmawiając że tatuś jest dla nich dobry, że darzy je uczuciem ojcowskim, ale zaraz dodawała, jakim to on nie jest złoczyńcą. Nie współczułam więc pani Darget, że Simon traktuje ją przedmiotowo i nic sobie z niej nie robi.

      Dopiero bohaterka „odzyskuje wzrok” gdy mężczyzna trafia do aresztu i oczekuje na proces. Wtedy decyduje się by spojrzeć prawdzie w oczy.

      Gdybym miała określić tę powieść zakwalifikowałabym ją do lekkich kryminałów. Nie znajdziemy tutaj żadnych opisów morderstw, przelewów krwi czy innych okrutnych scen. Te są zakamuflowane, autor wspomina, że coś takiego się wydarzyło, ale oszczędza czytelnikom szczegółów. Za to skupia się na stworzeniu psychologicznych portretów Simona i osób go otaczająch. Uważam, że czyni to po mistrzowsku. Nie ma takich samych charakterów. Mamy swoisty zbiór indywidualności.

      Po której ze stron opowie się czytelnik – jego problem. Jacques Expert niczego nie narzuca. Wręcz przeciwnie – pozwala zapoznającym się z jego prozą samemu zdecydować kto jest tym dobrym, a kto zasłużył na potępienie. By rozwikłać tę zagadkę trzeba najpierw sięgnąć po „Żonę potwora”. Jeżeli więc macie ochotę na coś ambitnego, dającego do myślenia, ten tytuł jest dla Was i gwarantuję, że nie przeżyjecie rozczarowania. Miłej lektury!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 stycznia 2019 14:25
  • środa, 23 stycznia 2019
    • #76 Nicholas Sparks „Spójrz na mnie”

      To już trzecie moje spotkanie z twórczością Nicholasa Sparksa. Powieść czytałam tydzień. I wyciągnęłam pewne wnioski, którymi podzielę się poniżej.

      Są mężczyźni, którzy wzbudzają szybsze bicie serca i nie ma to nic wspólnego z pierwszym zauroczeniem. Collin Hancock należy do tych właśnie osób, na widok których kobiety drżą jak galareta, a mężczyźni zaś chcą z nim stanąć do walki. Collin nad wyraz chętnie walczy, choć od pewnego czasu już tylko jako zawodnik. Bójki w barach, demolowanie domów i samochodów to przeszłość, ale ta jednak nie pozwala mu o sobie zapomnieć. I dozór policji także. Był trudnym dzieckiem. Wyrzucany z kolejnych szkół. Typowa czarna owca w rodzinie. Pozycja społeczna rodziny i spore środki finansowe uchroniły chłopaka od więzienia. Wie jednak, że musi zachowywać się wzorowo, bo w przeciwnym razie trafi za kratki. Mówią, że ludzie się nie zmieniają. Są jednak wyjątki od reguły. Taką jest Collin. Mamy wrażenie, że Hancock przechodzi swoistą przemianę. Teraz nie w głowie mu konflikty z prawem. Pragnie ukończyć studia pedagogiczne i nauczyć się kontrolować własny gniew.

      Tak było dopóki nie poznał młodej prawniczki, zajmującej się ubezpieczeniami w jednej z największych kancelarii Wilmington – Marii Sanchez.  Mężczyzna z zapełnioną kartoteką i przykładna córka, szanująca bliskich, dbająca o stosunki rodzinne, licząca się z opinią innych. Dwa światy. Czy ta para ma szansę na zbudowanie trwałego związku? Żeby nie zdradzać szczegółów fabuły powiem tyle, że tych dwoje połączy coś niezwykłego. Jeżeli spodziewacie się tu jedynie słodkiej sielanki, to rozczarujecie się srodze.

      O tym, jak bardzo pozory mogą mylić, a także o tym do czego może posunąć się chory psychicznie przeczytacie w powieści „Spójrz na mnie”. Opublikowana nakładem Wydawnictwa Albatros książka Nicholasa Sparksa to historia o krwawej zemście, stalkingu, o lęku, który nie pozwala normalnie funkcjonować. Marię ktoś prześladuje. Kto? Czy rzeczywiście ma się czego bać, a może to tylko zwyczajne strachy na lachy? Czy spotka się ze swoim prześladowcą? „Będziesz wiedziała co się wtedy czuje” - słowa znamienne, od których w zasadzie wszystko się zaczyna. I bukiet pięknych, czerwonych róż. Co jeszcze czeka bohaterkę? Jak sobie poradzi? Ja Wam tego nie powiem. Jeżeli chcecie się dowiedzieć, jak zakończy się ta mrożąca krew w żyłach opowieść,  oddajcie się lekturze tej książki.

      Gdybym miała wystawić ocenę tej powieści, dałabym 8/10. Dlaczego nie maksymalną notę? Bo mam pewne zastrzeżenia. Po pierwsze, uważam, że w książce jest zdecydowanie za mało dialogów, a za dużo długich opisów. Strasznie to nużące i jakieś rozmemłane. Nie dziwię się, że całość ma ponad pięćset stron, skoro autor tak skupił się na opisywaniu sposobu myślenia bohaterów, zachowań, ruchów, tego co wokół. Według mnie, to całkiem zbędne. Liczy się przecież dynamiczna akcja. Chyba o to chodzi w kryminałach, nawet obyczajowych. Zdaje się, że autor o tym zapomniał.

      Po drugie, czytając stwierdziłam, że Sparks pogubił się, jaki wątek jest ważniejszy – miłosny czy kryminalny. Owszem, ten drugi jest rozbudowany, ale gdzieś w pewnym momencie zostaje zepchnięty na dalszy plan na rzecz opowieści o miłości. Mnie za bardzo nie obchodziło co Collin czuje do Marii i ile razy się z nią kochał. Niekoniecznie odpowiadały mi te fragmenty. Nie żebym była jakaś nimi zniesmaczona, nie. Nie mniej raczej nastawiłam się na co innego.

      Komu polecam? Przede wszystkim miłośnikom powieści z wątkiem kryminalnym i osobom chcącym poczuć lekki dreszczyk emocji.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      środa, 23 stycznia 2019 17:41
  • sobota, 19 stycznia 2019
    • #75 Jon Katz „Dobry pies”

      „Jest twoim przyjacielem, partnerem, obrońcą – twoim Psem. Jesteś jego życiem, miłością, przewodnikiem. Będzie twój – wierny i oddany do ostatniego uderzenia serca. Winien mu jesteś zasłużyć na to oddanie.”/ M. Siegal / I właśnie o takim oddaniu jest książka Jona Katz’a „Dobry pies”.

      Devon, pies rasy border collie, był już dorosłym psem, kiedy Jon Katz go przygarnął. Było wiadomo, że uczestniczył w szkoleniach, że miał swoje przejścia i że to istota niezwykle trudna. Lubił dominować, być w centrum uwagi i posiadał wybujały instynkt pasterski. Nie przeszkadzało to jednak by skraść serce swojego nowego właściciela, jego znajomych i przyjaciół.

      Opowieść zaczyna się od opisu, jak to czworonożny przyjaciel Katz’a próbuje zawzięcie zaganiać autobus, budząc tym samym strach w dzieciach i ich rodzicach. Ci ostatni w końcu decydują się wezwać policję. Scena prawie jak z najlepszego filmu akcji, tyle że z dawką humoru, bo dość komicznie wygląda to, jak sam autor recenzowanej przeze mnie książki, trzyma na rękach psa o wadze piętnastu kilogramów i ucieka przed stróżami prawa bocznymi uliczkami. Ktoś powie: „Cóż zdarza się.” Nie wie tylko, że to dopiero początek przygód Devona i jego pana. Mrożacych krew w żyłach przygód.

      Katz razem ze swoim pupilem trafia na szkolenie psów pasterskich do niejakiej Carolyn Wilki, gdzie dość szybko okazuje się, że pies jest oporny na wszelkie pasterskie komendy. Pies rozgania owce, zamiast je zaganiać, podgryza je, a powinien lekko podszczypywać. Po wielu nieudanych próbach trenerka poleca Jonowi by zmienił psu imię, bo ma nadzieję, że ta metoda poskutkuje i Devon poskromi swoje dziwne zapędy i będzie mniej temperamentny. Chce aby nowe imię nie kojarzyło się psu z karami i stresem, a z przyjemnościami takimi jak smaczne przekąski, nagrody i pochwały, na które border collie jest łasy, jak nikt. I tak oto Devon staje się Orsonem.

      Początkowo zmiana przynosi efekty. Orson rozumie o wiele więcej, a szkolenie przestaje traktować jako karę za grzeczy czy traumę. Pod koniec szkolenia udaje mu się zdobyć dyplom początkującego psa pasterskiego. Ale Katz podejmuje decyzję, że nie chce aby jego pies brał udział w zawodach, bo i tak nie ma szans by wygrał. W zamian za to kupuje farmę na wsi, by tam rozpocząć z psiakiem nowe życie.

      Dopiero tam poznaje, jaki naprawdę jest Orson. Dowiaduje się, że pies przejawia agresję, i to nie tylko wobec psów, ale co najgorsze – nawet wobec ludzi, których znał i lubił. Nie cierpiał towarzystkich psów, takich jak na przykład golden retrivery czy labradory. Psów przewodnikow też nie znosił. Szczenięta również należały do tego grona. Ponadto, nienawidził mężczyzn, szczególnie noszących ciemne ubrania, a tych, którzy trzymają jakieś narzędzia w rękach, szczególnie, oraz nastolatków śmigających na deskorolkach. W ogóle miał awersję do wszystkiego, co szybko i gwałtownie się porusza. Ubóstwiał za to kobiety, niemowlęta, niepełnosprawnych na wózkach inwalidzkich i staruszków.

      Katz zrobił dla Orsona wszystko co było można zrobić. Począwszy od ciężkiej pracy, jaką wykonał, żeby go wychować, po szkolenia. Chodził także na wizyty do szamanek, psich behawiorystów. Ze wszystkich sił pragnął, żeby pies spokorniał. Czy te zabiegi jakieś przyniosły pozytywne rezultaty? Co zrobił Jon Katz?

      Nie przypuszczałam, że ta powieść zrobi na mnie tak ogromne wrażenie i że zdoła poruszyć wszystkie struny mojej duszy. Na początku nic na to nie wskazywało. Siedząc w pokoju śledziłam  losy Orsona i po jakimś czasie stwierdziłam, że ta książka jest fajna, później awansowała na ładną, a w finalnych scenach z przekonaniem stwierdziłam, że to piękna i bardzo poruszająca opowieść, którą bez dwóch zdań powinni przeczytać ci, którzy kochają zwierzęta, zwłaszcza te czworonożne. To historia dla miłośników przyrody.

      „Dobry pies” Jona Katza to, jak już wspomniałam, niezwykła historia o nieprawdopodobnie silnej więzi między psem a człowiekiem. O cierpliwym budowaniu relacji, nie takiej powierzchownej, ale tej trwającej latami, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, która jest w stanie przetrwać wszystko, i której nie jest w stanie zmienić ani czas ani nawet śmierć. To mądra opowieść o przyjaźni nie znającej żadnych granic.

      Ta książka jest mi wyjątkowo bliska, bo sama dwa lata temu, podobnie jak autor, musiałam stanąć przed diabelnie trudnym wyborem. Choć serce bolało i rozdzierało się na pół, a dusza płakała, musiałam podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. I do dziś, choć doskonale znam odpowiedź, zastanawiam się czy aby na pewno dobrze zrobiłam? Czy nie było innego wyjścia? Na te same pytania po cichu próbuje sobie odpowiedzieć Katz. Być może nie jestem obiektywna w ocenie tej książki. Trudno. Przy jej lekturze przypomniało mi się wszystko to, co przeżywałam w czerwcu 2015 roku.

      Dziękuję  mojej znajomej – Dagmarze-  za możliwość przeczytania tej historii i za to, że przysłała mi ją w momencie, gdy poczułam, że cały mój świat legł w gruzach i że cząstka mnie uciekła gdzieś bezpowrotnie. I choć przeczytałam ją dopiero teraz, kiedy ból minął a została jedynie tęsknota, nie żałuję poświęconych dni i godzin na tę książkę. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że niemalże jesteśmy skazani na to uczucie, że nasz świat runął z hukiem i że nikt i nic nie jest w stanie go odbudować,  bo niejednokrotnie da nam przecież o sobie jeszcze znać. W moim przypadku tak było i zapewne będzie, oby nie za prędko.

      Jeżeli więc macie ochotę na lekturę pełną emocji, wzruszeń, dostarczającą refleksji nad tym co nieuniknione, jesteście w stanie przeżywać trudne chwile z bohaterami, serdecznie polecam Wam książkę Jona Katz’a „Dobry pies”. Gwarantuję, że spędzicie czas pożytecznie i do tego dowiecie się wielu ciekawych rzeczy.

      Powieść napisana jest prostym językiem. Czyta się ją lekko, choć wydarzenia w niej opisywane sprawiają, że czytelnik czuje, że na jakiś czas musi się zatrzymać, chociażby po to, by przemyśleć pewne fakty, wybory, jakich dokonują główne postaci. Tej książki nie pochłoniecie, moim drodzy, w jeden wieczór, choć biorąc pod uwagę ilość stron, nic nie stałoby na przeszkodzie. Niesie ona bowiem za sobą zbyt duży ładunek emocjonalny. Jesteście w stanie go udźwignąć? Sięgnijcie po tę opowieść. Warto!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 19 stycznia 2019 11:48
  • czwartek, 17 stycznia 2019
    • #74 Stephen King „Colorado Kid”

      Wiele słyszałam o Stephenie Kingu. Blogerzy książkowi zachwycają się jego twórczością. Postanowiłam więc wypożyczyć z biblioteki książkę „Colorado Kid”i sprawdzić, czy powieść tego pisarza wpasuje się w mój gust czytelniczy.

      Powieść „Colorado Kid” wypożyczyłam z biblioteki. Stała sobie na regale opatrzonym napisem kryminał. A ponieważ ostatnio chciałam przeczytać coś z tego gatunku, poprosiłam panią bibliotekarkę, by wpisała w komputer, że biorę tę konkretną książkę. Gdy jeszcze dodatkowo przeczytałam notkę wydawniczą, która mówiła o tym, że bohaterami powieści są dziennikarze, serce zaczęło mi bić mocniej, nabrałam przekonania, że to świetny wybór i z pewnością nie będę żałowała swojej decyzji.

      Miał być kryminał, a wyszła opowieść obyczajowa. Są w niej dziennikarze, a jakże. Znalazłam na kartach tej książki opisy takie, jakich się spodziewałam, czyli o tajnikach dziennikarstwa. Świetnie. Tylko, że to nie wystarczyło, żeby wbić mnie w fotel, a ściślej mówiąc w siedzenie mojego wózka inwalidzkiego. Byłam przyzwyczajona, że powieść kryminalna musi mieć w sobie jakąś intrygującą historię, tajemniczą zbrodnię, zagadkę, którą ktoś próbuje krok po kroku rozwiązać, oczywiście śledztwo, aż wreszcie finał z wielką pompą. Oczekiwałam nagłych zwrotów akcji, plątaniny wydarzeń. Niestety, niczego takiego nie dostałam. Pogubiłam się, czy oddałam się lekturze kryminału czy obyczajówki. Bo jeśli książkę „Colorado Kid” miałabym zakwalifikować do powieści obyczajowych, to mogę powiedzieć, że  raczej spełniła moje oczekiwania. Historia kryminalna pozostawia niestety mnóstwo do życzenia i nie wystawiłam jej wysokiej oceny.

      Dwóch doświadczonych dziennikarzy, Vince Teaugue i Dave Bowie, zostaje poproszonych przez praktykantkę Stephanie McCann o opowiedzenie niewyjaśnionej tajemnicy, z którą mogli się zmierzyć pracując w swoim zawodzie. Mężczyźni przystają na propozycję Stephanie i przytaczają historię Colorado Kida, martwego mężczyzny, który został znaleziony na jednej z wysp Moose Lookit. Policja nie miała wątpliwości, co do śmierci tego człowieka, dziennikarze jednak rozpoczynają prywatne śledztwo, aby dowiedzieć się, jak było naprawdę. Próbują odtworzyć godzina po godzinie ostatni dzień życia zmarłego.

      Odniosłam wrażenie, że Stephen King bardzo chciał napisać coś, co porwie czytelników, ale na dobrych chęciach się skończyło. Akcja wlecze się do granic możliwości, główne postaci rozwlekają swoją opowieść, okraszając ją zbędnymi komentarzami, które tylko pełnią funkcję zapychacza fabuły. Poza tym, panowie dziennikarze mają taki irytujący ton podczas szkolenia dziewczyny. Zachowują się jak nauczyciele, którzy chcą wyciągnąć uczennicę na dwójkę, bo wstyd im postawić jedynkę w dzienniku. A głupiutka praktykantka jak w zegarku odpowiada im na każde pytanie. Bardzo nie podobało mi się to, jak King wykreował swoich bohaterów.  Tacy mało wyraziści, z nieskomplikowaną osobowością, rodem z brazylijskich tasiemców, a przecież tak poczytny pisarz powinien wiedzieć, jak skonstruować postać, by była ona interesująca dla czytelnika.

      Książkę, a właściwie książeczkę czyta się dość szybko, bo ma zaledwie sto dwadzieścia stron. I całe szczęście, bo gdyby miała więcej, to nie wiem, czy przeczytałabym ją do końca. Opowieść, którą snuli starsi panowie (jeden w wieku sześćdziesięciu pięciu lat, drugi dziewięćdziesiąt lat) pędziła niczym pendolino, a jej koniec był znany chyba tylko samemu autorowi, bo ja go nie poznałam, nie dlatego, że nie doczytałam książki – po prostu tak została wysnuta ta opowieść. Jakie było rozwiązanie kryminalnej zagadki – nie mam pojęcia. Być może ktoś z Was je dostrzeże albo zrobił to wcześniej. Gdyby Wam się to udało, proszę o kontakt.

      Winna jestem jeszcze informację, jaką ocenę wystawiłam książce „Colorado Kid” Stephena Kinga. Uznałam, że najuczciwiej będzie jak dam jej notę 4 na 10 możliwych punktów. Trzy to byłoby troszeńkę za mało, a z kolei na piątkę zdecydowanie nie zasłużyła ta lektura.

      Stephen Edwin King (ur. 21 września 1947 w Portland) – amerykański pisarz, autor głównie literatury grozy. W przeszłości wydawał książki pod pseudonimem Richard Bachman, raz jako John Swithen. Jego książki rozeszły się w nakładzie przekraczającym 350 milionów egzemplarzy, co czyni go jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie.

      Jest autorem horrorów, które przeszły do klasyki gatunku, jak np. „Lśnienie”, „Smętarz dla zwierzaków” (w nowym wydaniu jako „Cmętarz zwieżąt”),”Miasteczko Salem”, „Podpalaczka”. Nie ogranicza się jednak do jednego gatunku, czego przykładem są: „Cztery pory roku”, „Zielona mila”, „Oczy smoka”,” Bastion” oraz 8-tomowy cykl powieści fantastycznych „Mroczna Wieża.”

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 stycznia 2019 13:47
  • poniedziałek, 14 stycznia 2019
    • #73 Angela Becerra „Przeminęło z czasem”

      Lubię Paryż, choć nigdy jeszcze nie byłam w tym mieście. Dlatego tym chętniej sięgnęłam po powieść Angeli Becerry „Przeminęło z czasem”

      „Przeminęło z czasem” to niezwykła opowieść o sztuce, miłości, o skrywanych sekretach z przeszłości. Jej akcja dzieje się w Paryżu, ale autorka pozwala czytelnikowi poznać także inne zakątki świata takie jak: Katalonię, marokańską pustynię, Nowy York czy Wenecję.

      Główną bohaterką powieści jest Mazarine, młoda dziewczyna, studentka malarstwa, zafascynowana twórczością sławnego paryskiego malarza znanego jako Cadiz. Któregoś dnia ów artysta zgadza się udzielać studentce lekcji w swoim atelier.

      Mazarine jest sierotą, skrytą samotną kobietą o ogromnej wrażliwości, wyjątkowej urodzie. Z jednej strony wyalienowana, niezrozumiana, z drugiej strony spragniona bliskości, uczucia, które ją porwie, szukająca szczęścia, a z drugiej niczym dzika kotka uciekająca od swoich pragnień, skrytych głęboko fantazji.

      Pewnego zimowego dnia na jej drodze pojawia się chłopak, który za wszelką cenę chce ofiarować Mazarine swoją miłość, najczystsze uczucia, opiekę i czułość, ona nie chce się z nim spotykać, toczy wewnętrzną walkę z samą sobą, bo gdzieś w środku czuje, że kocha swojego Mistrza – Cadiza, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że to tylko takie platoniczne uczucie, będące jednocześnie jej inspiracją do tworzenia.

      Cadiz natomiast to twórca tzw. dualizmu wyuzdanego, sześćdziesięcioletni mężczyzna, pochodzący z Hiszpanii, urodzony w Kadyksie, a jego prawdziwe nazwisko brzmi Antequera. Malarz od wielu lat jest żonaty ze sławną panią fotograf – Sarą Miller. Z nią ma syna Pascala.

      Życie Cadiza ulega zmianie po spotkaniu z Mazarine. Już nic nie jest takie jak było wcześniej. Mazarine jest jego marzeniem, natchnieniem, lekiem na niemoc twórczą, odpowiedzią na wszystkie targające nim wątpliwości, balsamem na zbolałą duszę.

      Kim jest chłopak adorujący Mazarine i co go łączy z Cadizem? Jak kobieta poradzi z zazdrością targającą Cadizem?

      Mazarine nosi ze sobą pewien medalion pochodzący ze średniowiecza. Ten z pozoru zwykły medalion z dziwnymi znakami jest dla niej amuletem, dzięki któremu pasja tworzenia nie gaśnie w przyszłej malarce.

      Jeśli chcecie poznać historię Mazarine, koniecznie przeczytajcie książkę „Przeminęło z czasem” autorstwa Angeli Becerry. Jest to opowieść nietypowa, inna niż te, które czytałam do tej pory. Kryje w sobie wiele zagadek, niejasności, a zarazem jest w niej coś magicznego, niemalże baśniowego. Gdy czytałam tę powieść przyszło mi na myśl określenie, że jest to taka proza z pogranicza jawy i snu.

      Nie za bardzo lubię książki z elementami historii, ale akcja tej naprawdę mnie wciągnęła. Przeniosła w czasie.

      Polecam książkę osobom interesującym się historią, a zwłaszcza średniowieczem, wszystkim, którzy lubią  w literaturze tajemnice, niedopowiedzenia swego rodzaju mroczne klimaty. Jestem w stu procentach pewna, że opiniowana przeze mnie powieść spełni Wasze oczekiwania. Udanej lektury!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 stycznia 2019 12:05
  • piątek, 11 stycznia 2019
    • #72 Recenzja książki „Seniorzy w natarciu”

      Dzisiaj chciałabym spróbować zrecenzować, a właściwie napisać opinię o książce autorstwa Cathariny Ingelman-Sundberg. Zapraszam serdecznie do lektury.

      Powieść „Seniorzy w natarciu” rozpoczyna się niebanalnie. Jedna z bohaterek, Martha, ma sen. A że sny wyśnione przez seniorkę zazwyczaj się sprawdzają, ta traktuje sprawę całkiem serio. Śni jej się napad, ale najciekawsze jest to, że Martha także bierze w nim udział. Nie myśląc za dużo, kobieta namawia czwórkę swoich przyjaciół, mieszkających podobnie jak ona, w domu opieki, by senne marzenie wcielić w życie. Rozpoczyna się organizowanie napaści, która ma wstrząsnąć całą społecznością. Emeryci są szalenie podekscytowani. I jeśli ktoś z Was myśli, że zwariowani seniorzy nie wiedzą, jaki będzie finał tej ryzykownej zabawy, to grubo się myli. Bowiem cała piątka doskonale wie, że za tego typu akcje grozi więzienie. Oni jednak niewiele się tym przejmują. Twierdzą naiwnie, że w więzieniu będzie im znacznie lepiej niż w domu spokojnej starości. Czy rzeczywistość będzie zgodna z wyobrażeniami? Czy zaznają luksusu?

      Autorka dość mocno skupiła się na kreacji bohaterów. Są spragnieni przygód, aktywni życiowo i absolutnie nie myślą o starości. Nie siedzą w fotelach z robótką w ręku lub pilotem. Oni plan szybko zmieniają w czyn. Ich przebiegłość, werwa i determinacja zadziwić może niejednego trzydziestolatka. Uważają, że życie jest jedno, a oni są pełnoprawnymi obywatelami i należy im się wszystko to, co dobre, a na spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno. Jedni o lasce, inni o chodziku wyruszają na podbój świata.

      Akcja powieści nie należy do skomplikowanych. Próżno szukać tu nagłych zwrotów akcji, trudnych problemów do rozwiązania. Na samym początku książki mamy jednak coś, co pozwala nam wgryżć się w fabułę. Opisane są refleksje i odczucia bohaterów związane z pobytem w rzeczonym już wcześniej przeze mnie domu opieki. Uważny czytelnik dowie się, jakie, nie boję się tego napisać – kontrowersyjne – zabiegi są stosowane przez tych, którzy opiekują się starszymi ludźmi. Mnie ta kwestia mocno zainteresowała i, mówiąc szczerze, dowiedziałabym się czegoś więcej na ten temat. Niestety, w pewnym momencie te rozważania zostają przerwane na rzecz rozrywkowego wątku. Ogromna szkoda.

      Wszystkie sytuacje, które powieściopisarka opisuje na kartach swojej powieści są nieprawdopodobne. Nawet postaci są przerysowane. Nie raz mam okazję przysłuchiwać się dyskusjom osób w wieku sześćdziesiat pięć plus i wiem, że położenie, w którym się znajdują wcale nie przedstawia się tak różowo, jak to nam przedstawiła Ingelman-Sundberg.  Te osoby są przecież przeważnie schorowane, zmęczone, przynajmniej większość. Nie wiem, dlaczego autorka zdecydowała się na tak rzucające się w oczy podkoloryzowanie całości, która z realizmem ma naprawdę nie za wiele wspólnego. Warto zaznaczyć, że nasi staruszkowie mają od 75 lat wzwyż. Jesteście w stanie wyobrazić sobie z realnego świata, starszą panią napadającą na bank z uśmiechem na ustach? Chyba znam odpowiedź. Udzieliłabym takiej samej.

      Kolejna rzecz, która przeszkadzała mi, to ciągnące się opisy, przez co strasznie nużąca była dla mnie ta powieść.Takie dłużyzny nie wróżą nic pozytywnego dla literatury, zwłaszcza takiej, która miałaby być określana mianem dobrej. Momentami zastanawiałam się, o czym teraz czytam, bo gdzieś po drodze zdążyłam się już zagubić. Nie lubię takiego odczucia przy lekturze, bo od razu mnie od niej odrzuca. I tak na przykład, wiem od koleżanki, a potem przeczytałam na okładce, że są kolejne części „Seniorów w natarciu”. Ale nie jestem przekonana, czy po nie sięgnę. Nie chcę po raz kolejny przedzierać się przez labirynt zbędnych informacji zaserwowanych przez pisarkę tylko po to, by przekonać się, co tym razem wymyśliły poszczególne postaci. Chyba zamiast tego wolałabym wypożyczyć i przeczytać coś, co rzeczywiście mnie zajmie i sprawi, że zatracę się w lekturze. W tym przypadku tego powiedzieć nie mogę, bo musiałabym Was okłamać. A tego nie chcę. Jestem zawiedziona tą książką. Zdecydowanie spodziewałam się innej historii.

      Żeby nie przedłużać tego tekstu…Nie polecam Wam tej powieści, ale odradzać jakoś za specjalnie też nie zamierzam. Jest w niej kilka fragmentów, gdzie można się uśmiechnąć. Nie będą to jednak salwy śmiechu. No, chyba że ja nie mam poczucia humoru, nie wiem…

      Jeżeli ktoś z Was czytał już tę książkę, to koniecznie dajcie znać, jakie macie o niej zdanie, czy spełniła Wasze czytelnicze oczekiwania? Napiszcie również co aktualnie czytacie, co polecacie?

      Dodam, że książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Sonia Draga.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 11 stycznia 2019 19:20
  • sobota, 20 października 2018
    • #46. Todd Burpo „Niebo istnieje…Naprawdę!”

      Świat próbuje nam wmówić, że życie kończy się wraz ze śmiercią, ale wierzę, że po przekroczeniu progu śmierci istnieje inna rzeczywistość. Nowe życie, ale w innym wymiarze. Ta książka pozwoliła mi odkryć tę prawdę na nowo, jest głęboko poruszająca, autentyczna i prawdziwa. Odsłania to, co niewidoczne dla oczu (…). Taką rekomendację wystawiła książce „Niebo istnieje…Naprawdę!” aktorka – Ewa Błaszczyk. I nie można się z tą opinią nie zgodzić.

      To historia czteroletniego synka pastora z miasteczka w Nebrasce. Chłopiec podczas niezwykle skomplikowanej operacji pozostawia swoje ciało na stole operacyjnym, a jego dusza odwiedza niebo. Brzmi to wszystko nieprawdopodobie dla czytelników, ale także a może nawet przede wszystkim dla rodziców chłopca. Malec jednak uparcie trzyma się swojej wersji i opowiada szczegółowo, jak było w niebie.

      Colton opowiada o tym jak spotkał swoją nienarodzoną siostrę i pradziadka, który zmarł trzydzieści lat przed jego narodzinami. Opowiada fakty, których w żaden sposób nie mógł poznać. Oprócz tego relacjonuje precyzyjnie, jak wygląda „tron” Boga czy chociażby opisuje wygląd aniołów.

      Jeśli myślicie, że ta opowieść jest pełna patosu, nadęcia i sztuczności, to chcę powiedzieć, że nie macie racji i wyciągacie zbyt pochopne wnioski. Wyżej wymienionych cech tutaj nie znajdziecie.

      Historia Coltona Burpo jest napisana prostym, zwięzłym językiem. Czas spędzony z książką nie jest stracony. Ta opowieść daje mocno do myślenia i, jak pisze Ewa Błaszczyk, zmienia zupełnie sposób myślenia o wieczności.

      Komu poleciłabym tę pozycję? Wszystkim! Nie jest ważne,  czy jesteście wierzący czy nie. To bardzo mądra książka, wobec której nie powinniśmy przejść obojętnie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „#46. Todd Burpo „Niebo istnieje…Naprawdę!””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 20 października 2018 11:58
  • czwartek, 18 października 2018
    • #45. Sarah Kate Lynch „Na domiar złego”

       Pogoda za oknem niebawem nie będzie sprzyjała spacerom, więc większość z nas będzie zapewne wypoczywała w domu. To doskonała okazja, by przejrzeć swoje domowe biblioteczki i sięgnąć po lekturę, która przyciągnie naszą uwagę, a jednocześnie za bardzo nie zmęczy intelektualnie.

      Książka, którą chciałabym Wam dzisiaj zaproponować dokładnie spełnia wyżej wymienione kryteria. Nie jest obszerna, a więc nie spędzicie nad nią zbyt wielu godzin. Jest to powieść „Na domiar złego” autorstwa Sarah Kate Lynch.

      Autorka przedstawia w swojej powieści losy 39-letniej Florence, której właściwie jednego dnia wali się cały świat. Traci pracę w sklepie z antykami, którego jest współwłaścicielką, a na dodatek jej mąż po dwudziestu latach małżeństwa nagle oświadcza jej, że …jest gejem. Jakby tego jeszcze było mało, z Australi po roku wraca ukochany syn bohaterki z…trzydziestokilkuletnią żoną, co Florence doprowadza niemalże do furii.

      Według Florence nieszczęścia wcale nie chodzą parami, a... trójkami. We wszystkim dopatruje się złego, co mnie niepoprawną optymistkę, nieziemsko irytowało, mówiąc delikatnie. Były momenty, że miałam chęć cisnąć książką gdzieś w kąt i wziąć się za następną. Zmysł czytelniczki nie pozwolił mi jednak na taki desperacki krok i dałam szansę autorce, jak i samej Florence. I niezmiernie mnie to cieszy, jestem z siebie dumna, bo to, co otrzymałam na końcu tejże opowieści – wprawiło mnie w doskonały nastrój, choć opowieść wcale nie kończy się optymistycznie, tylko wzruszająco i pięknie. A takie zakończenia lubię najbardziej.

      O czym właściwie jest „Na domiar złego”? O niczym innym jak o życiu, jego ciepłych barwach, ale także tych bardzo, bardzo ciemnych. O tym, że zawsze może być w życiu gorzej i że nigdy, przenigdy nie wolno mówić w chwilach złych, że wali nam się świat i nic już nie ma dla nas sensu. Bzdura! Wszystko jest przecież po coś i we wszystkim jest sens, nawet w cierpieniu, od którego nie uciekniemy. A najlepszym, najskuteczniejszym lekarstwem jest dostrzeganie małych cudów wokół nas i radość nawet z najmniejszej rzeczy, z pozoru błahej sytuacji. To recepta na walkę z przeciwnościami losu. I z własnego doświadczenia wiem, że pomaga. Nasza główna bohaterka też miała okazję się o tym przekonać. Jak? Przekonajcie się sami! Miłej lektury!

      I jeszcze przy okazji chciałabym Wam coś zaproponować. Moja siostrzenica jest bardzo uzdolniona plastycznie, manualnie. 

      Wykonuje różnego rodzaju mebelki dla lalek (dla tzw. Pets Shop), a także prace plastyczne na konkursy, itd. Jeśli ktoś z Was, moich czytelników, chciałby skorzystać z jej usług, chcecie żeby wykonała coś dla Waszego dziecka, gorąco namawiam do składania zamówień. Iza ma indywidualne podejście do każdego klienta. Zawsze wykona to, co osoba zamawiająca sobie zażyczy.

      Zamówienia można składać pisząc do mnie e-maila: czytamwiecjestem5@gazeta.pl a ja już Was skontaktuję z moją siostrzenicą abyście mogli porozmawiać o szczegółach.

      Na zachętę dodam zdjęcia przykładowych prac Izy.

      Praca wykonana przez moją siostrzenicę IzePraca wykonana przez moją siostrzenicę IzePraca wykonana przez moją siostrzenicę IzePraca wykonana przez moją siostrzenicę IzePraca wykonana przez moją siostrzenicę IzePraca wykonana przez moją siostrzenicę Ize

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „#45. Sarah Kate Lynch „Na domiar złego””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 października 2018 21:42
  • niedziela, 14 października 2018
    • #44. „Niania w Nowym Jorku” Nicola Kraus&Emma Laughlin

       Do przeczytania „Niani w Nowym Jorku” zachęcił mnie…film. Obejrzałam go dwa razy z ogromnym zainteresowaniem. Pamiętam, że bardzo współczułam małemu chłopcu, który był właściwie drugą, najważniejszą postacią (oczywiście prócz tytułowej niani) w tym filmie), że taki jest samotny, niezauważany, odepchnięty na plan dalszy przez swoich rodziców. Bardzo zaintrygowało mnie to, że tak wyraźnie został pokazany motyw osamotnienia Grayera, jego ciągłe próby zwrócenia na siebie uwagi. Pomyślałam wtedy, ze reżyser musi być chyba dobrym psychologiem, skoro taki mocny położył nacisk właśnie na ten problem. Mógł przecież pokazać tę historię z zupełnie innej perspektywy; tak jakby oczami dziecka, ale na ten przykład Niani, jej odczucia, czy jej perypetie albo chociaż skupić się na emocjach Państwa X, na ich stylu życia. Na całe szczęście twórcy mieli już swoją koncepcję, taką a nie inną i ukazali całość w opisywany przeze mnie wyżej sposób. Niestety zupełnie inaczej życie Państwa X i ich syna ukazały w swej książce Nicola Kraus i Emma Laughlin.

      Autorki, ku mojemu dużemu zaskoczeniu, całą swoją pisarską uwagę skupiły na rodzicach Grayera, a nie na czterolatku, który  jak wspomniałam już wcześniej, tak naprawdę był postacią najistotniejszą. Przynajmniej powinien być. Czytając „Nianię…” odnosiłam wrażenie, że to Państwo X są tym priorytetem i że to oni wiodą prym w akcji. Wszystko kręciło się wokół nich. Nie pominięto tutaj żadnego, nawet najmniejszego szczególiku, z życia tych dwojga: począwszy od garderoby aż po ekscesy łóżkowe. Ktoś mógłby zadać pytanie: a co z dzieckiem? Dobre spostrzeżenie. Dziecko jest gdzieś w tle.

      Śmieszyło mnie też opisywanie relacji X-ów z samą nianią, jakby to  nimi miała się opiekować. Chwilami dochodziłam do wniosku, że może faktycznie powinna? Pani X i jej mąż, to para snobów, dla których liczą się jedynie kolejne zera na koncie, wygląd własny, ale również innych (najlepiej obcych), imprezy, spotkania biznesowe. I tak z dnia na dzień. A maluchem niech zajmuje się pomoc domowa, która przechodzi szybki kurs matki zastępczej dla chłopca. Jest dla niego o wiele lepsza, bardziej wczuwa się w jego potrzeby, oczekiwania i przede wszystkim umie słuchać i kochać, chociaż jest tylko opiekunką. Dzięki niej maluch zapomina o swojej samotności. Na jak długo? Jak  Nanny poradzi sobie ze swoimi obowiązkami, których X-owie dokładają jej coraz więcej? Czy rodzice chłopczyka wreszcie otrząsną się i zauważą swoje błędy? Nie odpowiem na te pytania, ponieważ chcę abyście sami się o tym przekonali.

      „Niania w Nowym Jorku” jest typowym czytadłem. Nie znajdziecie jej na półkach z najlepszą literaturą. Nie oszukujmy się. Jest to jednak opowieść, którą z czystym sumieniem chcę polecić. Uwierzcie mi, warto zagłębić się w tę historię, czasami pomyśleć. A może styl Waszego życia przypomina ten przedstawiony na kartach „Niani…”? Oby nie. Jednak sami musicie sprawdzić i odpowiedzieć sobie po cichu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 października 2018 14:00
  • piątek, 05 października 2018
    • #43. Mohammed Mrabet „Miłość za kilka włosów”

      Miłość za kilka włosów” marokańskiego pisarza Mohammeda Mrabeta jest pierwszą powieścią tego pisarza wydaną w Polsce.

      Jest to opowieść, której akcja rozgrywa się w Tangerze. To historia trudnej miłości, okupionej często łzami. Nie brakuje w niej także magii, tajemnicy, trochę grozy.

      Mohammed, bohater omawianej przeze mnie książki, stracił matkę bardzo wcześnie. Zostal tylko ojciec, bracia i siostry chłopaka. Ten odwiedzał swego ojca, jednak nie często to czynił, gdyż obawiał się, że ojciec zechce zatrzymać go przy sobie.

      Sytuacja diametralnie zmieniła się gdy Mohammed dowiedział się iż niedaleko jego rodzinnego domu mieszka dziewczyna o imieniu Mina.

      Dawno temu, gdy jeszcze byli dziećmi, bawili się razem. Później ich drogi rozeszły się nieco.

      Dopiero pewnego dnia, siedząc na tarasie, znowu ujrzał Minę. Wtedy dostrzegł jaka piękna z niej kobieta. Zapragnął z nią porozmawiać. Codziennie przesiadywał na tarasie, wypatrując swojej lubej. Ta raz pojawiała się, by potem zniknąć.

      Któregoś dnia młodym udało się porozmawiać. Mohammed zaprosił dziewczynę do kina, na randkę. Niestety, spotkanie nie należało do udanych.

      Sprytny młodzieniec, chcąc zapewnić sobie miłość wzajemną Miny, udaje się do starej wróżbiarki, która spalając kilka włosów dziewczyny, wróży i zapewnia uczucie.

      Romans rozkwita, ale nie na długo. Zaczynają piętrzyć się problemy. Jakie? Tego już dowiecie się, gdy sięgniecie po książkę „Miłość za kilka włosów”.

      Uprzedzić Was muszę, że książka do najłatwiejszych nie należy. Niekiedy czytelnik czytając ma problem, żeby pojąć, powiązać niektóre fakty z życia Mahommeda i Miny. Zaletą jest jednak to, że książka ma krótkie rozdziały, napisane jest językiem prostym i zrozumiałym dla każdego. A minus? Minusem na pewno jest to, że historia opowiedziana przez Mrabeta jest dość przewidywalna.

      Zdradzić jeszcze mogę, że Mina nie jest jedyną kobietą w życiu Mohammeda.

      Nic więcej nie powiem. Sami się przekonajcie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      piątek, 05 października 2018 21:24
  • wtorek, 02 października 2018
    • #41. „A jeśli ciernie” Virginia C. Andrews

      A jeśli ciernie” to kontynuacja głośnej serii książek Virginii C. Andrews o rodzinie Dollangerów. Serii, która o dziwo przypadła do gustu i mnie. Pamiętam, że pierwszym tomem byłam zachwycona, drugim wprost oszołomiona. A jakie wrażenia zrobił na mnie tom trzeci?

      Tym razem narratorami opowieści są synowie Cathy – Jory i Bart. To oni powoli odkrywają przeszłość swoich rodziców, muszą się z nią zmierzyć i odnaleźć w niej sens. Wszystko więc opisane jest z perspektywy dorastających chłopców.

      Jory- ten „dobry”, Bart- ten „zły”. Jory, który kocha matkę i „ojca”- czyli Chrisa- brata matki (o czym oczywiście początkowo synowie nie wiedzą), podziela pasję matki – taniec, jest też pełen podziwu dla ojca, jest wyrozumiały, spokojny, mądry, nie sprawiający problemów.

      Bart – dziecko, które czuje się niekochane, nie zauważane, jest niezdarny, złośliwy, arogancki.

      Każdy z nich na historię swoich rodziców spojrzy inaczej, w swoisty dla siebie sposób.

      Cathy i Chrisowi udaje się stworzyć w miarę szczęśliwą rodzinę, wszystko wydaje się być już poukladane i na swoim miejscu. Jednak to tylko pozory.

      Jednak wszystko zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w momencie gdy do sąsiedniego domu wprowadza się tajemnicza dama, z tajemniczym lokajem. Powoli życie Dollangerów znowu obraca się w koszmar.

      Przeszłość nie daje o sobie zapomnieć Cathy i Chrisowi. Do tego wciąga w swoją pajęczą sieć ich synów. Szczegółów musicie dowiedzieć się sami, czytając książkę V.C. Andrews „A jeśli ciernie”.

      Czytając powieść dostrzeżemy, że postaci są w niej przejaskrawione do granic mozliwości. Mnie jednak to jakoś za specjalnie nie przeszkadzało. Wprost przeciwnie. Miałam pełen obraz każdego bohatera. Mogłam poznać dogłębnie jego psychikę, motywy postępowania. Lubię takie książki, gdzie postaci są wyraziste na tyle, że już po przeczytaniu kilkunastu stron książki, można wyrobić sobie zdanie na ich temat.

      Ciekawe jest to, że autorka z każdą stroną stopniuje coraz bardziej napięcie. Czytając czułam się tak, jakby ktoś zaprosił mnie do wielkiego pałacu i stopniowo oprowadzał mnie po nim, odkrywał przede mną każdy zakątek, zakamarek tego miejsca. To niesamowite przeżycie.

      Uwielbiam książki psychologiczne, gdzie muszę zastanowić się, dlaczego bohater postępuje w ten, a nie inny sposób. Zachwycam się zawsze zawiłymi historiami ludzkimi. To mnie pociąga.

      W wyżej omawianej książce chyba tego wszystkiego niestety było za dużo. Musiałam wysilić bardzo moje szare komórki, aby w tym wszystkim połapać się. Historia, którą stworzyła Andrews trzymała mnie w napięciu, zaciekawiła bardzo – to fakt. Ale w pewnym momencie poczułam się nią zmęczona, nawet nie znużona tylko zwyczajnie zmęczona jakbym czytała jakąś naukową książkę na studiach. W pewnej chwili powiedzialam sobie: „o nie, już mam dość!”…i zwyczajnie zamknęłam książkę, nie chciałam czytać już jej dalej. Poczułam, że powinnam odpocząć. Zapragnęłam nagle przeczytać coś lekkiego, niezobowiązującego. Jak narazie nic takiego pod ręką nie mam. Poza tym, do ukończenia tej serii zostały mi jeszcze albo już tylko dwa tomy.

      Mam nadzieję, że tym razem się nie zmęczę, że nie zamknę książki właściwie na krótko przed jej zakończeniem. Nie lubię tego robić, bardzo nie lubię. W tym przypadku musiałam! Nie dałam rady wgłębiać się dalej w losy tej rodziny.

      Kończąc moje refleksje polekturowe, chcę powiedzieć, że z czystym sercem polecam tę książkę. Ostrzegam jednak lojalnie, że musicie się przygotować na ogrom emocji. Niewykluczone, że i Wy w którymś momencie poczujecie się przemęczeni tą opowieścią, okaże sie, że ładunek emocjonalny, jaki zaserwowała swoim Czytelnikom Andrews jest zbyt duży.Myślę, że to mimo wszystko będzie dobra reakcja.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 października 2018 19:37
  • sobota, 09 czerwca 2018
    • #39. Poznaj siłę matczynej miłości

       Miała swoją córeczkę w ramionach tylko kilka tygodni. Ponownie spotkała ją dopiero po 77 latach. Poznajcie historię Minki Disbrow.

      Minka DeYoung urodziła się jako drugie z trójki dzieci w rodzinie holenderskich emigrantów. Poznajemy ją jako szesnastoletnią pannę, skromną i biedną. Dziewczyna bardzo pragnęła robić wszystko to, co jej rówieśnice. Wychowana w surowej rodzinie, nie do końca jest przygotowana do dorosłego życia, w które lada chwila wkroczy. Wierzy naiwnie w to, że bocian przynosi dzieci oraz w to, że wszyscy są dobrzy i nikt nie zrobi jej krzywdy. Nawet przez głowę jej nie przejdzie, że się myli, bo świat, który wykreowała sobie w wyobraźni, ma niewiele wspólnego z tym rzeczywistym. Podczas niedzielnego pikniku, na który tak bardzo czekała, Minnie zostaje zgwałcona przez sporo starszego od siebie mężczyznę i w konsekwencji zachodzi w ciążę. W tajemnicy rodzi dziecko. Dziewczynce daje imię Betty Jane. Minka od razu zakochuje się w córeczce. Wie jednak, że nie może malej wychowywać, bo nie ma do tego warunków i decyduje się na krok, który niemalże rozdziera jej matczyne serce. Mianowicie oddaje maleńką Betty do adopcji. Od tamtego momentu Minka każdego dnia tęskni za swoją córką, pisze do niej listy i cały czas czeka…Może dobry Bóg, w którego mocno wierzy, splecie ich drogi i kiedyś dojdzie do  tego niezwykłego spotkania.

      Minka w dzieciństwie wycofana, trochę zakompleksiona, w miarę upływu lat staje się silną kobietą, która dzielnie stawia czoła przeciwnościom losu. Miała w sobie niespożytą energię, wiele pokory i cierpliwości, a z drugiej strony była zdeterminowana i walczyła o swoje marzenia i starała się realizować swoje plany i zamierzenia. Przez cały czas była osobą pogodną, pełną wiary, nadziei i miłości, której sama dostawała wiele ale i ona potrafiła nią obdarowywać swoich bliskich. Była wspaniałą matką dla swoich dzieci, choć wciąż nie potrafiła przestać tęsknić za Betty Jane.

      „Czekałam na Ciebie” autorstwa Cathy LaGrow to historia wzruszająca, pełna emocji, wobec której trudno przejść obojętnie. To opowieść o cierpieniu, poświęceniu i zarazem wielkiej miłości.

      Jedyny zarzut jaki mam do tej książki jest taki, że mało tutaj dialogów i czasami treść wydawała się monotonna. Myślę, że spokojnie tę pozycję można zaliczyć do wspomnień czy też biografii, gdyż takim stylem właśnie jest napisana.

      Nie żałuję czasu poświęconego tej książce. Polecam ją wszystkim, bowiem niesie ona w sobie przesłanie, że nigdy nie można się poddawać i rezygnować ze swoich pragnień bowiem, jeśli czegoś chcemy z całej siły, to prędzej czy później to, czego oczekujemy przyjdzie do nas i ujrzy światło dzienne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 09 czerwca 2018 16:26
  • środa, 02 maja 2018
    • #32. Diane Chamberlain „Prawo matki”

       Dużo dobrego słyszałam o powieściach autorstwa Diane Chamberlain. Dlatego gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce książkę spod jej pióra postanowiłam sprawdzić, czy i mnie spodoba się to, co serwuje  autorka.

      Głównym bohaterem jest Andy Lockwood. Chłopak cierpi na zespół alkoholowy płodu tzw. FASD. Nie myśli tak, jak jego zdrowi rówieśnicy. Nie zawsze wie, jak ma się zachować, często mówi bezmyślnie to, co mu ślina na język przyniesie. Jego matka, Laurel, nie może wybaczyć sobie, że piła podczas ciąży i teraz jej synek jest taki, a nie inny. Gdy chłopiec się urodził, został oddany do rodziny zastępczej. Do matki wrócił dopiero rok później, gdy ta, po odbyciu odwyku alkoholowego, była już zdolna do opieki nad dzieckiem. Teraz stara się wynagrodzić synowi wszystko. Przesadnie się o niego troszczy i jest wręcz nadopiekuńcza. Laurel ma jeszcze starszą córkę, Maggie. Znacznie bardziej dojrzałą od Andy’ego.

      Pewnego dnia Laurel postanawia wypuścić swojego syna na zamkniętą zabawę w pobliskim kościele. Po jakimś czasie przychodzi wiadomość, że w miejscu, gdzie miała odbyć się impreza dla nastolatków, wybuchł pożar. Jest wielu rannych. Jednak piętnastolatek nie ucierpiał. Wręcz przeciwnie –pomaga wydostać się z płonącego kościoła swoim kolegom i koleżankom. To wszystko sprawia, że miejscowi nazywają go bohaterem.

      Ta sielanka nie trwa niestety długo. Wkrótce okazuje się, że całe zajście nie było nieszczęśliwym wypadkiem. Policja podejrzewa, że to podpalenie i zaczyna się szczególnie interesować rodziną Lockwoodów. Kto jest głównym podejrzanym?

      W powieści mamy przedstawione przede wszystkim losy Laurel. Poznajemy ją w momencie, gdy wychowuje dwójkę dzieci. Ale autorka nie skupia się jedynie na teraźniejszości, bowiem wraca również do tego, co działo się z kobietą wcześniej. Mamy okazję przekonać się, jak poznała Jamie’ego, dowiadujemy się, że cierpiała na depresję poporodową, a potem stała się alkoholiczką. Szczerze mówiąc bardzo irytował mnie ten zabieg retrospekcji. Nie znoszę książek, w których raz ukazana jest przeszłość i to dość obszernie, a potem nagle pisarka lub pisarz przenosi nas do czasu teraźniejszego. Nie potrafię skupić się wówczas nad akcją, gubię się.

      Zdecydowanie bardziej zainteresowałam się akcją, gdy urodziła się Maggie. Zmagania z depresją poporodową, trudy macierzyństwa, a nawet wręcz brak instynktu macierzyńskiego – te tematy wydały mi się bliższe i ciekawsze.

      Mamy w tej książce też wątek kryminalny, gdyż cały czas zastanawiamy się wraz z jedną z postaci, którą jest Marcus, kto też podpalił kościół.

      W „Prawie matki” autorka pokazuje jak wiele rodzice są w stanie zrobić dla własnego dziecka. Nie ma większej miłości niż matczyna.

      Mimo że Diane Chamberlain poruszyła wiele interesujących tematów, stworzyła niebanalne postaci, starała się połączyć różne wątki – obyczajowy z kryminalnym, co lubię, to ta książka nie zachwyciła mnie i nie powaliła na kolana. Wolę czytać powieści, gdzie wydarzenia przedstawione są z perspektywy jednego bohatera. Poza tym, nie podobał mi się sposób narracji. Jakoś całość była dla mnie strasznie chaotyczna i zagmatwana.

      Kiedyś zapisałam sobie w notesie kilka tytułów książek autorstwa Chamberlain, bo nawet miałam ochotę po nie sięgnąć. Dzisiaj, po zapoznaniu się z prozą tej pisarki stwierdzam, że powinnam porzucić swoje plany i zacząć rozglądać się za powieściami innych autorów. Wtedy może nie będę miała poczucia, że czas spędzony z książką, był stracony i mogłam spożytkować go w zupełnie inny sposób lub z zupełnie inną pozycją w dłoni. Niestety, w tym przypadku towarzyszy mi taka myśl.

      Jeżeli ktoś z Was ma chęć zapoznać się z „Prawem matki” – nie zabraniam, a tym bardziej nie odradzam. Spróbujcie i wyróbcie sobie swoje zdanie. Może akurat Wy znajdziecie w tej historii coś, co Was poruszy i zachwyci. Tego Wam życzę!

       

  • wtorek, 17 kwietnia 2018
    • #28. „Płatki na wietrze” Virginia C.Andrews

      Gdy sięgnęłam po pierwszy tom cyklu V.C. Andrews nie sądziłam, że „Kwiaty na poddaszu” zrobią na mnie az takie wrażenie. Wiedziałam, że będzie to książka o nietypowej tematyce, a ja takową uwielbiam. Lubię książki poruszające tematy tabu.

      Nie mogłam się oprzeć. Musiałam szybko zapoznać się z dalszymi losami rodzeństwa Dollangagerów.

      Po tragicznej śmierci najmłodszego członka rodziny, Chris i Cathy podejmują decyzje o ucieczce z poddasza. Realizacja tego planu zajmuje im wiele miesięcy, w trakcie których przygotowują się na każdą ewentualność. Gromadzenie środków zajmuje im sporo czasu, jednak żadne z nich się nie poddaje, tylko cierpliwie wyczekują chwili, której będzie im dane spełnić swoje marzenia. W końcu ich prośby zostają spełnione i rodzeństwo oddala się od miejsca, które przez wiele lat stanowiło dla nich prawdziwe więzienie. Z każdą kolejną chwilą znajdują się coraz bliżej miasta, z którym wiążą ogromne nadzieje. Niestety w trakcie jazdy autobusem, młodsza siostra nastolatków dostaje dość poważnego ataku i czym prędzej musi znaleźć się pod fachową opieką. Dollangangerom pomaga w tym czarnoskóra kobieta, która okazują się być gospodynią w domu dr Sheffielda. Mężczyzna bardzo szybko nawiązuje kontakt z nieufnym rodzeństwem i daje im poczucie bezpieczeństwa, o którym do tej pory mogli tylko pomarzyć.

      „Płatki na wietrze” to świetna opowieść, która porusza wiele problemów. Jest tutaj wątek kobiety, która nade wszystko kocha pieniądze i zrobi dla nich wszystko – dosłownie. Jest także ukazane do czego może prowadzić nadmierny luksus. Jest też motyw zastraszenia.

      Chyba najlepiej w tej książce jednak podobał mi się motyw miłości brata do siostry, ale jest ona tutaj przedstawiona w bardzo nietypowy sposób. W jaki? To już musicie sami przekonać się sięgając po „Płatki na wietrze”.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 kwietnia 2018 20:52
  • poniedziałek, 16 kwietnia 2018
    • #27. Kwiaty na poddaszu Virginii C. Andrews

      „Kwiaty na poddaszu” to historia pewnej, z pozoru zwykłej, rodziny. Piękna mamusia, kochający i scalający rodzinę w całość tatuś i czwórka słodkich dzieciaczków: Chris, Cathy i bliźniaki – Cory i Carrie. Żyją sobie sielankowo, nie są bogaci, ale to jakoś nie spędza im snu z powiek za bardzo.

      Niestety, nic nie może wiecznie trwać. Sielanka kończy się także. Ukochany tatuś ginie w tragicznych okolicznościach, a matka jest życiową niedorajdą i nie potrafi poradzić sobie z utrzymaniem rodziny po śmierci męża. Postanawia wrócić do rodziców, którzy mają forsy jak lodu i żyją w ogromnym domu.

      Jest jednak pewien problem – w momencie ślubu została wydziedziczona i musi się bardzo postarać, żeby ojciec przyjął ją z powrotem. W dodatku stary ojciec nigdy nie ma pojęcia o istnieniu dzieci i nie zanosi się na to, że mógłby je zaakceptować. Matka wraz z oschłą babką postanawiają więc ukryć dzieci w jednym z licznych pokoi do czasu, aż dziadek wybaczy ich całej rodzinie. Początkowo ma to być tylko kilka dni…

      „Kwiaty na poddaszu” to okrutna i przerażająca baśń, ale za to strasznie wciągająca.

      Dzieci mają dostęp do ogromnego strychu i to on tak naprawdę staje się ich jedynym kątem, gdzie mogą przebywać, rozmawiać ze sobą i jakoś egzystować. Są odizolowane od świata. Nikt nie może ich odwiedzać, jedynie stara, bezwzględna i okrutna babka i równie wstrętna (jak się później okazuje) matka, która okłamuje swoje pociechy.

      W dodatku oni sami zaczynają dostrzegać dziwne zmiany w swoim zachowaniu. Zwłaszcza dotyczy to najstarszej dwójki. Dorastają, ich ciała się zmieniają. Muszą też coraz częściej pełnić rolę rodziców wobec bliźniaków, które powoli zapominają o innym życiu. Brat z siostrą niebezpiecznie zbliżają się do siebie…

      Narratorką jest Cathy, jedna z bohaterek. To jej głosu słuchamy, jej zwierzenia (nawet te najintymniejsze) czytamy na kartach powieści. Ona opowiada nam co przeżywała na poddaszu wraz z rodzeństwem. Wszystko to okropnie przeraża Czytelników.

      Trzeba podkreślić, że postaci wykreowane przez autorkę są wyraziste, ciekawe, dostarczają czytelnikom wielu wrażeń i emocji. Tutaj bohaterów można podzielić na tych dobrych, którzy niosą ukojenie oraz na tych zlych, których najchętniej wtrąciloby się do piekła albo od razu zabiło za ich wredne i nieludzkie postępowanie.

      Uprzedzę Was, że historia opowiedziana przez Andrews kończy się dobrze, ale ma swój ciąg dalszy w innych tomach. Ja jestem pewna, że sięgnę po następne i zobaczę co wydarzy się w życiu postaci przedstawionych w tomie pierwszym.

      Jeśli ktoś z Was czytając tą moją recenzję jeszcze nie odpowiedział sobie zdecydowanie na pytanie „czy przeczytać tę książkę”, to podpowiem Wam – przeczytać koniecznie. Tylko ostrzegam – książka jest gruba. Jednak czyta się ją bardzo szybko, druk jest dobry. Akcja zarysowana wyraziście, szybko się toczy. Polecam wszystkim!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 kwietnia 2018 18:00
  • sobota, 14 kwietnia 2018
    • #26. „Pierwszy raz” Joy Fielding

       Joy Fielding jest autorką takich powieści jak „Laleczka”, „Grand Avenue”, „Ta druga” i „W pajęczej sieci”. Tą ostatnią książkę miałam okazję już kiedyś przeczytać, pamiętam nawer, że recenzowałam Wam ją na blogu. Polowałam w bibliotece na nią dość długo, ale w końcu udało się i przyznac muszę, że byłam zachwycona, tym co napisała autorka.

      Tym razem w moje ręce trafiła powieść „Pierwszy raz” Joy Fielding. I co? Znowu się nie zawiodłam. Wprost przeciwnie! Sądzę, że jest to jedna z lepszych książek, jakie ostatnio było mi dane przeczytać.

      Książka opisuje relacje pewnego, pozornie udanego małżeństwa z szesnastoletnim stażem. Mattie i Jake żyją sobie jak początek w maśle.Mają wymarzoną pracę, szesnastoletnią córkę, piękny dom. Można powiedzieć: żyć nie umierać. Jednak to tylko pozory sielanki. Za tym wszystkim, a raczej pod tym wszystkim kryją się problemy: zdrady Jake’a, samotne noce Marthy zwanej Mattie, zagubienie ich córki Kim oraz brak ciepłych i normalnych relacji pomiędzy członkami rodziny.

      Po kolejnej awanturze w domu Jake postanawia skończyć z tą domową farsą i wreszcie zamieszkać z kochanką. I wtedy wydarzy się coś, co zmieni na zawsze życie tej rodziny. Coś, co zbliży ich do siebie. Wtedy po raz pierwszy małżonkowie poczują, że są naprawdę bliscy sobie.

      Sytuacja, w której zostaną postawieni, pomoże pokonać im lęki przeszłości (trudnego dzieciństwa) i stawić czoło trudnej przyszłości. Jake i Mattie odnajdą w sobiewielkie pokłady siły a ich relacje będą trwalsze niż kiedykolwiek. Los jednak nie będzie dla nich łaskawy, bo mimo wszystko, z zaistniałej sytuacji nie ma wyjścia…

       W treść tej książki doskonale wpisuje się prawda Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Po lekturze powieści dochodzimy do wniosku, że trzeba cieszyć się każdym dniem, że nie warto drzeć kotów o byle co.

      Nie jest to lektura łatwa, bo dotyka trudnego tematu. Polecam ją jednak wszystkim tym, którzy pragną zatrzymać się chociaż na moment. Zapewniam Was, moi drodzy Czytelnicy, że naprawdę warto!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      sobota, 14 kwietnia 2018 11:43
  • wtorek, 10 kwietnia 2018
    • #25. „Pod słońcem Toskanii” Frances Mayes – recenzja

       Gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce książkę "Pod słońcem Toskanii" bardzo się ucieszyłam, bowiem bardzo lubię film o tym samym tytule. Jest on moim ulubionym. Jednak czy lektura spełniła moje oczekiwania czytelnicze i okazała się tak samo świetna jak film?

      Pod słońcem Toskanii” autorstwa Frances Mayes to powieść w formie pamiętnika, która opisuje perypetie pary Amerykanów po ich przeprowadzce do Italii.

      Pod słońcem Toskanii” najogólniej rzecz ujmując to pamiętnik opisujący zmagania pary Amerykanów, ktorzy postanawiają przeprowadzić się do Italii.

      Narratorką jest czterdziestokilkuletnia Frances – kobieta pogodna, szczera i bezpośrednia.

      Pisarka snuje opowieść o przygodach w Toskanii, a także o tym, co spotkało ją w życiu zanim wyruszyła w swoją podróż. Mocno doświadczona przez los, zaleczyła rany po nieudanym małżeństwie, spotkała nową miłość i dostała pracę, która ją satysfakcjonuje. Wydaje się, że bohaterka ma już wszystko to, co może uczynić ją szczęśliwą i spełnioną. Niestety, Frances w głębi duszy czuje, że do pełni szczęścia jeszcze czegoś jej brakuje. Podczas jednej ze swoich podroży do Włoch kobieta odnajduje odpowiedź na nurtujące ją pytanie. Zauroczona Toskanią podejmuje nagłą decyzję, że właśnie tu chce się osiedlić.

      W samym sercu Val di Chiana znajduje dom z jej marzeń. Przekonana co do słuszności własnego pomysłu, kupuje starą posiadłość i postanawia ją wyremontować.

      Początkowo Frances jest bardzo poirytowana tym, że budowa przedłuża się w nieskończoność. Jednak trwa w swoim postanowieniu.

      Co jeszcze robi Frances w Italii? Sadzi warzywa, zrywa zioła i cały czas gotuje przeróżne włoskie potrawy i co najważniejsze angażuje się w to zajęcie bardzo. Moim zdaniem za bardzo. Gdy czytałam tą książkę miałam wrażenie, że bohaterka chce zarazić swoją pasją wszystkich czytelników. Prawie na każdej stronie z przesadną dokładnością podaje przepisy na dania, ktore udaje jej się przyrządzić. Nie raz i nie dwa miałam wrażenie, że pomyliłam półki w bibliotece i że wypożyczyłam zamiast interesującej książki obyczajowej, wielką księgę kucharską.

      Przyznam szczerze, że książka mocno mnie rozczarowała. Liczyłam, że przeczytam optymistyczną opowieść o moim ulubionym zakątku na Ziemii, jakim są Włochy, a tymczasem dostałam nudną, ciągnącą się jak guma opowieść o tym, jak wykonać risotto z ćwikłą, sorbet z mięty i bazylii czy inne smakołyki, które niekoniecznie chciałabym wziąć do ust.

      Jeżeli oczekujecie, że przeczytacie w książce “Pod słońcem Toskanii” o zwyczajach Włochów, poznacie bliżej ten region, czy chociażby dowiecie się więcej o zabytkach, nie sięgajcie po tę powieść. Szkoda Waszego czasu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      magou
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 kwietnia 2018 21:11

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

  • Literatura polska

  • Literatura zagraniczna

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa